piątek, 10 października 2014

O królewskim traktowaniu... butów, czyli traumatyczna historia lubego

Pozwólcie, że nawiąże do niedawnej historii o Księżniczkach. W ten sposób nawiążę, że jak mogliście tam oto przeczytać - mój luby to przemiły osobnik, który nie ocenia, nie krytykuje, nie obgaduje, źle o nikim nie mówi. Nigdy. Aż do poniższej historii... Aż do czasu, gdy ktoś naprawdę zajdzie mu za skórę swoim zachowaniem. Drugie nawiązanie tyczy się królewskości - bo będzie mowa o pewnej firmie z Amsterdamu. Zowie się The Royal Treatment (Królewskie Traktowanie) i zajmuje się królewską restauracją (nie mylić z naprawianiem!)... butów. Tak, tak. Przynosisz tam swoje ulubione, ale niestety już stare i znoszone trzewiki, a pracujący tam mistrz nad mistrzami szewców ładnie je odrestauruje. Odpicuje ci je tak, że będą wyglądać jak nówka sztuka nie śmigane!

Ale...

Zanim przejdziemy do tego "ale" kilka istotnych faktów. Luby, jako typowy Dacz, posiada w swojej kolekcji kilka par holendernie drogich butów. Ma wśród nich swoją ulubioną. Wiadomo, buty za 300-400 euro to nie na jeden sezon. Więc nosi takie trzewiki przez kilka lat. Po tych kilku latach, jak już się zużyją i zniszczą, to je wyrzuca i kupuje nową parę. Ale tych nie chciał odpuścić. Bo to jego ulubione. Zastanawiał się biedak, jak je może uratować. Na ratunek przyszedł mu jak zawsze z pomocą dobry wujek Google i wskazał mu odpowiedni adres w Amsterdamie, gdzie szewc nad szewcami może zdziałać cuda. Ale - tu wracamy do tego "ale", ów szewc bardzo drobiazgowo selekcjonuje swoich... klientów. Gdy luby przybył do The Royal Treatment ze swoimi trzewikami w reklamówce z Alberta Heijna (popularnego tutaj marketu, coś w stylu naszej Biedronki) nie był świadomy, że już na wejściu popełnił pierwszy błąd. A raczej - grzech główny! 

Szewc go zjechał z góry na dół za reklamówkę. W takim czymś gentlemen butów nie nosi! Nawet zniszczonych! Pierwsze ostrzeżenie! Szewc wycedził zirytowany. A ile jest tych ostrzeżeń? Dopytywał się zdziwiony tym tonem i atakiem luby. Szewc zignorował jego pytanie i kazał mu wyjąć OSTROŻNIE! buty z reklamówki, którą z obrzydzeniem od razu wyrzucił do śmieci. Gdzie pan w tych butach chodził? Po lesie? Luby nie pamiętał. Może zdarzyło mu się i po lesie w nich chodzić. Podeszwa tragedia. Skóra zniszczona. A w środku to dramat. Rzeźnia! Luby poczuł się skarcony, jak dziecko. Już miał dylemat - czy szewc tak do końca jest normalny... Szewc popatrzył na lubego, popatrzył na jego buty i znów na lubego, atmosfera zrobiła się napięta, jak skóra na tyłku Kim Kardashian, aż w końcu szewc wydał łaskawie wyrok. Dam panu szansę, jedną i jedyną, ale pod jednym i jedynym warunkiem. Luby popatrzył na niego, jak na wariata, ale spytał grzecznie. No jakim to warunkiem? Szewc położył na blacie z hukiem jego buty, po czym poważnie oznajmił: A pod takim warunkiem, że będzie pan je pielęgnował później DOKŁADNIE tak, jak panu powiem.

No dobra. Zgodził się luby i zapłacił za 'królewskie traktowanie' swoich butów z góry. 300 euro.


Po umówionych dwóch miesiącach luby znów przybył do The Royal Treatment. Rzecz jasna po odbiór ulubionych i odnowionych butów, ale miał też, choć oczywiście już nie w reklamówce, kolejną parę, którą chciał tam zostawić do restauracji. Szewc go od razu poznał, ale zapytał o rachunek. Luby powiedział, że nie ma, ale chyba obejdzie się bez rachunku, skoro ten go pamięta. Drugie ostrzeżenie! Powiedział groźnie szewc. Aha - pomyślał luby - czyli pewnie tych ostrzeżeń będzie w sumie trzy! Szewc spod byka popatrzył na lubego, po czym podał mu jego buty. Wyglądały pięknie! Cudownie! Wręcz lśniły! Tak dobrze prezentowały się tylko w dniu, kiedy luby je kupił. Szczęśliwy już zacierał dłonie, już chciał wyciągać drugą parę, kiedy szewc zabrał mu buty sprzed nosa i poszedł na zaplecze. Wrócił z trzema pudłami. Małym, średnim i dużym.

