czwartek, 2 października 2014

Księżniczki

W jednym z komentarzy padło kiedyś takie pytanie: Czy to prawda, że Holendrzy narzekają na Holenderki? Jeśli tak, to dlaczego? A w jeszcze innym pytała anonimowa niewiasta: Droga autorko może właśnie napiszesz coś o młodych Holendrach:D Mój strasznie narzeka na rodowite Holenderki, co aż mnie dziwi, i ciężko mi w to uwierzyć że są takie 'be'. 

Zapytałam u źródła. Czyli lubego, rzecz jasna. Ci, co go znają, pewnie nie będą zaskoczeni jego odpowiedzią. On oczywiście w Holenderkach nie widzi nic złego ani nic dziwnego. Nie wie, o co mi chodzi. Chyba czepiam się. Ot, to zwykłe normalne dziewczyny, jakich pełno na świecie. Cały luby, nigdy nie ocenia, nigdy o nikim nie powie źle, rycerz w srebrnej zbroi, który na świat patrzy przez pryzmat swej dobroci. A i oczywiście - swój swojego zawsze broni. Ale kiedy pytam go, dlaczego w takim razie żadna z jego poprzednich dziewczyn nie była Holenderką, zaczyna się do mnie dziwnie uśmiechać. Jakby z ironią. Jakby z podtekstem. Aha! Czyli coś jest na rzeczy!

Może to kwestia wychowania? Może w Holandii tak wychowuje się dzieci, że chłopcom mówi się, aby byli mądrzy, zaradni i ciężko pracowali, a odniosą sukces. Dziewczynkom zaś w kółko rodzice powtarzają, że są najlepsze na świecie, najpiękniejsze, najcudowniejsze i w ogóle naj, naj, naj! A później, jak już takie dorosną, jak już taka dziewczynka staje się kobietą, to dalej ma o sobie takie mniemanie...

Co tu Wam dłużej obwijać w bawełnę i bawić się w dyplomację. Oto, co zaobserwowałam mieszkając w Holandii od prawie 2,5 roku i z czym również zgadzają się prawie moi wszyscy polscy znajomi, którzy tu mieszkają - Holenderki to księżniczki. I tyle w temacie.

Oczywiście zbrodnią jest generalizować i tak tu uogólniać, bo choćby wszystkie panie z rodziny lubego nie wpisują się tam w żadne daczowskie schematy ani stereotypy. Jego siostra to skarb-kobieta a mama lubego jest prze-kochana! Każdemu życzę takiej teściowej! Ale w ogóle rodzina lubego jest jakby z innej bajki. W ogóle Holendrzy z prowincji Zeeland są jacyś tacy oderwani od reszty narodu. Wracając jednak do sprawy. Zbrodnią jest generalizować, bo to tak, jakby o wszystkich Polakach mówić, że piją i że mają wąsy. Jednak mówimy tu o statystycznej Daczce mieszkającej w Amsterdamie, która śmiga po mieście swoim fietsje (rowerkiem).

 A z tym rowerem to trzeba uważać. To ważna sprawa. Nie dalej, jak wczoraj, Dam Square, centrum miasta, ruchliwa ulica, tłum kroczy przez pasy na zielonym świetle, kiedy przebija się przez niego Daczka. Na rowerze... Nie powiem, dziewczyna ładna, zgrabna, młoda, dobrze ubrana, ale pieszym raczej nie miała zamiaru ustąpić, choć było zielone. Dla nich. Jeden chłopak stanął i zaczął krzyczeć na nią po daczowsku (nie, nie był to raczej klasyczny podryw "na zebrę"). A ona co? Dalej jedzie twardo i wrzeszczy też na niego, a raczej za nim, pokazując mu środkowy palec. Cóż, niech pierwsza rzucę kamień, jeśli nie jeżdżę na czerwonym, ale nigdy, przenigdy, kiedy przez pasy idą ludzie! Jakoś czułabym się tak niezręcznie, tak nieładnie, gdyby taki przechodzeń musiał stać i czekać na mnie, jeśli to on ma zielone, aż ja łaskawie przejadę, bo, brzydko i dosadnie mówiąc, mam go w dupie. Bo mnie zasady w sumie to nie obowiązują i to świat musi się do mnie dostosować, a nie na odwrót! To świat ma na mnie czekać, kiedy jadę na swym żelaznym rumaku! Bom ja księżniczka! Boom! Padnijcie na kolana, padnijcie do mych stóp biedacy!


No dobra, ale żółcią sobie teraz poplułam, aż pobrudziłam cały ekran laptopa. Wróć i wytrzyj. Tak, tak, we mnie prawie też wjechała owa Daczka, no ale nie w tym sęk, nie w tym sens i nie w tym esencja tej lektury. Pytanie w tezie brzmi niejako, czemu niektórzy Holendrzy nie lubią swoich krajanek? Czemu nie lubią ich na tyle, że jakieś 20 lat temu jeździli sobie po żony do Azji, a dziś wolą zapuszczać się ciut bliżej, w bardziej znane im rejony, bo do Europy Wschodniej? Pozwólcie, że wypunktuję.

1. Wyższość - bo księżniczka nie brata się z poddanym plebsem, no chyba, że z siedmioma krasnoludkami (a jak wiadomo, Holendrzy do niskich raczej nie należą...).
2. Waleczność - bo przecież trzeba umieć walczyć ze smokiem.
3. Niezależność - bo z tym smokiem czasem trzeba walczyć samej.
4. Egocentryzm - bo najlepszą przyjaźń można przecież zawrzeć ze swoim odbiciem lustrzanym.
5. Normalność - wśród samych księżniczek nie znajdziesz kocmołucha, więc po co się wyróżniać?
6. Brak kobiecości - a czy księżniczki z bajek były seksowne?
7. Bezpośredniość - przecież w bajkach uczą, że nie wolno kłamać!
8. Niechęć do domowych obowiązków - jeszcze korona mogłaby spaść z głowy!
9. Brak empatii - bo ciężko utożsamiać się z poddanymi i martwić się o czyjeś uczucia, kiedy na głowie ma się nie tylko koronę, ale i całe królestwo!
10. Brak poczucia humoru - bo bajki o księżniczkach więcej mają z tragedii, niż z komedii.

Ale to teraz sobie tu pojechałam po nich...

No trudno. Księżniczki - tak. Tak myślę, że to dobre określenie. Duża część Holenderek nie tyle może, co o sobie myśli jako o księżniczkach, ile całym swoim zachowaniem, swoim całokształtem może nasuwać takie skojarzenie. Ja tam w bajki w sumie już nie wierzę, ale powiem Wam jedno - luby mi powtarza w kółko, że może nie tyle, co jestem jego księżniczką, ile jego królewną. Na jedno więc chyba wychodzi?

Czyli wychodzi na to, że sama w takim razie też zaliczam się do księżniczek ;)
A to deus ex machina!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz