środa, 11 lutego 2015

Holenderskie słoiki

Ręka do góry, kto choć raz nie przywiózł ze sobą z Polski jakiegoś jedzonka w słoiku? Ciężko mi w tym momencie jest pisać, gdy tak jedną rękę trzymam w górze. Dobra, może nie tyle, co przywożę jedzenie w słoikach, ile w pojemnikach Tupperware, ale powiedzmy sobie szczerze - to tylko taka troszkę bardziej fensi wersja słoika. I targam tak ze sobą po każdej wizycie u moich rodziców tych kilka pojemników. Wielkanoc. Moja mama. A może weźmiesz ciasto? Tylko na drogę. Tylko do samolotu. Biorę. A. I kabanosy Ci kupiłam. Twoje ulubione. Drobiowe. Tylko kilo, bo wiem, że masz małą torbę. Biorę. I tej kiełbasy dla lubego też weź. Mówiłaś, że to mięso w Holandii nie jest dobre. Że chemiczne. Że z hormonami. Weź trochę. Biorę. Dwa kilo. A i babcia dała ci wódeczkę. Swoją. Domowej roboty. Ta słodka, co lubisz. Ano lubię. Biorę. Znów, co prawda nie w słoiku, ale w starej butelce po Żytniej. Szklanej, co by nie było. Półlitrowej.

Tulipany złociste w półlitrówce po czystej... (To nie były tulipany)

Luby patrzy na mnie, jak pakuję walizkę, którą ledwo mogę zamknąć i śmieje się ze mnie. Śmieje się z naszej polskiej słoikowej tradycji. Kochana jest twoja mama, ale kto to to będzie jadł? A potem, jak pytam, gdzie kabanosy, to okazuje się, że zostały zjedzone. Przez... celników. I w ten sposób zostaje mi tylko babcina wódeczka. Słodka, ale uwierzcie mi - potrafi kopać. Tak, moi drodzy, przyznaję to oficjalnie. Jestem słoikiem. Ja się tego nie wstydzę. Co prawda dość wybrednym (bo zazwyczaj biorę tylko to, co lubię), ale zawsze. Słoik ze mnie taki, że czasem zamrażam te pojemniki Tupperware z mamusinym jedzeniem, a potem w ramach nostalgii za domem konsumuję ich zawartość szybciej, niż nakazuje holenderska przyzwoitość. Zresztą, jak mogłabym odmówić przywożenia tych wspaniałości, jeśli moja mama tyle dni nastała się przy garach po to, by na mój przyjazd ugotować to, co lubię? I co lubi luby? Serce bym jej złamała.

A ja nie lubię łamać serca swojej mamy, więc słoiki pakuję do torby...

I podobnie mam z lubym. Że serca łamać mu nie lubię. Tak, to ciągle o słoikach. A raczej - o "złym słoiku". Wiecie, co u nas stoi na stole w kuchni? W centralnym miejscu? "Angry jar", co tłumacząc dosłownie z angielskiego znaczy "wkurzony słoik". Słoik ma funkcję katalizatora. Jest cholernie ważny. Jak mi się zechce przelać swoją polską żółć na lubego, słoik musi zostać nakarmiony. Przeprosinami. Przykład. Luby pyta. Kochanie, gdzie moje spodnie? Ja. W szafie. On. Ale w szafie ich nie ma. Ja już wkurzona. Są, bo je tam wkładałam. On. No nie ma. Ja. Już zła. Już na babskim fochu. Już z żółcią w gardle. Jak to nie ma? Sprawdź dobrze! Mam ci palcem pokazać? On. Słodko. Jeśli możesz? Idę wkurzona. Rzucam coś w stylu, że nie jestem jego matką/służącą/wróżką i organizatorką jego garderoby. Oczywiście okazuje się, że tych spodni w szafie nie ma. Są w praniu. Wrzuciłam je tam kilka dni temu. I słoik trzeba nakarmić. Napisać kartkę z przeprosinami, wyrazami miłości i oddania dla lubego. Dodać jakiś miły komplement dla zniwelowania tego wcześniejszego ataku żółci. Oto mój sposób na walkę ze złością. Polską żółcią. Babskim fochem.

Słoik pełni więc w naszej miłości bardzo ważną funkcję. Jest katalizatorem. Mojej złości.

