wtorek, 2 września 2014

Ratunku, mój chłopak jest Holendrem! Czyli o różnicach kulturowych w związku z Daczem...

Napisała do mnie Ania. Krótko i treściwie, aczkolwiek zasypała mnie lawiną pytań. 

Cześć. Poznałam Holendra. Niedawno. Możesz coś powiedzieć albo napisać, jacy oni są w życiu? Jako faceci? Czy to prawda, że są skąpi? Jacy są w związku? Są czuli? Stali w uczuciach? Warto się angażować? Czy warto kontynuować naszą znajomość? Pomóż proszę, bo ja już nie wiem, co robić, a różne rzeczy naczytałam się o tych Holendrach i nie chcę się znowu sparzyć...

Cóż Aniu, za mało trochę szczegółów. Ciężko mi generalizować, bo miałam i mam związek tylko z jednym przedstawicielem tego gatunku, a raczej narodowości. Poza tym, porady sercowe to nie moja działka, ale skoro luby już tyle razy przewinął się na tym blogu, to chyba już czas coś o nim więcej napisać. Może nie tyle o nim, ile o różnicach kulturowych w naszym związku. Mam nadzieję, że to Aniu da Ci jakiś choćby mglisty obraz Holendrów, jednak od razu podkreślam, że prawie moi wszyscy polscy znajomi mieszkający od dobrych kilku lat w Holandii mówią o moim lubym, że z niego taki bardzooooo nietypowy Dacz. Taki Dacz prawie jak nie-Dacz. Poza tym gdzieś już kiedyś wspomniałam, że ludzie są różni i to, że Twój chłopak jest Holendrem nie znaczy, że wpasuje się w stereotyp Dacza, albo będzie podobny do mojego lubego. Narodowość to tylko mały procent, który wpływa na charakter człowieka.


Różnica nr 1.
PLANOWANIE

PRZYKŁAD: Jedziemy na wakacje do Polski. Planujemy budżet. Luby pyta robiąc tabelkę kosztów w Excelu (tak, on kocha to robić!!!), ile dziennie wydamy tam na jedzenie. Strzelam, że w sumie pewnie z 250 euro (licząc też alkohol). On się wkurza, że on chce dokładnej dziennej liczby. Ja mówię, że nie wiem, że to głupie, bo lepiej przyjmijmy, że 250 euro chcemy wydać na cały pobyt, a jeśli w połowie zostanie nam mało kasy, to zaciśniemy pasa. A jeśli więcej zostanie nam tych ojro, to ostatniego dnia pójdziemy do jakieś dobrej restauracji. I może nawet jeszcze sponiewieramy się drogim winem. On powiedział, że w takim razie sam wszystko rozplanuje i zaplanuje. W Excelu, rzecz jasna.

Ten przykład pokazuje:

A - Moje typowe polskie podejście, że lubię coś tam sobie założyć, ale niezbyt sztywno się tego trzymać.
B - Jego typowe daczowskie podejście, że musi mieć wszystko zaplanowane i tego planu musi się trzymać. 
C - On sobie zaplanuje w Excelu, ja mam święty spokój, a i tak znając go i życie, wcale nie będzie pił w Polsce jakiegoś tam piwa na wyjściu, ale gin z tonikiem, bo przecież w Polsce jest "taki tani..." i nie ma szans, że będziemy się trzymać tego, co jest tabelce w Excelu. I wyjdzie pewnie... na moje ;)
D - W opinii Holendrów spontaniczność to fanaberia Europy Wschodniej.

Różnica nr 2.
SCEPTYCYZM

PRZYKŁAD: Luby już od kilku lat boryka się z jakimś dermatologicznym problemem na dłoni. