czwartek, 17 września 2015

Co pokazać mamie w Amsterdamie? I w ogóle, co trzeba koniecznie zobaczyć w Holandii?

Mama moja. Ukochana. Kusicielka słodyczami i innymi smakołykami. Ta, co przywozi mi zawsze kilogramy krówek, michałków, śliwek w czekoladzie i tym podobnych czekoladowych kusicieli. Ta, co przemyca dla mnie kilogramy kabanosów (wieprzowych i drobiowych) oraz myśliwskiej kiełbasy. Przywozi litry Soplicy pigwowej i nalewki gruszkowej. Tak. Ona znów przybyła do Holandii. Złakniona wrażeń i nowych doznań. A przede wszystkim - przyjechała, aby spędzić miło czas ze swoją latoroślą. W swoim palcie przeciwdeszczowym jest gotowa na podbój nowego świata. Tej jakże wspaniałej zachodniej deszczowej Europy. Co jej cholerka pokazać, skoro już wcześniej sporo tu widziała i zwiedziła? Mam trzy dni, by spróbować jej pokazać nieco inną Holandię i inny Amsterdam. Mam pewien plan. Jasne, że mam plan! Ale... sami oceńcie, czy tak kolokwialnie był on zacny! Czy ten plan był taki, że pozwolił chociaż na moment mojej mamie oderwać się od przyziemnego słowa zwanego codziennością. Bo - swoje mamy kochamy - ale przede wszystkim to, co chcemy im dać w prezencie, to (nie)zwykłe słowo zwane radością :) Bo szczęśliwa mama = szczęśliwe dzieci!

Zaczynamy więc od plaży, bo moja mama lubi morze. A jak od plaży, to oczywiście tej w Vlissingen! A jak już jesteśmy tutaj, to nie ma siły wyżej! Zwłaszcza, że pogoda cudna, więc trzeba koniecznie wypić białe piwko przy promenadzie!


A jak już jesteśmy tak blisko Middelburg, to aż grzech nie zahaczyć o to piękne miasto! Szkoda tylko, że tamtejsze Zeeuws Museum był już zamknięte, bo mogłaby moja mama poznać trochę historii holenderskiej prowincji Zeeland!


I wracamy do Amsterdamu. Dzień 2. Po obfitym śniadanku zaczynamy zwiedzanie od Pałacu Królewskiego na Damie!


Następnie pokazałam mamie Beginaże, które było powiedźmy takim połączeniem prywatnego osiedla i klasztoru. Cudowna chwila relaksu oraz wytchnienia od zatłoczonego Amsterdamu i jakże ruchliwego targu kwiatowego przy kanale Singiel. Mama oczywiście zakupiła na targu różne cebulki hiacyntów (a nie tulipanów!) do swojego ogródka.


No dobra. Robimy się głodne. Zabieram mamę do obecnie mojej ulubionej restauracji Herengracht. Tam zamawiamy oczywiście frytki z majonezem, a do tego różne przystawki będące specjalnością tego miejsca. Po lunchu -  zgodnie z życzeniem mojej mamy ruszamy do Muzeum Figur Woskowych Madame Tussauds. Co by nie mówić, miałyśmy tam ubaw po pachy! Warto również tam się wybrać choćby dla niesamowitego widoku rozciągającego się na Dam Square!


Wieczorem postanowiłam zrobić mojej mamie niespodziankę i zabrać ją do na obiad do Moeders. Rezerwację zrobiłam już tydzień wcześniej. Moeders to bardzo przytulna restauracja udekorowana setkami zdjęć... mam :) Atmosfera tego miejsca jest bardzo domowa i przyjazna, jedzenie jest pyszne, choć uwaga! Serwowana jest tam kuchnia holenderska, więc po obiedzie nie miałyśmy miejsca nawet na deser! Mięsko, kapustka i ziemniaczki robią swoje ;) Chcąc więc spalić te nadprogramowe kalorie poszłyśmy z moim psiakiem Ginem na wieczorny spacer na Plac Muzealny (Museumplein).


I już nasz ostatni dzień. W planach była łódka po kanałach, ale jak to w Amsterdamie już bywa - pogoda niebyt dopisała. Poszłyśmy więc na wystawę Body Worlds Projekt: Szczęście. Wrażenia? Niezapomniane! I aż muszę o tym napisać. Był tam przekrój człowieka, który wcześniej został zamrożony, a potem pocięty na milimetrowe kawałki! Coś niesamowitego!


Ostatni wieczór, więc trzeba go zakończyć z wielką pompą! Chciałam wziąć mamę do Tales and Spirits na Zombie drinka i tamtejszą specjalność lizaki z faux gras, ale bar był zamknięty :( Na szczęście na Jordaanie był otwarty inny cocktail bar - Vesper. Drinki były pyszne, a i mama po raz pierwszy jechała po Amsterdamie na rowerze! I dała radę!

5 komentarzy:

  1. Oj bylas znowu u mnie we Vlissingen :-) szkoda, że się nie spotkałysmy. Mam nadzieję, że mamie sie podobało :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Podobało, podobało, oj podobało:):). Było wesoło, rewelacyjnie, pełnia wrażeń! Słonecznie, ale też troszkę deszczu (jak to w Holandii). Wspomnień wystarczy na długo! DZIĘKI:):). Buziaki.M.

    OdpowiedzUsuń
  3. tak mnie naszła refleksja emigracyjna, półtora roku trzasnęło u Daczy i patrze, a tu taki blog! najlepszy przecież :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Cudne zdjęcia i cudne chwile...Wyjątkowe trzy dni z mamą w pięknych miejscach... Dla takich chwil warto żyć:)

    OdpowiedzUsuń