I złoszczę się mniej, to fakt. Nikt nie chce patrzeć codziennie na słoik wypełniony po brzegi przeprosinami, bo tak się jakoś składa, że nie można kontrolować swojej złości i wkurza się o byle pierdołę... A nie wiem, czy to takie kobiece, polskie czy też moje, że czasem denerwuję się o rzeczy naprawdę nieistotne. Naprawdę błahe... Odkąd jest jednak słoik okazuje się, że można to kontrolować. Można się mniej złościć, mniej foszyć, mniej spluwać żółcią (żółć - to w końcu najbardziej polskie słowo, bo składające się tylko z samych polskich liter...). Nikt mi więc nie powie, że słoik jest nieważny. Słoik to symbol. I dla mnie ma on znaczenie dwojakie. Raz - jest takim symbolem nostalgii za domem. Dwa - pracy nad sobą i kompromisów w związku. A i nawet trzecie znaczenie dorzucę - słoik to w końcu też nie tylko symbol.

Słoik to styl życia. Życia z daleka od domu, co nie oznacza - odciętym od korzeni...

9 komentarzy:

  1. słoik katalizator mi sie podoba :) choć u nas nie przejdzie. Mój Dacz jest bardziej babski niż ja w pewnych kwestiach i jeśli sobie rzeczy po kłótni nie wytłumaczymy i się nie pogodzimy tego samego wieczoru, to bidula nie zaśnie... co za baba.
    Natomiast słoik-nostalgia za domem umarł śmiercią naturalną, po dwóch wizytach. Moja mama nawet już nic mi nie kupuje/przygotowuje, bo wie, że powiem "Miejsca nie mam!". I patrząc na mój maleńki bagaż podręczny z wymaganiami Wizzair'a to choć nie wiem jak bym chciała, nie wepcham. Więc zostają mi maleńkie kawałeczki ciasta, 3 kabanosiki i może czekolada, które wypełnią luke po stroopwafels :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach, ale to wiesz, słoik działa przy takim strzelaniu babskiego focha, wkurzaniu się z błahych powodów... O takich kłótniach, gdzie leci mięso i szklanki, trzaskają się kopie i talerze - to już zupełnie inna historia ;)

      A też latamy Wizzairem i zazwyczaj przyjeżdżamy na tydzień, bo tak raz na pół roku jesteśmy w PL i wtedy bierzemy duży bagaż ekstra. No do tego maleństwa podręcznego to tylko przysłowiowe majtki na zmianę i szczoteczkę do zębów można włożyć ;) I stroopwafel rzecz jasna ;)

      Pozdrawiam!

      Usuń
    2. To ja się wydaczyłam na całego, że tak na budżecie latam :D za to jak się raz na dwa lata samochodem wybierzemy, tak pół wyposażenia domu przywozimy i nowe garnki ;) nadrabiam za brakujące słoiki?

      Usuń
    3. Nadrabiasz Kochana, nadrabiasz! ;) Dostajesz honorowe członkostwo w klubie Holenderskich Słoików!

      Usuń
  2. Uwielbiam Twoje wpisy I... przyznaje tez jestem SLOIKIEM :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj w klubie! Cieszę się, że blog Ci się podoba :)
      Pozdrawiam!

      Usuń
  3. Niby od końca października tu jestem ale już tęsknię za mamusiną zupką takim barszczykiem ukrainskim, ogórkową czy kapuśniaczkiem... Żadnego słoiczka nie wzięłam bo leciałam samolotem, a jak wiadomo bagaż ma ograniczenie w kg (książki zapakowałam do podręcznego, a co) za to mój luby przywiózł fasolke po bretońsku, soczki kubusie i takie tam specyfiki bo dojechał autem po miesiącu. Później zobaczyłam, że to wszystko mam w polskim sklepie... no ale za zupką tęsknie... Co do słoiczków to my Polacy tak mamy i już, no i te pudełka tupperware... A co do autografu i kawki czy piwka to dla mnie bez różnicy, ja tam wybredna nie jestem ;) Po Twoich opowieściach z bloga az mnie rwie do tego Amsterdamu i naprawdę z wielką chęcią bym Cie poznała jeśli byś tylko miała ochotę i czas się spotkać i pewnie się skończy i na jedym i na drugim ;) Recenzje książki czytałam także zapowiada się nieźle, pewnie w poniedziałek będę ją już miała w swoich łapkach, cały czas czekam na przesyłkę :) Pozdrawiam, trzymaj się cieplutko :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dawaj więc znać, jak będzie w Amsterdamie!
      Do zobaczenia zatem!

      Usuń
  4. Hymm.......... Słoik jako wyciszenie emocji i latających talerzy?
    Muszę się zastanowić i .........może kupię jakiś ładny słoiczek:):).
    Buziaki
    Mama

    OdpowiedzUsuń