czwartek, 19 marca 2015

Amsterdam - Sin City?

Jak to jest z tym Amsterdamem? Czy można czuć się bezpiecznie w tej stolicy europejskiej rozpusty? Wszak okazji do grzeszenia (i to w sumie całkiem legalnego) jest tu sporo. Prostytucja? Proszę bardzo! Marihuana? Ależ oczywiście! Twardsze narkotyki? Cóż, w końcu nie bez kozery była w Holandii taka kampania reklamowa mająca uzmysłowić nieświadomym turystom pewien niuans niuansik taki mianowicie, że kupując w Holandii kokainę mogą się przejechać (na tamten świat), bo zamiast kokainy mogą wciągnąć heroinę. Czy jakoś tak. Tak stało się właśnie w przypadku turystów z Danii oraz kilku Anglików (trzech z nich zmarło) którzy kupili białą heroinę sprzedaną im jako kokainę. A kupili ją.... u dilerów z ulicy! Miasto więc ostrzega na billboardach. Uważajcie, u kogo kupujecie! Oto dutch campaign about cocaine. Prawda jest taka, że będąc w centrum Amsterdamu o twarde narkotyki wcale nie jest tak trudno. Sama kiedyś byłam na imprezie w jednym z hoteli koło Amsterdam Centraal, wyszłam na chwilę na papierosa (taki ze mnie to imprezowy palacz, cóż zrobić?) i stojąc przed hotelem mijający mnie Afro-Dacz spytał cicho, niby dyskretnie: cocaine?

No thanks!

W życiu! Nawet gdybym miała kiedyś tak szalony pomysł, by spróbować kokainy, to nie kupowałabym jej na ulicy od faceta wyglądającego jak skrzyżowanie 2 Paca z Mr. T Baracus z Drużyny A! Nigdy! Tak melanż i wyobraźnia (a raczej jej brak) to by mnie nigdy nie poniosły. No to mamy raz. Trzeba uważać więc w Amsterdamie na narkotyki i na dilerów z ulicy. Jednak ten problem dotyczy raczej wąskiej grupy osób. Czego więc można bać się w Amsterdamie tak na serio? Tak na poważnie? Co jest realnym zagrożeniem? No kradzieże, oczywiście i niestety. Mieszkam tu już prawie trzy lata, a w tym czasie ukradziono już mój rower, ukochanego Janka: Żółtko po, świętej pamięci, Janku, ukradziono mi z torebki w jednym z klubów portfel i telefon: Tropem kradzieży w gejowskim barze, mojej znajomej Gosi okradziono mieszkanie: Jedzenie, hipstersi, szmatki i traumatyczna historia Gosi, a i z tej ostatniej historii dowiecie się, że ukradziono nam z Lubym także silnik od łódki. Co prawda silnik był już stary i zepsuty, ale zawsze... Zawsze to boli taki gwałt na twojej prywatności. Tak więc owszem, w Amsterdamie można obawiać się (i spodziewać się) kradzieży.

W tym temacie ostrożności nigdy nie za wiele. W trakcie Koningsdag w 2014 roku okradziono też mieszkanie naszych sąsiadów: Bawimy się przednio, choć tonik się skończył, ekshibicjonista grasuje, a podli złodzieje kradną laptopy, czyli już po Dniu Króla! Przykładów więc na kradzieże w Amsterdamie jest tu niestety sporo. A co z przestępczością w Amsterdamie tak ogólnie? Czasami słyszę w holenderskim radiu, że w Amsterdamie była kolejna strzelanina w wyniku której zmarł ten a ten gangster. A to w Amsterdamie gangsterzy porwali kiedyś i przetrzymywali dla okupu Freddy'ego Heinekena: Browar, mafia i gruba kasa, czyli o porwaniu Freddy'ego Heinekena..., a to w Amsterdamie prężnie działał lord narkotykowy Klaas Bruinsma, zastrzelony zresztą przed amsterdamskim Hiltonem w 1991 roku. Obie z tych historii doczekały się ekranizacji, a historia o porwaniu Heinekena zainteresowała nawet Hollywood, czego wynikiem jest nówka sztuka film Kidnapping Freddy Heineken z Anthony Hopkins w tytułowej roli (film polecam, choć bardziej podobała mi się holenderska wersja). No. To już robi nam z Amsterdamu prawdziwe miasto grzechu, nawet pomijając prostytucję i marihuanę, mamy tu takie mroczne Sin City rodem z filmów Roberta Rodrigueza.

Zresztą... Sama byłam kiedyś świadkiem takich "dziwnych" przestępczych sytuacji...

To było dawno temu. Mieszkaliśmy wówczas z Lubym w dzielnicy de Pijp. To było niedzielne leniwe popołudnie. Idziemy na zakupy, a tu biegnie sobie facet a za nim goni kilku policjantów. Tuż obok nas ten facet zatrzymuje się zdyszany, zrezygnowany patrzy się na nas chwilę (chciał nas wziąć za zakładników czy co?), po czym... schował się pod samochodem zaparkowanym przed nami! Obserwowaliśmy zszokowani przez chwilę z Lubym, jak kilku, może nawet kilkunastu policjantów próbowało wyciągnąć tego faceta spod auta. Finału akcji nie zobaczyliśmy jednak, bo policja kazała nam się oddalić, a gdy wróciliśmy już z zakupów, nasza dzielnica znowu była cicha i spokojna, jakby nic się nie wydarzyło tych kilkadziesiąt minut temu... Druga taka sytuacja miała miejsce niedawno i to w sumie ona była inspiracją dla tegoż tekstu. Stało się to pod naszym domem, niby w jakże spokojnej dzielnicy Jordaan. Ponownie niedziela, tym razem późny wieczór. Siedzimy w salonie z Lubym i oglądamy film. Nagle słyszymy dziwny hasał. Trudny do zidentyfikowania odgłos. Wyglądamy przez okno, a tam trzech facetów kopie... rower. Zwykły rower, który z przodu ma nosidełko (czy tam siodełko) dla dziecka. Poznaję ten rower. To rower naszej sąsiadki. Matki dwójki dzieci. Czym sobie ten rower zasłużył na takie traktowanie? Cóż, nie wiem, ale finał ataku na niego był taki, że jeden z tych osiłków podniósł rower i... wrzucił go do kanału. Po co? Czemu? Też tego nie wiem, ale Luby wkurzył się strasznie i zadzwonił na policję. I tu pojawił się problem. Cała akcja przebiegała błyskawicznie, Luby otworzył okno i zaczął na nich krzyczeć, oni oczywiście się szybko rozbiegli. Ani ja, ani Luby dokładnie nie zdążyliśmy się im przyjrzeć, a policja prosiła oczywiście o ich opis. Oboje mogliśmy tylko stwierdzić, że było to trzech mężczyzn w nieokreślonym dla nas wieku ubranych w ciemne kurtki. I tyle. Taka to nauka na przyszłość, by w takich sytuacjach zapamiętać coś charakterystycznego w wyglądzie sprawcy. Policja przyjechała trzy minuty po telefonie Lubego, ale co mogli zrobić? Rower już był w kanale, a sprawców nawet, gdyby złapali, to my z Lubym raczej byśmy nie zidentyfikowali. Jednak dzwonić na policję w takich wypadkach trzeba koniecznie, bo a nuż policja będzie częściej patrolować naszą okolicę...

To też przypomina mi taki okres, kiedy na Jordaanie co najmniej raz w tygodniu ginął jakiś kot. Jakby grasował tu seryjny porywacz (morderca?) kotów... Jakoś też wtedy, w tym czasie, znalazłam dziwny liścik na moim rowerze. Nie mogłam go przeczytać, bo lał deszcz tego dnia i większość słów była rozmazana, ale na tyle, co zrozumiałam z tego liściku, to komuś nie spodobało się, jak zapięłam na moście mój rower i... przebił mi oponę! Aj! No to teraz sobie myślicie pewnie, jejku, jaki ten Amsterdam jest straszny! Jaki niebezpieczny! Spokojnie. W Amsterdamie mimo to, czuję się naprawdę bezpiecznie jak w żadnym innym mieście. Ba! Tu nawet policja eskortuje cię do domu po imprezie, jak pewnie pamiętacie z tej historii: Jak to w nieswoich skarpetkach pod eskortą policji wróciłam z imprezy o szóstej rano, czyli kolejne party w Amsterdamie mające (znowu) coś tam wspólnego z pewnym lekarzem. A i jeszcze kiedyś policjant widząc mnie wracającą boso po ulicy w szpilkach w ręce (było lato, ciepło, a ja wywijałam w tych szpilkach takie piruety na parkiecie, że nie mogłam już w nich chodzić) odprowadził mnie kawałeczek do domu...

