wtorek, 16 grudnia 2014

7 najdziwniejszych historii, jakie usłyszałam o Daczach... Część 1!

Mieszkając w Amsterdamie już ponad dwa i pół roku myślałam, że mało mnie tu może jeszcze zdziwić. W końcu, aż tak daleko Polska nie leży od Holandii, stąd różnice kulturowe między nami z czasem powinny zacierać swoje granice. W końcu, jesteśmy Europejczykami. W końcu, nasze kuchnie mają w swej podstawie wspólną kapustę i ziemniaki. W końcu, walczyliśmy przeciwko Niemcom. Czasem nawet razem, bagnet w bagnet. I tak troszkę rzeczywiście jest, że się człowiek tu wydacza. Z czasem. Wiadomo, im dłużej tu się mieszka, tym wydacza się bardziej. Jednak mimo to, Holandia, a raczej sami Holendrzy, wciąż nie przestają mnie zaskakiwać. Gdy luby czasem mimochodem opowie jakąś anegdotkę, to aż muszę się zatrzymać na chwilę i spytać kręcąc ze zdziwienia głową, że what?! Że co proszę? Czy ja dobrze słyszałam? Okazuje się, że ze słuchem nie mam problemu, ale ze zrozumieniem. A to dlatego, że ja czasem nie mogę zrozumieć, dlaczego mówi się o Daczach, że nie mają poczucia humoru? Przecież poniższe punkty toż to jakby wyjęte żywcem z Monty Pythona! Toż to paradoks goniący paradoks, absurd tak absurdalny, że aż abstrakcyjny. Toż to niezbity dowód na to, jacy Dacze są zabawni! Zresztą, co tu się długo rozwodzić, przekonajcie się o tym sami!

No. 1
Sobota. Pogodne grudniowe popołudnie. Jesteśmy na spacerze z lubym i z naszym psiakiem. Idziemy wzdłuż Prinsegracht. Mówię do lubego, że byłoby zabawnie mieszkać w domu o numerze 666. Luby na to: A wiesz, że w Holandii najczęściej kradzionym znakiem drogowym jest ten, który przy drodze wskazuje, że jesteś na odcinku 66,6 km? Nie, nie wiedziałam. No to rząd postanowił nie produkować już więcej tych znaków, bo szkoda pieniędzy i czasu, na wstawianie nowych. Czyli znów dowód na to, jakże Dacze to praktyczny i pragmatyczny naród. Pytanie tylko, co ma w sobie szczególnego ten znak, poza "magiczną" liczbą 66,6? Czyżby w Holandii działali prężnie drogowi sataniści?

No. 2
Trzy miesiące temu znajoma lubego ze swoim chłopakiem kupili sobie kota. Z drugiej ręki, dziesięcioletniego rudego sierściucha, który wygląda jak Garfield. Zapytałam, dlaczego nie chcieli małego kociaka, którego mogą sami sobie wychować. Wiesz, bo koty żyją długo, nawet 16 lat, dlatego my kupiliśmy już starszego, takiego co nie będzie tak długo żył. Usłyszałam w odpowiedzi. Był to na pewno jeden z najciekawszych argumentów, o którym słyszałam, jakim ludzie kierują się przy wyborze domowych zwierząt. To czemu nie kupiliście złotej rybki? One żyją krótko. Pytam. Bo rybki nie można pogłaskać. I podkreślę, to nie był żart z jej strony, a co więcej, znajoma lubego nie mogła zrozumieć, cóż to takiego dziwnego widzimy w jej odpowiedzi, że wolała kupić starego sierściucha, który nie będzie żył za długo?

Ol aj łont for christmas is ju... End lif for ever!

No. 3
O tej historii usłyszałam też stosunkowo niedawno od daczowskiej znajomej. Okazuje się, że jest takie miejsce w Amsterdamie, gdzie można wyleczyć... kaca! Tak! Idziesz tam skacowany, zamawiasz sobie "magicznego" drinka za jedyne 5 euro i voilà! Ponoć kac zażegnany. Gdzie to magiczne miejsce leży? Tego się już nie dowiedziałam, ale nawet jeśli jest to tylko "urban legend", to ma już doskonałą reklamę. Hangover emergency to byłby typowy wynalazek Daczy!

No. 4
W mojej dzielni zamknięto sklep meblowy, bo właściciel... serwował w nim kawę. Tak, zgadza się, toż to zbrodnia przeciw meblom i ludzkości! No jak się kawę serwuje, to i toaletę trzeba mieć, i tamto, i siamto, i jeszcze pewnie śmietankę, i jeszcze pewnie cukier. Zatem "mili" sąsiedzi mieszkający nad sklepem donieśli "uprzejmie" odpowiednim władzom, że dochodzi tam do zbrodniczego precedensu. I odpowiednie władze do tegoż sklepu przybyły, zbadały sprawę i tenże sklep zamknęły. Ów przykład wpisuje się tu doskonale w daczowkie umiłowanie do przestrzegania zasad - a raczej - do stania na ich straży, aby to sąsiad zasad nie łamał. Bo jakże to tak?! A myślałam, że to tylko w Polsce sąsiad sąsiadowi zazdrości nawet tego, że u niego trawa rośnie bardziej zielona. Tu w Holandii idzie to o poziom wyżej, bo zapach pysznej kawy obudził czujność stojącego na straży zasad sąsiada. I po co to było temu sprzedawcy?

