piątek, 7 listopada 2014

Stuff Dacz people like, część 8!

Tym razem wstęp krótki - Stuff Dacz people like, część 8! i ostatnia, a i na końcu podsumowanie całego cyklu. Enjoy!

71. Podróże.
Gdziekolwiek wyjedziesz, jakikolwiek kraj wybierzesz za destynację swoich wakacji, jakiekolwiek miasto, na 99,99% spotkasz tam jakiegoś Dacza. Albo Daczkę. Nawet jeśli wyjedziesz na bezludną wyspę. Nawet do alternatywnego świata. Nawet na inną planetę. Dacz tam na pewno już będzie przed tobą popijał Heinekena. Serio. Dacze kochają podróże. Dalekie, egzotyczne, często dość kosztowne. Im dalej, im dziwniej, im dłużej - tym lepiej. Kolej transsyberyjska? Tanzania? Afryka wzdłuż i wszerz? Check, check, check! Luby ma wujka, coś koło 55 lat, który był niemal wszędzie. Z ręką na sercu. Naprawdę wszędzie. Wujek lubego ma w domu wielką mapę przybitą do ściany, na której szpilkami oznacza miejsca, w których już był. Możecie sobie wyobrazić, jak taka mapa wygląda... Krzysztof Kolumb, Ferdynand Magellan, Fileas Fogg i Wojciech Cejrowski razem wzięci mogliby tylko takiej mapki mu pozazdrościć. Ja mu tej mapki cholernie zazdroszczę! Może nie tyle tej mapki, co tych wszystkich wspomnień z jego podróży. Tych miejsc, które zobaczył. Jedzenia, którego spróbował. Kultury, którą podziwiał. Ludzi, których poznał. Cóż na to poradzić, że ja też kocham podróże! Małe i duże ;) W tym temacie wydaczam się w 110%!

72. Wags.
Czyli żony/dziewczyny piłkarzy. Holendrzy kochają nie tylko piłkę nożną i swoich piłkarzy, ale też kochają ich kobiety. Kiedy u nas w Polsce na partnerki piłkarzy, zwane często brutalnie "utrzymankami", wylewa się wiadra pomyj i gigabajty hejtu, to w Holandii robi się z nich gwiazdy, czci się je, ubóstwia i komplementuje. Kiedyś z większą grupą Daczy wybrałam się na narty. Wieczór, ognisko, telewizor i... holenderski program plotkarski. A tam newsy o najsławniejszej Wags w Holandii, czyli o Sylvie van der Vaart. Dziewczyny widząc ją tylko w telewizji zaczęły komentować: jaka ona piękna, jaka ona śliczna, jaka zgrabna, jaka fajna babka... Zero zazdrości, zero krytyki, zero hejtu. U nas na przykład o Annie Lewandowskiej pisze się: "ptasia cwaniara", "Taka irytująco rozmemłana", "Nie cierpie jej", "Znienawidzona jak TRANS doda", "Szafiarki wAGSY i inne pseudo-celebrytki powinny się głęboko zastanowić nad sobą i przemyśleć o ile to możliwe,.jak bardzo narażaja się na śmieszność. Czy one tego nie widzą? Tylko$$$" czy "WREDNY RYJ LEWandowskiej.. k***a szczerze? to ona wygląda jak Joker.." - cytaty komentarzy z Pudelka, pisownia oryginalna. Dacze uwielbiają swoje Wags, a w Polsce są one traktowane, jak persona non grata. Z czego to wynika?

Sylvie van der Vaart

73. Posiadanie dwóch imion i/lub dwóch nazwisk.
Tak, mój luby oficjalnie to tak naprawdę ma dwa imiona i jego rodzina głównie tak się do niego zwraca albo używają inicjałów tych dwóch imion - RJ. To całkiem porównywalne do naszego Jana Marii Rokity, z tym, że luby ma dwa imiona męskie. Na szczęście. Podwójnymi nazwiskami zaś najczęściej posługują się kobiety. W Holandii przyjęło się, że żona owszem, przyjmuje nazwisko męża, ale zostawia też swoje panieńskie. Ciekawi mnie tylko, co dzieje się w takim przypadku, gdy oboje mają nazwisko z "van Coś" bądź "van der Coś"? Chyba wtedy kobieta zmienia jednak panieńskie na nazwisko męża, jak Sylvie van der Vaart. Ale wróć. W sumie Sylvie wróciła niedawno do panieńskiego nazwiska po rozwodzie z piłkarzem Rafaelem van der Vaartem i nazywa się teraz Sylvie Meis. Już więc ex-Wags wniosła pozew o rozwód po tym, jak jej mąż pobił ją podczas imprezy sylwestrowej... Ups, ale ze mnie plotkara!