Niosąc moje szpilki!

Jednak już na serio. Już tak na poważnie. Mimo tego, co napisałam powyżej, Amsterdam jeśli wierząc rankingom i statystykom to dziewiąte najbezpieczniejsze miasto pod względem bezpieczeństwa indywidualnego, a w ogólnym rankingu, jest to piąte najbezpieczniejsze miasto zaraz po Tokio, Singapurze, Osace i Sztokholmie! Więcej na ten temat możecie przeczytać tu. A zatem źle i tak czarno wcale tu nie jest, skoro Amsterdam jest uznawany za jedno z najbezpieczniejszych miast na świecie. Według mnie poczucie bezpieczeństwa to też sprawa bardzo indywidualna, a w moim mniemaniu, w moim odczuciu, mimo tych kilku różnych przygód, Amsterdam wcale nie jest miastem strachu, choć i owszem, jest miastem grzechu. Amsterdam - Sin City? Ależ tak! Oczywiście! Jeśli już grzeszyć - to tylko tutaj!

Full Amsterdam experience, czyli 7 grzechów głównych do zaliczenia w holenderskiej stolicy!

5 komentarzy:

  1. Ciekawe! Zawsze była przekonana, że to tylko u nas na dzikim wschodzi taka złodziejska patologia ;-) A tu jak i raz przez 23 lata nic mi w Polsce nie zginęło, a przez pierwszy rok w Dojczlandii skradziono mi lampkę od roweru. Trzy razy. Teraz zainwestowałam w taką zdejmowalną. Dodam tylko, że kupiłam rower za 5EUR i jego prezencja jest dokładnie taka, więc nie wiem, co kogo pokusiło. Oddalam się czytać wszystkie inne twoje złodziejskie historie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No mi też ciągle kradną pokrowiec na siedzonko, a ostatnio Gosia od okradzionego mieszkania opowiadała, że jej facetowi to nawet kradną zwykłą reklamówkę, którą przykrywa siedzenie na rowerze... Dzwonek (taki za 1,50 euro) też komuś się chciało śrubokrętem wykręcać... No Polska naprawdę nie taka straszna pod tym względem - choć z drugiej strony w Polsce trzyma się rower w domu albo w piwnicy ;)
      Pozdrawiam Cię Adrianna ciepło!

      Usuń
  2. Wybieram i wybieram sie do tego Amsterdamu ale wybrac nie moge (ode mnie ok 2h drogi pociagiem z przesiadka w jedna str). Czekam na naprawde ciepla niedziele bez deszczu, ale zauwazylam ze ostatnio pogoda sie psuje wlasnie na weekendy. Tez masz takie wrazenie??

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie mam takie samo wrażenie... Przychodzi piątek wieczór i zaczyna się ulewa, która kończy się w niedzielę w nocy... Dwa ostatnie weekendy planowaliśmy z Lubym wycieczkę do KEUKENHOF i nic nie wychodzi z tych planów, bo żadna to przyjemność w taką pogodę... :(

      Usuń
  3. A co do tego calego zlodziejstwa na szczescie mnie tu to jeszcze nie spotkalo (odpukac), ale i za wiele okazji nie dalam takim zlodziejom. Rower trzymam w piwnicy, a w centrum jak ide na zakupy czy tez pochodzic po sklepach to zostawiam na strzezonym patkingu przypiety, ale nie pomyslalam o zdejmowaniu lampek itp a przeciez to moment zeby buchnac. Moj kumpel nie mial co zrobic ze swoim starym gratem a zanieczyszczac kanalu jeszcze bardziej nie chcial to zostawil po prostu na noc nie przypiety pod blokiem, rano juz nie bylo :-)

    OdpowiedzUsuń