No. 5
A jeśli już jesteśmy w temacie sklepów w mojej dzielnicy, to muszę też wspomnieć o pewnej lodziarni. Lodziarnia latem ma większy obchód, niż panie na red light district razem wzięte, bo taka jest popularna i ma tak dobre lody, ale... Ale przed jej wejściem postawiony był rożek. Wielkości człowieka. Z plastiku. No taka reklama na zachętę, a i przy okazji kosz na śmieci. I tenże rożek musiał zostać zakryty - bo kusił drań wstrętnie do obżarstwa. Niedobry! A fe! Niecny kusiciel! Za swoje zbrodnie został skazany na banicję przez miasto Amsterdam. I to tak na serio. I to true story.

Taki to oto "myk" właściciel lodziarni z "podłym" rożkiem zrobił...

No. 6
Wiecie, że w Holandii na jednego więźnia podatnicy wydają dziennie (!) sto kilka euro? A na więźnia psychicznego (dziennie!) prawie trzysta? A wiecie, dlaczego? Bo każdy więzień w Holandii ma prawo do choćby własnego... PlayStation! Więzienia w Holandii to w ogóle temat rzeka, bo jak mi to luby mówił, tutaj jest więzienne Eldorado, jak w Norwegii. Najwyżej to można dostać tu góra jakieś dwadzieścia lat. Nawet za wybicie całej wioski, łącznie z krowami, kurami, końmi i wszystkim, co było tam żywe. Luby opowiadał mi niegdyś głośny w Holandii precedens, że jakiś turecki lub marokański stręczyciel oraz handlarz ludzkim towarem poszedł w Holandii siedzieć za sprzedaż około stu pięćdziesięciu (!) dziewczyn z Europy Wschodniej do burdeli w Europie Zachodniej. Facet zarobił na tym interesie kilka milionów. No ale wpadł i poszedł siedzieć. Prawo pozwala jednak holenderskim więźniom opuszczać ten przybytek leniwej rozkoszy w zależności od kalibru popełnionych zbrodni, raz na jakiś czas, by się mogli spotkać z rodziną. Tenże turecki / marokański bandyta raz na dwa miesiące mógł więc udać się na spotkanie ze swoją żoną (!) i córką (sic!). I się udał. Do Turcji czy tam Maroka, które nie mają z Holandią ekstradycji... Reszta już jest historią.

No. 7
I à propos więźniów i przestępczości. Widzieliście taki film z Tomem Hanksem "Kapitan Philips"? To o piratach w Somalii. Jeśli nie widzieliście tego filmu,to i tak zapewne kojarzycie ten problem. Piraci w tamtejszych regionach często atakują statki - czy to pasażerskie, czy chętniej i częściej - te przewożące cargo. W 2011 roku piraci zaatakowali iracki statek. Na pomoc załodze przybyła holenderska marynarka wojenna. Akcja przebiegła dobrze, piraci zostali aresztowani i przywiezienie na proces do Holandii, gdzie trzech z nich zostało zwolnionych i poprosiło o... azyl! Reszta poszła siedzieć w holenderskich więzieniach i grać tam na PlayStation. Jako, że pewnie będą mieli przez ten czas stały meldunek w Holandii, po wyjściu z więzienia nie tyle, co będą mogli ubiegać się o azyl, ile o obywatelstwo.

Wnioski nasuwają się więc same. Lepiej być w Holandii bandytą, zbrodniarzem, a nawet somalijskim piratem, niż mieć lodziarnię albo, nie daj boże!, serwować w swoim sklepie meblowym kawę! I teraz przypominała mi się też inna historia w tym klimacie, ale zostawię ją do następnej części . A Wy znacie Kochani jakieś podobne daczowskie "misiaczki" w tym stylu? Jeśli tak, podzielcie się koniecznie :)

1 komentarz:

  1. Nie wiem czy to ja się tak wydaczyłam czy co, ale ta znajoma lubego, ta od kota wydaje mi sie calkowicie racjonalna... nawet mnie jej argumenty nie zdziwily. Ale co tu duzo mowic, w zeszlym roku sami adoptowalismy 10letniego sieraciucha ze schroniska. Bidula byl schorowany i pożył z nami tylko miesiąc. Po okresie żałoby postanowilismy przygarnąć młodszą bestię... 5-latkę ;)

    OdpowiedzUsuń