74. Kawa.
Dacze, jak Włosi - są fanatykami w temacie kawy. Kawa to świętość, picie kawy to wręcz w Holandii kultura. A raczej kult. Nie znam Dacza, który by nie miał swojej ulubionej kawiarni, która broń boże! nie jest żadną sieciówką, ale uroczą małą kawiarenką, gdzie właściciel sprowadza aromatyczne ziarna specjalnie z jakiegoś egzotycznego zakątka z Afryki, gdzie Ebola jeszcze nie dotarła. Jak się zapewne już domyślacie, luby również ma swoje ulubione miejsce (bo to cappuccino kochanie to niebo dla moich kubków smakowych!), które odwiedzamy z takim namaszczeniem w każdą sobotę, jakbyśmy szli na mszę w kościele. Owe miejsce znajduje się przy Westerstraat, zowie się Headfirst Coffee Roasters i rzeczywiście może poszczycić się przepyszną kawą, a jego właściciel to taki pasjonat kawy, że ma nawet na ręce wytatuowany portafilter (specjalny uchwyt do filtra kawy). Kawę też lubię, choć lubiłam ją na długo przed moją wyprowadzką do Holandii. Jednak ta kawa z Headfirst Coffee Roasters to faktycznie uczta dla kubków smakowych :)

75. Targowiska.
Targowiska, bazary, jarmarki, kiermasze - Dacze je wprost kochają! Z ciuchami, z rowerami, z meblami, z duperelami, z upominkami, z jedzeniem, no ze wszystkim, czym się da! Tylko w mojej dzielnicy odbywa się takich targów kilka, a w całym Amsterdamie to już dziesiątki, jeśli nie setki! Mój ulubiony targ to sobotni Boerenmarkt w Noordermarkt, czyli targowisko ze świeżą biologiczną żywnością. Nasze sobotnie poranki z lubym wyglądają zawsze tak, że wpierw idziemy na niebiańską kawkę do wspomnianego powyżej Headfirst Coffee Roasters, a następnie spacerujemy z naszym psiakiem na targ farmerów, gdzie kupujemy świeże owoce i warzywa, sery oraz najpyszniejszy chleb na świecie - kamut. Jak spróbujecie tego chleba - innego nie będziecie chcieli już jeść. Nigdy! Uwielbiam holenderskie targowiska, również te z ciuchami i meblami, bo tam zawsze wyszperam jakieś perełki. Ostatnio kupiłam przepiękny wenecki stolik za 18 euro! Ale o amsterdamskich targowiskach obiecuję kiedyś zrobić osobny post.

76. Wysyłać kartki.
Oj tak, tu kartki wysyła się przy każdej okazji. Nawet z "okazji" pogrzebu... Dostajesz taką kartę przed pogrzebem z informacją o pogrzebie i stypie, a później dostajesz drugą kartkę. Z podziękowaniem za przybycie na pogrzeb. Urodziny dziecka to również okazja do wysłania zarówno gratulacji dla świeżo upieczonych rodziców, jak i dla rodziców, by oznajmić wszystkim znajomym i całej rodzinie, że oto narodził się w tym i tym dniu, tego i tego roku nowy holenderski obywatel. Na wesele też tradycyjnie dostaje się zaproszenie, ale też po weselu zawsze przychodzi kartka - najczęściej ze zdjęciem państwa młodych i podziękowaniami za przybycie. Znajomi lubego, którzy wyprowadzili się do Nowego Jorku też wysłali nam kartkę i pewnie wszystkim innym znajomym, że już tam sobie spokojnie osiedli, poukładali życie i od teraz mają taki a taki oficjalny adres. Na kartce oczywiście jest ich zdjęcie w czapeczkach Yankeesów. Nawet nasz pies ostatnio dostał kartkę od swojego weterynarza... Dacze naprawdę kochają wysyłać kartki, kto tu mieszka ciut dłużej i ma holenderskich znajomych, ten na pewno przekonał się o tym na własnej skrzynce pocztowej ;)