To pudełko do pielęgnacji obuwia kosztuje 200 euro, ale to wersja podstawowa, odradzam. To o małym pudełku. To pudełko już bardziej bym panu polecał, bo posiada niemal wszystko, co potrzebne do codziennej pielęgnacji. 300 euro. To o średnim. A to bym właśnie doradził panu kupić, a wręcz bym nalegał, bo znajdzie pan tam wszystko, naprawdę wszystko, czego potrzeba, aby buty utrzymać w takim stanie i w takiej kondycji, do jakiej z tak wielkim trudem je doprowadziłem. 400 euro. To oczywiście o dużym pudełku. Zaraz panu pokażę, jak i co ma pan używać. To które pan bierze? 

Luby popatrzył się na niego i rozejrzał za ukrytą kamerą. Buty za 1100 (!) euro w sumie (bo wydał 400, jak je kupił, teraz 300 na ich restaurację i jeszcze ma wyłożyć 400 za pudło do ich pielęgnacji?) to "lekka" przesada, nawet jak na Dacza. Nawet, jeśli to jego ulubiona para. Zdezorientowany z tego wszystkiego powiedział pierwsze, co mu przyszło do głowy. 400 euro, dużo. Szewc popatrzył na niego zdenerwowany. Dużo? To raczej niska cena, aby utrzymać te buty w tak pięknym stanie. Czy wie pan, ile JA czasu poświęciłem, żeby je odnowić? Żeby dać im drugie życie? Mogłem w tym czasie zrobić buty klienta, któremu zależy... Który będzie się później o te buty troszczył i je szanował. Luby nie wiedział, czy to żart, czy może ma się teraz roześmiać, ale intuicja podpowiadała mu, że ma oto przed sobą wariata albo prawdziwego pasjonata butów (w końcu skądś się wzięło to powiedzenie "szewska pasja").  Albo jedno i drugie, co bardziej prawdopodobne. Rozumiem, ale na dzień dzisiejszy podziękuję za pudełko, zarówno małe, średnie, jak i to duże, ale za to przyniosłem jeszcze jedną parę... Szewc w tej chwili wybuchł i przerwał lubemu cedząc przez zęby: Jak pan nie chce butów traktować z szacunkiem, to niech pan już sobie pójdzie! Ja dziękuję za takich klientów! Ja wybieram ich bardzo selektywnie! Pan właśnie nie przeszedł tej selekcji! Szkoda było na pana mojego czasu i wysiłku! Do widzenia i nie do zobaczenia! I jeszcze rzucił w stronę lubego kilka gniewnych zdań i impertynencji. A już na sam koniec podając lubemu odrestaurowane buty obrażony i urażony wyszeptał smutno, że ledwie luby mógł go usłyszeć. Nie jest pan ich godzien... Może i buty zostały iście królewsko potraktowane, ale szewc potraktował lubego niekoniecznie po królewsku.

Wraca więc luby do domu i widzę, że jest jakiś dziwny, zmieszany, że coś jest nie tak. Patrzę, ma ze sobą dwie pary butów, a drugie miał przecież zostawić tam u szewca. To nie będzie królewskiego traktowania dla drugiej pary? Pytam zdziwiona i patrzę z podziwem, jak pięknie szewc odnowił pierwszą parę. Nie podoba ci się, co z nimi zrobił? Przecież wyglądają jak nowe! Niesamowite! Doskonała robota! Luby popatrzył na mnie niejako ze smutkiem i powiedział: Wiesz co, masz rację. My Dacze bywamy zbyt bezpośredni, czasem tak, że jesteśmy gburowaci, złośliwi, a nawet chamscy. Ale historia, którą ci zaraz opowiem, bije na głowę wszystkie inne z tego cyklu na twoim blogu...

No i miał chłop rację!


Proszę, jak pięknie odnowione! Podeszwa, że mucha nie siada! Przynajmniej tyle dobrego z tej traumatycznej historii lubego, z której w sumie on sam się już teraz śmieje. Swoją drogą jestem ciekawa, którzy klienci przechodzą selekcję szewca? Stawiam, że to ci, co kupili duże pudełko za 400 euro...

5 komentarzy:

  1. Świetna historia:-) Po kilku latach mieszkania w NL wszyscy stają się powoli bezpośredni:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Życie pisze najlepsze historie ;) A z tą bezpośredniością święta prawda!
      Pozdrawiam!

      Usuń
  2. hahahhahaha! epic story~!

    OdpowiedzUsuń
  3. SMS wysłany! Ten post podobał się mi bardzo :-)

    OdpowiedzUsuń