niedziela, 23 listopada 2014

Stuff Dacz people DON'T like, część 1!

Po cyklu Stuff Dacz people like, czyli co Dacze lubią, przyszedł czas na to, czego (i kogo) Holendrzy nie lubią.

1. Amsterdam
 Ten punkt pojawił się jako ostatni w cyklu Stuff Dacz people like i wywołał w komentarzach małą dyskusję. Owszem, Holendrzy dzielą się na tych, co kochają Amsterdam i na tych, co go nie cierpią. Zapewne jest to też taka trochę specyfika stolicy, którą można zauważyć nie tylko w Holandii. Owszem, spotkałam się z opiniami, że Amsterdam może i jest pięknym miastem, ale tylko na wycieczkę. Tylko na kilka dni, bo mieszkać tam, to musi być tortura. Torturą nie jest, przynajmniej dla mnie, ale jak i wszystko inne w życiu, Amsterdam ma swoje plusy i też minusy. Plusy to na pewno architektura, życie kulturalne, ogólnie pojęta rozrywka, różnorodność kultur i ludzi, duży wybór sklepów, restauracji oraz barów. Minusy to z kolei korki (choć ja akurat nie mam z tym problemu, bo poruszam się głównie i wszędzie na rowerze), wysokie ceny - w usługach oraz za wynajem mieszkania, tłok - zwłaszcza turystów, a także szybsze tempo życia, co jedni mogą odbierać jako plus, inni jako minus. Pewnie i plusów, i minusów można by jeszcze trochę znaleźć. Myślę, że Holendrzy nie lubią Amsterdamu z tych samych powodów, co Polacy nie lubią Warszawy. Kiedyś nawet brałam udział w takiej dyskusji na polskim weselu, jaka to Warszawa jest zła i niedobra. Co ciekawe, ci, którzy najbardziej narzekali na stolicę, nigdy w niej nie byli (!), bo, cytując, po co? W sumie racja, po co mieliby tam nawet przyjechać na jeden dzień, skoro już mają tak silnie wyrobioną opinię na temat tego miasta? Cóż, każdy ma prawo do własnego zdania, ale ja zarówno Amsterdam, jak i Warszawę bardzo lubię, a także mieszkających tam ludzi :)

2. Turystów jeżdżących na rowerze i chodzących po ścieżkach rowerowych. 
Tu podobnie, jak w punkcie pierwszym. Dacze lubią i zarazem nie lubią turystów. Nie lubią turystów robiących tego typu rzeczy - Kac Amsterdam, czyli (nie)prawdopodobny scenariusz wieczoru kawalerskiego w Amsterdamie... (dla osób +18). Jednak najbardziej Holendrzy nie lubią turystów za to, że ci ciągle zachodzą im ścieżki rowerowe i ogólnie wyskakują im przed rower, jak Filip z konopi. Zmorą Dacza jest również turysta na rowerze. Można go z łatwością poznać po czerwonym rowerze z MacBike'a, na którym jadąc ślamazarnie i super wolno rozgląda się nerwowo na wszystkie strony. Pamiętam zresztą moje pierwsze dni na rowerze w Amsterdamie. Wtedy miałam swój pierwszy wypadek (i mam nadzieję, że ostatni!). Jechałam po złej stronie ścieżki rowerowej - po lewej stronie ulicy, zamiast po prawej... Myślałam, że wzdłuż ulicy jest tylko jedna ścieżka dla rowerzystów, tak jak to jest w Polsce... I oczywiście zderzyłam się z jakąś Daczką. Na szczęście bez większych szkód dla mnie i bez żadnych dla niej. Choć moralnie czułam się jak ostatnia sierota. Prawda jest taka, że wprawa w jeżdżeniu na rowerze przychodzi w Holandii z czasem.

3. Niemców.
Trudno w to uwierzyć, że Niemcy w Holandii ciągle obrywają za... I oraz II wojnę światową! Kiedy spytałam lubego, czemu Holendrzy tak bardzo nie lubią Niemców, to powiedział mi krótko - ano dlatego, że dwa razy wszczynali wojnę światową. No dobra, zgadzam się, ale chyba już czas, by o tym zapomnieć? Wojna w końcu skończyła się dobrych kilkadziesiąt lat temu. Choć wojna na kawały trwa między Niemcami a Holendrami do dzisiaj. W najlepsze. Dacze żartują na przykład, że Niemcy kradną im rowery, a ci oczywiście nie pozostają dłużni swoim sąsiadom. Skąpy Holender jeżdżący na wakacje kamperem wypełnionym zupkami w proszku i papierem toaletowym to bardzo częsty temat niemieckich dowcipów. Równie ochoczo Niemcy żartują ze stylu jazdy Holendrów na ich autostradach, a także z ich żółtych tablic rejestracyjnych NL = Never Learned (Nigdy się nie nauczył). Cóż, szczerze mówiąc, żartom z jazdy Holendrów na niemieckich autostradach, to się wcale nie dziwię. Kilka dni temu oglądamy film z lubym, gdy on dostał MMSa. Odbiera go i zaczyna rechotać. Pytam, co się dzieje? A mój znajomy jedzie właśnie autostradą w Niemczech. Patrz, jakie zdjęcie mi wysłał! Patrzę na zdjęcie, a tam licznik pokazujący, że ten jedzie (pociska) 240km/h... I nawet nie prędkość jest w tej historii przerażająca (ani śmieszna), ale fakt, że w tym momencie robił zdjęcie. No Dacz potrafi!

4. Grać z Niemcami w piłkę nożną.
I, a zwłaszcza II wojna światowa oraz piłka nożna. To główne grzechy Niemców według Holendra. Dacze nienawidzą grać z Niemcami w piłkę nożną, bo z reguły z nimi... przegrywają! W tej kwestii wojna pomiędzy tymi dwoma krajami trwa już od lat. Jest takie słynne zdjęcie, kiedy holenderski piłkarz Frank Rijkaard w trakcie meczu 1/8 finału Mistrzostw Świata w 1990 roku pluje na niemieckiego piłkarza Rudiego Völlera. To zdjęcie mówi chyba wszystko w tym temacie...


5. Być mylonymi z Niemcami.
Analogicznie do punktu 4 oraz punktu 5 Holendrzy nienawidzą być myleni z Niemcami. A za granicą dla niewprawionego ucha język niemiecki jest bardzo podobny do holenderskiego. Również z wyglądu Dacze są dość podobni do Niemców. W Holandii statystyczna kobieta jest postawną blondynką, mężczyzna z kolei wysokim blondynem. I podobnie jest w Niemczech, stąd bardzo łatwo o pomyłkę. A dla Dacza to prawdziwy horror i zgroza, kiedy ktoś "wyzywa go" od Dojcza!

6. Niesprzątania po swoim psie.
Jakiś czas temu byłam w Warszawie i nocowałam u znajomej. Wszędzie wtedy znajdywałam woreczki na kupy mojego psiaka. W torebce, w tylnej kieszeni spodni, w płaszczu... Moja znajoma nie mogła się temu nadziwić, że tak gorliwie podchodzę do tego zadania. W Polsce ponoć prawie nikt nie sprząta po swoich pupilach! W Holandii, zwłaszcza w Amsterdamie, to byłoby nie do pomyślenia. To byłby skandal! Ja wiem, to temat "brudny" i dosłownie śmierdzący, ale jeśli macie psa w Holandii i nie chcecie narażać się swoim sąsiadom i ogólnie Daczom - sprzątajcie kupy po swoim psie! Twój pies - twój obowiązek. Twój pies - twoja kupa do sprzątnięcia. Inaczej będzie wojna polsko-holenderska pod flagą biało-czerwoną, którą dawno dawno temu Marek Raczkowski u Kuby Wojewódzkiego wsadził wiadomo gdzie...

7. Jedzenia dwa dni z rzędu tego samego.
Kochanie, co dziś na obiad? Pyta małżonek swojej daczowskiej żonki. To co wczoraj kotku. Odpowiada żonka swojemu daczowskiemu małżonkowi. I ten pada trupem. Z głodu. Bo zjeść dwa razy pod rząd ten sam obiad w Holandii, to jak nie zjeść go wcale. Ba! Czasem nawet dwa dni pod rząd jakieś danie z makaronem, to dla Dacz już za dużo. A raczej już za nudno. Za mało urozmaicone. Jak dzień wcześniej była pasta, to następnego dnia preferują coś z ryżem. Albo z kaszą. Albo z ziemniakami. Nie dziwię się czasem naprawdę tym holenderskim kobietom, że nie chce im się już zbytnio gotować i wolą zamawiać coś na wynos albo kupować gotowe dania z Alberta Heijna. No dogódź tu takiemu wybrednemu facetowi, któremu trzeba ciągle coś nowego wymyślać. Kiedyś dwa tygodnie pod rząd upiekłam to samo ciasto z gruszkami. Myślałam, że luby się ucieszy, bo to jego ulubione. No ucieszył się, ale tak nie do końca. Chciał urozmaicenia. O matko i córko! No dobra. Niech ci będzie. Następnym razem upiekłam więc takie, którego nigdy mu nie robiłam. Z truskawkami. I co? I niezbyt mu podeszło, bo... woli jednak tamte! Woli ciasto z gruszkami! No i bądź tu mądry człowieku z tymi daczowskimi nawykami jedzeniowymi. Nie da czasem rady! Nawet MasterChef by się poddał!

8. Ludzi zachowujących się nienormalnie.
Niedawno byliśmy z lubym i jego bratem wieczorem w barze. Za nami siedziała grupka amerykańskich turystów. Zarówno luby, jak i jego brat nie mogli się zrelaksować, bo tamci gadali za głośno używając w co drugim zdaniu słowo like i OMG. She was like, and he was like, and I was like, and that was like and OMG... I w sumie nie wiadomo, o czym ten facet gadał, ale reszta towarzystwa potakiwała. Luby wiercił się i jak najszybciej chciał dopić swojego drinka, bo nie mógł znieść tych zachowujących się nienormalnie amerykańskich idiotów. Prawda, bo zachowywali się jak idioci, ale mi coś takiego nigdy nie zakłóciłoby przyjemnego wieczoru. Po prostu ignoruję takich ludzi, starając się ich nie słuchać. Jednak z Holendrami jest nieco inaczej. Wiecie, wspomniane doe normaal i ten ich daczowski stoicyzm. Do tego samego worka można też wrzucić publicznie całowanie się, publiczne kłótnie, publiczny płacz i bardzo głośny śmiech. I oczywiście Amerykanów, Włochów czy Hiszpanów, którzy dla większości Holendrów są nazbyt głośni i zbyt wylewni...


9. Przepłacać. 
Holendrzy też czasem sobie narzekają i jak zauważyła kiedyś Czytelniczka bloga Felicja ich ulubionym tematem narzekań jest to, że coś jest za drogie. Dacze nie znoszą przepłacać. Zresztą, kto lubi? Jednak zwłaszcza w Amsterdamie ceny pewnych produktów i usług osiągają wręcz absurdalnie wysokie ceny. Kiedy z lubym wybraliśmy się na wycieczkę po Belgii od razu rzuciło mi się w oczy, że jest tam taniej. Niby Belgia blisko, niby po sąsiedzku Holandii, a różnica w cenach wielka. Co tu dużo mówić, od razu rzuciłam się w wir zakupów... Mój luby z kolei zawsze narzeka na drogie taksówki. Tutaj w Holandii są z góry ustawione ceny dla wszystkich korporacji. Podobnie jest z dentystami. Wszędzie w Daczlandii obowiązuje ten sam cennik. Jak można się domyśleć, zarówno za taksówkę, jak i za dentystę słono się w Holandii zapłaci. Może dlatego właśnie oszczędni Dacze tak dbają o zęby i poruszają się rowerami? Hmm...

10. Spontaniczności.
Dacze muszą mieć wszystko zaplanowane. Koniec. Kropka. Spontaniczność to dla Holendra jakaś dziecięca fanaberia, charakterystyczna dla krajów mniej rozwiniętych... Z czego to wynika? Z kultury? Z wychowania? Z zamiłowania do agendy? Po prostu są ludzie, którzy muszą mieć wszystko w życiu uporządkowane i ci ludzie nazywają się Daczami. Spróbuj wpaść do holenderskich znajomych ze spontaniczną wizytą. Nieplanowaną. Nieumówionym. Spróbuj zgrać kilku holenderskich znajomych na spontaniczne piwo w środku tygodnia. Spróbuj zaprosić ich na obiad "tylko" z tygodniowym wyprzedzeniem. Nie da rady? Ano nie da! Holendrzy mają w sobie tyle spontaniczności, ile jest prawdy o naturalnych, nieretuszowanych zdjęciach Kim Kardashian z szampanem i jej ogromnym, gołym, naoliwionym tyłkiem... Zarówno te zdjęcia, jak i spontaniczność Daczy są mitem stworzonym zapewne przez samych zainteresowanych.

5 komentarzy:

  1. Ile ja się nasłuchałam, że w Belgii jest taniej niż w Holandii... Może dlatego mój przyjaciel Dacz mieszka w Belgii, ale przy granicy z Holandią XD Pamiętam jak go odwiedzałam, to na stacji benzynowej czasami można było zobaczyć więcej samochodów na holenderskich tablicach niż na belgijskich ;)

    Co do spontaniczności Daczy to mam mieszane odczucia. Kiedy usłyszałam, że mój przyjaciel Dacz szuka spontanicznej dziewczyny to myślałam, że spadnę z krzesła, ale koniec końców skończył z Daczką u boku ;) Taka ta jego spontaniczność niespontaniczna...

    Zgadzam się, że Dacze nie lubią Niemców, ale tak samo nie lubią Belgów i vice versa :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Już przy wcześniejszych wpisach zauważyłam fragment o tym, że Dacze nie lubią gdy ktoś zachowuje się głośno w miejscach publicznych. To ja mam chyba horrendalnego pecha przez tyle lat tutaj, bo sama też tego nie lubię a nagminnie, każdego dnia, w każdym miejscu,obojętnie czy to Albert Heijn czy jakaś knajpka w czasie lunchu, czy kolacji, czy za płotem - ZAWSZE trafiają się właśnie Dacze w każdym wieku drący się na cały regulator. O Marokańczykach już nawet nie wspomnę....:> Pozdrawiam serdecznie z sąsiedztwa:-)))

    OdpowiedzUsuń
  3. Mieszkam w belgijskiej Antwerpii i tutaj z kolei panuje przekonanie, że wiele rzeczy można kupić dużo taniej w... Holandii :) Sporo znajomych raz na jakiś czas jedzie do NL na zakupy. A Belgowie co roku na soldeny :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń

  5. fio13 października 2017 08:05
    Taaa! Dacze to głosny naród! Te tubalne głosy i niezbyt subtelny sposób smiania. W restuaracji nie mozna pogadac bo wkoło tak głosno że ho ho! I nie mówie tu o takiej np włosko-hiszpańskiej czy chociazby polskiej wesołosci. No nie, po prostu mówią ale tak głosno jakby krzyczeli. Co do sprzątania po psiakach, ja zauwazyłam odwrotnosc! Dla mnie to zawsze byla niezla zagadka - no tak Dacze kochaja nakazy i reguly a jakos po psiakach nie sprzataja. To w mojej rodzimej blokowni w Bydgoszczy wszytscy lataja z woreczkami! A tu se idzie Dacz/Daczka i smętnie wiszący u smyczy co najmniej dwuletni, brudny woreczek "na zas". No dosc rzadko uzywany...;P (nie wpsominajac o jego jednorazowosci)

    OdpowiedzUsuń