77. Rozmawiać o pracy.
Oj tak, główny temat nie tylko holenderskich small talków, ale rozmów ogólnie. Byłam ostatnio z lubym na urodzinach jego kumpla. Co prawda po godzinie musiałam iść na inną imprezę, ale uwierzcie mi, że ta godzina dłużyła mi się w nieskończoność. Rozmawiałam z kilkoma Daczami (znanymi mi już i też nowo poznanymi) tylko o pracy. Pracy, pracy i jeszcze raz pracy. Mojej pracy, lubego pracy i rzecz jasna pracy osoby, z którą rozmawiałam. Czułam się jak katarynka, która ciągle powtarza w kółko to samo. Ileż można wałkować ten temat? Rozumiem, jak ktoś ma fascynującą pracę i jest na przykład poskramiaczem lwów w cyrku, ale ileż można gadać o tym, że pracuje się jako sprzedawca jogurtów? Albo bankier? No nuda! Jak poznasz kogoś nowego w Holandii, to pierwsze pytanie oczywiście brzmi: Jak się nazywasz? Drugie: Co cię tu sprowadza? I trzecie, najważniejsze: Co robisz? Gdzie pracujesz? I ten temat Dacz może wałkować bez końca. W kółko. Za każdym razem, jak cię spotka, będzie cię o pracę znów pytał. Jak na przesłuchaniu. Luby ostatnio spotkał się z jednym ze swoich najlepszych przyjaciół, który wyprowadził się do Nowego Jorku (nie, to nie ten znajomy od kartki). Pytam, co więc u niego słychać? Jak jego żona? Czy ułożyli już sobie tam życie? Planują dziecko? A luby powiedział, że... nie wie. To o czym rozmawialiście? - dopytuję się. No... o pracy.

78. "Krzywe" domy.
Przyjeżdżają sobie tacy turyści do Amsterdamu, idą sobie do jakiegoś coffee shopu, palą spokojnie skręta, wychodzą później na ulicę, patrzą, a tu co? A tu "krzywe" domy! Dobra jazda - myślą sobie. Z tym, że to nie jazda ani halucynacja, ale rzeczywistość, która wcale nie jest efektem palenia trawy czy projektem szalonego architekta, ale to rezultat słabych fundamentów. A owe fundamenty to nic innego, jak drewniane pale wbite w błoto, które pewnie z kilkaset lat już mają i powoli, powoli osuwają się. A z nimi osuwa się cały dom. Stąd też sporo domów znajdujących się tuż przy kanałach wygląda tak, jakby lada moment miały runąć. Jakby miały przewrócić się w którąś stronę. Prawo albo w lewo. Czy to jest urokliwe? Tego raczej bym nie powiedziała, ale na pewno jest to dość charakterystyczne dla krajobrazu Amsterdamu. Sama też żyję w takim domu, który na pewno nie zalicza się do "prostych" i mam tylko taką cichą nadzieję, że jeszcze te kilka lat spokojnie sobie postoi i nie runie w środku nocy prosto do kanału...

79. Przekraczać tabu.
Mamy w Holandii legalną prostytucję, marihuanę, aborcję, eutanazję, małżeństwa par tej samej płci. Jest także tutaj i portal dla osób chcących zdradzać swoich partnerów - Second Love. Pewnie też obił Wam się kiedyś o uszy i odbił czkawką klub holenderskich pedofilów MARTIJN, który dąży do... "zniesienia barier prawnych" zabraniających dorosłym relacji seksualnych z dziećmi (sic!). W tej sprawie klub zgłosił się nawet do... Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. To jest jednak tak bardzo niesmaczny temat, że lepiej się w niego tu nie wdrążajmy. Holendrzy lubią przekraczać granice tabu również w sztuce. Pamiętacie martwego kota-helikopter - Czego to Ci Dacze jeszcze nie wymyślą?!? A czy słyszeliście o "Lampie nodze"? Holender Leo Bonte zrobił z własnej amputowanej nogi... lampę i wystawił ją na aukcję! Bonte tylko pod tym warunkiem, że będzie mógł wziąć nogę do domu i zrobić z niej lampę, zgodził się w szpitalu na amputację. To wywołało w Holandii dyskusję, kto ma prawo do amputowanej kończyny - szpital czy pacjent? Brzmi niedorzecznie? Irracjonalnie? Jak z Monty Pythona? To czytajcie dalej. Zatem Bonte swoją nogę ostatecznie otrzymał zabezpieczoną w wielkim słoju, na którym umieszczono wedle życzenia pacjenta lampę. Pomysłowy Dacz, aby zarobić pieniądze na nowoczesną protezę wystawił lampę-nogę na eBay'u. Aukcja została wstrzymana ze względu na naruszenie regulaminu - na aukcjach nie można umieszczać części ludzkiego ciała. Bonte się jednak nie poddaje. Ciągle próbuje sprzedać oryginalną lampę. Może są jacyś chętni wśród Was Kochani?

80. Amsterdam.
Oczywiście, że Holendrzy kochają Amsterdam i są z niego bardzo dumni! Obejrzyjcie sobie poniższe video - a dowiecie się dlaczego. No nie ma naprawdę innego takiego miasta na świecie. Uwielbiam Amsterdam i kocham tu żyć!

 

PODSUMOWANIE

Czyli lubię w sumie 25/80 (hmmm.... chyba jeszcze tak do końca się tu nie zaadoptowałam, bo nawet nie wydaczam się w 50%), czyli kocham albo "tylko" lubię Daczlandię za:

Rowery
Walkę z wodą
Pomarańczowe barwy narodowe, czyli orange is the new black!
Brak firanek
Aplikację Buienalarm
Słowo "lekker"
Zwarte Piet
Stroopwafels
Jazdę na łyżwach
Nabiał
Wiatraki
Dzień Króla
Sinterklaas
Różne pasty do smarowania na kanapki
Tarasy
Białe piwo
Łódki
Gay Pride
Kolorowe skarpetki do garnituru
Jamniki szorstkowłose
Car2Go
Podróże
Kawę
Targowiska
Amsterdam

Może nie będę tu się tak zarzekać do końca z tym... końcem tego cyklu, bo kto wie? Może przez kolejnych kilka miesięcy uzbiera mi się jeszcze ze 20 punktów, by dociągnąć do okrągłej 100? Zatem Kochani Stay Tuned! A w kolejnych postach przeczytacie o tym, czego Dacze nie lubią, a tego już na całe szczęście, jest znacznie mniej :)

12 komentarzy:

  1. Znam jednego Dacza, który Amsterdamu nie cierpi! Także widać, że zdarzają się jakieś daczowskie wyjątki ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy ten Dacz nie jest czasem z Rotterdamu? ;)

      Usuń
    2. Nie, nie ;) ten Dacz jest z rejonu Limburgii, a obecnie mieszka w Belgii ;)

      Usuń
    3. Muszę się z Basią poniekąd zgodzić. Dość wielu Daczy spoza Amsterdamu nie szczególnie przepada za stolicą. Może nie tyle za miastem (tego ciężko nie lubić), co za zamieszkującymi Amsterdam Daczami. Ale to chyba standard w każdym kraju.

      Usuń
    4. Mieszkam już w Amsterdamie 4 lata i zawsze twierdziłem ze Amsterdam jest jednym z piękniejszych i magiczniejszych miejsc w Europie. Ale dopiero niedawno zacząłem to miasto rozumieć - natknąłem się na książkę Russella Shorto "Amsterdam, Historia najbardziej liberalnego miasta na świecie". Moim zdaniem OBOWIAZKOWA literatura dla każdego mieszkającego lub planującego zamieszkać w tym mieście. Po jej literaturze zupełnie inaczej odbieram to miasto, a każdy spacer jego ulicami to nowego go odkrywanie. Dodatkowo książka ta, mimo ze traktuje głownie o historii tego miasta, pomaga zrozumieć w dużej mierze kulturę holenderska, co dla nas expatów nieczęsto jest niełatwe ;)

      Usuń
  2. Może Dacze podróżują ale nie udało mi się ich spotkać w Nowej Zelandii, Australii, Grenlandii. A jak rozmawiałam z Daczami o moich podróżach w te miejsca to stwierdzili, że Nowa Zelandia i Australia jest za daleko, a podróż za droga. No a Grenlandia to dla nich za zimno.
    Za to uwielbiają wypoczywać w ciepłych miejscach jak Hiszpania i dla nich tanio:-) Mam wrażenie, że tanie linie lotnicze powstały dla Holendrów:-)
    A zdarzyło mi się podczas podróży spotkać na przejściu granicznym w Sydney celnika Hindusa mówiącego po Polsku, bo studiował 5lat w PL:-) I Nowozelandczyka który odwiedził Gdańsk i Poznań. No i na Grenlandii sporo Australijczyków bo robią tam biznesy:-)
    Zdarzyło mi się spotkać Dacza 50cio latka we Francji i jak zaczęłam opowiadać o Daczowskich atrakcjach typu Keukenhof, i innych to zrobił okrągłe oczy, że on tam jeszcze nie był:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wielu moich holenderskich znajomych podróżowało do Australii. Może ciężej ich spotkać, bo to ogromny kraj i rzeczywiście daleko... Łatwiej im "wyskoczyć" do Tajlandii czy Indonezji ;) Choć historii o Grenlandii jeszcze od Dacza nie słyszałam.

