wtorek, 18 listopada 2014

Parapetówka w Holandii

O tym, że parapetówka w Holandii to bardzo ważna sprawa, miałam okazję przekonać się w tym miesiącu już dwa razy. W ten weekend i jeszcze w poprzedni. Holender, czy to kupuje mieszkanie w kredycie, czy to za pieniądze rodziców, czy też po raz pierwszy "tylko" je wynajmuje - taki skok w dorosłość musi przypieczętować imprezą. A ta zazwyczaj jest huczna, głośna, dość mocno zakrapiana i obfitująca w zniszczenia. Zniszczenia nowego gniazdka, rzecz jasna.

Nie dalej, jak półtora tygodnia temu, znaleźliśmy z lubym w swojej skrzynce pocztowej kartkę. Od naszej sąsiadki z domu obok, która uprzejmie nas informuje i donosi, że w piątek 7 listopada odbędzie się jej huczna parapetówka i z góry przeprasza za hałasy i różne tam wygibasy swoich gości, a także za nieudogodnienia spowodowane naruszeniem ciszy nocnej. A i w ramach rekompensaty oraz nawiązania poprawnych sąsiedzkich stosunków, zaprasza nas też na swoją parapetówkę na "małego" drinka. Pół naszego sąsiedztwa oczywiście znalazło w swojej poczcie podobne kartki.

No to mówię do lubego - Wpadamy? Luby jakoś niechętnie widzi ten pomysł. Już wie skubany, co się dzieje na takich imprezach. To co robimy wtedy? Pytam. Nie ma wyjścia, trzeba w piątek coś zaplanować poza domem. Padło więc na odległe kino, bo Pathé Arena i na film Interstellar, bo ten trwa prawie 3 godziny... A jakim cudem ten film ma 9/10 na IMDb? I 8,2/10 na Filmwebie? Tego to ja nie wiem, ale wiem na pewno, że powrót do domu o godzinie 1.30 w nocy nie był najlepszym pomysłem. Wtedy bowiem parapetówka naszych sąsiadów zaczęła się dopiero rozkręcać na dobre...


Podjeżdżamy pod dom - a tam nie przesadzam, 70 rowerów więcej, niż zwykle, zaparkowanych jak i gdzie popadnie. A i też sąsiedzi skrupulatnie wynosili na chodnik przed domem w trakcie parapetówki puste skrzynie po piwach - po godzinie pierwszej stało ich już tam z pięćdziesiąt. No może przesadzam. Może z czterdzieści. Muzykę było już słychać z daleka jako, że sąsiedzi z parteru, to i ogródek mają. A tam, mogliśmy z lubym stwierdzić ze stuprocentową pewnością, przeniosła się już cała impreza. I tam trwała do rana. Do godziny piątej z hakiem. Do ostatniej butelki piwa.

Trudno tak komuś zwrócić uwagę, że jest już trzecia w nocy i spać nie możemy, bo jest za głośno na tej imprezie, gdy dostało się na nią takie miłe zaproszenie... Cóż, jakoś przetrwaliśmy noc, choć możemy zaliczyć ją do nieprzespanej. Całe szczęście, że parapetówkę ma się zazwyczaj raz, a przynajmniej raz na jednym i tym samym mieszkaniu. Teraz mamy tylko cichą nadzieję z lubym, że ci sąsiedzi jak najdłużej zostaną w tym mieszkaniu. Przynajmniej do emerytury.

Jeśli chodzi o wspomnianą drugą parapetówkę - to tu miałam okazję przekonać się w ostatni piątek na własnej skórze, jak to rzeczywiście wygląda w Holandii. Choć sama niestety przekonałam się o tym, bo luby miał co prawda pójść ze mną, ale zaniemógł. Ze zmęczenia. Przez cały poprzedni tydzień nie odespał jeszcze parapetówki naszych sąsiadów...

Impreza planowo miała zacząć się o 20.00. Ja przybyłam o 22.00, bo piszcząc szczerze, czekałam aż przestania padać. A raczej, kiedy skończy się ulewa. I tu znów podobna sytuacja, jak tydzień temu. Przed nowym mieszkaniem mojej znajomej (Holenderki pochodzenia polskiego - mama Polka, a tata Dacz) mnóstwo rowerów zaparkowanych gdzie tylko popadnie. A raczej porzuconych gdzie popadnie. Muzyka może nie tak głośna, jaką my uświadczyliśmy w poprzedni piątek, ale najbliżsi sąsiedzi jestem pewna, że mogli ją całkiem dobrze słyszeć. Wchodzę do mieszkania, a tam tłum ludzi. Na oko - nawet i z siedemdziesiąt osób. Ciężko ocenić, bo towarzystwo porozchodziło się po całym mieszkaniu. Część bawiła w pokojach, część gawędziła na korytarzu, cześć tańczyła w kuchni, część paliła przed drzwiami wejściowym, a i tu znajoma podobnie, jak moi sąsiedzi, wynajęła mieszkanie na parterze, zatem ogródek również tam był w pakiecie socjalnym. A ogródek znajomej był też dość mocno oblegany, bo jak wiadomo, niezależnie od pory dnia i pory roku, jeśli deszcz nie pada, jeśli nie ma śniegu, Dacze wprost uwielbiają imprezować w plenerze...

Nawet jeśli jest to ogródek 2x2 metry. Nawet jeśli temperatura powietrza wynosi 5°C. Ach, ta daczowska gorąca krew ;)

A znajoma? Rozrywana. Oblegana. Każdy chciał z nią oczywiście pogadać. Sama zamieniłam z nią tylko kilka słów, bo musiała lecieć i wstęgę przecinać. Bo było i na tej parapetówce uroczyste przecięcie wstęgi. Było i morze wina, i ocean piwa, i był też nasz... polski Polonez! Tak! Serio! Jak wspomniałam, mama mojej znajomej jest Polką z pochodzenia, choć wydaczoną aż do perfekcyjnego holenderskiego akcentu (!) i to ona zaprezentowała zgromadzonym gościom nasz piękny tradycyjny taniec. Szok? No mały... Tego to bym się raczej nigdy nie spodziewała na daczowskiej parapetówce!

Po przecięciu wstęgi "dorwał" mnie tata tej mojej znajomej. Ty jesteś Polką, prawda? Kiwam potwierdzająco głową. No to na zdrowie! Krzyczy mi do ucha radośnie i wypija przezroczysty płyn z kubka, który ponoć był wodą, a nie wódką. Palisz marihuanę? Pyta mnie, choć nie wiem, czy to jest tylko pytanie, czy może jakaś propozycja... Nie, nie palę. Odpowiadam zgodnie z prawdą. Dobrze, to bardzo dobrze. Twój facet to Holender? Pyta dalej. Znów kiwam głową. A kochasz ty go jeszcze? Rozbroił mnie tym pytaniem. No oczywiście! Kocham bardzo. Znów odpowiadam zgodnie z prawdą. Bo wiesz, powiem ci naprawdę szczerze, że ja swoją polską małżonkę to dalej kocham nad życie. No patrzę na nią i jakbym to ją wczoraj dopiero poznał! Nic się nie zmieniła! Dalej z niej ta sama piękna polska dziewczyna!

Jednak jest nadzieja, że można kochać kogoś kilkadziesiąt lat i spędzić z tą osobą resztę życia! Nawet, jeśli to Dacz ;)

Szkoda tylko, że dłużej już nie mogłam porozmawiać z uroczym tatą mojej znajomej, ale czekała mnie kolejna impreza i znajomi, którzy popędzali mnie SMSami ;) Choć zdążyłam porozmawiać jeszcze z bratem znajomej, który... ma dziewczynę w Polsce! Tak! On też jest z Polką! Jak sam mi powiedział (po angielsku, bo po polsku niestety mówił słabo), idzie śladami ojca, bo widzi, że to jest dobra droga :). Jak mi powiedział Polki są najlepsze! A teraz zapewne zapytacie już na koniec, jaki więc dałam jej prezent? Co daje się w Holandii na parapetówkę? Ano to, co w Polsce w sumie, czyli coś dla przyjemności i coś do domu. Dla przyjemności znajoma dostała naszą polską wódkę (jakżeby inaczej!), a do domu to zrobiłam specjalnie dla niej obraz techniką kolażu. Z akcentami polsko-holenderskimi, aby ten kolaż przypominał jej o słowiańskich korzeniach. Bo urodę to ma dość daczowską, a i z językiem polskim u niej słabo...

Ten post zmusza mnie również do jeszcze jednej małej refleksji - trzy razy zmienialiśmy już z lubym mieszkanie w Amsterdamie, a jeszcze nigdy nie mieliśmy parapetówki! Coś z tym trzeba będzie zrobić... Trzeba będzie to zmienić!

A oto, jak wygląda holenderska parapetówka od środka (na zdjęciu coś około 50% gości parapetówki mojej znajomej) ;)

5 komentarzy:

  1. Pozytywnie Macie w tej Holandii.
    Mam pytanie, Jestem ciekawa czy dacze:) (Uwielbiam to słowo) piją na takiej imprezie jak w Polsce. czyt. Do upadłego

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, tak długo na tej parapetówce znajomej to nie byłam, ale po parapetówce sąsiadów to mogę śmiało stwierdzić, że tak - do upadłego ;)

      Usuń
  2. No proszę, a myślałam, że perfekcyjny holenderski akcent jest dla dorosłego Polaka nieosiągalny, a tu jak Polak (Polka :-)) chce, to potrafi ;)))) Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  3. To jest rzeczywiście osiągnięcie, nabyty perfekcyjny holenderski akcent. Ja, pomimo, że ukończyłam przedszkole w Amsterdamie to i tak nieraz jestem tam pytana, skąd jestem, a w niektórych przypadkach, to pomimo że mówiłam, że mówię po holendersku, to mówili do mnie po angielsku. Holendrzy zazwyczaj bardzo dobrze mówią po angielsku, oprócz niektórych boerów (rolników) i chętnie przechodzą na ten język, gdy rozmówca wydaje im się "obcy" (albo gratulują: jak świetnie mówisz po holendersku!). Niemniej, to, co mi się podoba w Holendrach to jest to, że mają różnego rodzaju gazetki szkolne na dobrym poziomie dla młodzieży w różnych kategoriach wiekowych, np. "Taptoe". Gazetki są nawet na uniwersytecie. Polecam kolumnę "Typical dutch" dwutgodnika "Resource", jeżeli ktoś zna holenderski lub angielski. Tam zwyczaje Holendrów konfrontowane są na tle międzynarodowym.http://resource.wageningenur.nl/en/Categories/typical_dutch.htm Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetny pomysł! Ja właśnie szykuję się na parapetówkę, która kupiła śliczne mieszkanie na bardzo ekskluzywnym osiedlu Lokum Di Trevi , i trochę się boję, że nie trafię z prezentem, a chciałam kupić voucher na piękną porcelanę i jakoś ładnie go zapakować!

    OdpowiedzUsuń