      Usuń
  3. "Cees Nooteboom pisze, że Holendrzy mają dwie twarze. Jedną dla siebie, drugą dla innych. W Amsterdamie widzimy to co chcą nam pokazać, reszta jest dla nich.":-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, tak! Ten temat daczowskich dwóch twarzy pojawi się kiedyś w osobnym poście ;)

      Usuń
  4. Tak sobie przeczytałam Twój tekst i widzę jak bardzo się wydaczyłaś! "Jakikolwiek kraj wybierzesz za destynację swoich wakacji" za destynację ? to takie typowo holenderskie. I lubisz Zwarte Piet, a ja nie, bo zgadzam się z tym, że rasistowki to element kultury holenderskiej, a tradycję czasem warto zmieniać, tym bardziej, że się kiedyś na niewolnictwie Holendrzy dobrze znali i zarabiali.A to taki mały przykład, jak znajdę więcej to przytoczę :-), A tak poza tym, nie wszyscy Holendrzy kochają Amsterdam i są z niego dumni. Niektórzy w ogóle tam nie byli albo nie jeżdżą więcej, bo uważają, że do Amsterdamu się jeździ imprezować, spożywac itd. I chyba coś w tym jest.A dalej, znam Holendrów co mają po cztery imiona - why? kiedyś tu nie używano nazwisk i trzeba było takiego koś zidentyfikować stąd te "vany" "vary", czyli skąd lub kim jesteśmy. I jeszcze bym mogła dłużej, ale mi się nie chce.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ze Zwarte Piet chodzi mi o to, że czemuś, co miało przez długi czas pozytywne konotacje (choć tu pewnie powinnam użyć bardziej pospolitego słowa "skojarzenia") nadaje się charakter negatywny. Jestem z rocznika '85 i pamiętam komunistyczne święta w przedszkolu i "komunistycznego" Świętego Mikołaja, który, nota bene, bardziej przypominał właśnie Sinterklaasa, niż amerykańskiego Mikołaja z reklamy Coca-Coli. On miał zawsze takie czerwone policzki... I teraz wyobraźmy sobie taką sytuację, że w Polsce ktoś zabronił takich czerwonych policzków wszystkim Mikołajom, bo są teraz za bardzo "komunistyczne" (czerwony kolor i te sprawy)... To tak, jakby ktoś atakował moje dzieciństwo, moje niewinne wspomnienia, moją radość ze świąt, stąd rozumiem, dlaczego Dacze bronią tak zaciekle swojego Zwarte Pieta, bo ktoś odbiera im jedne z ostatnich niewinnych wspomnień. Wystarczy 5 grudnia zobaczyć paradę, jak dzieci cieszą się (bez rasistowskich podtekstów) ze Zwarte Pieta i Sinterklaasa. Jaką mają radochę. Jakie to wszystko jest niewinne... Uwierz mi, a jak nie wierzysz, sprawdź sobie proszę na Wikipedii, swastyka była kiedyś w Azji symbolem szczęścia i pomyślności na długo przed tym, jak faszyści zabarwili ją złem i okrucieństwem... To właśnie ludzie nadają pewnym symbolom rasistowskie barwy - w tym przypadku dosłownie i w przenośni. Dla mnie nie ma znaczenie, czy Zwarte Piet będzie żółty (ale w sumie Azjaci mogą się wtedy przyczepić), czerwony (Indianie mogą czuć się atakowani) czy niebieski (nekrofilia?!), ważne jest to, że to był kiedyś symbol radości, niewinnego i beztroskiego dzieciństwa, zbliżających się świat, a teraz po wielu latach wybucha wielka dyskusja na zasadzie, czy Mikołaj z mojego dzieciństwa nie propagował czasem wśród nieświadomych dzieci w przedszkolu komunizmu?... Trzeba go więc zniszczyć i wymazać z pamięci, bo jest złą relikwią PRL-u. Koniec z Mikołajem! "I jeszcze bym mogła dłużej, ale mi się nie chce" ;)
    Pozdrawiam ciepło!

    OdpowiedzUsuń
  6. Amsterdam kocham kocham a pojechalam do Hiszpanii :)

    OdpowiedzUsuń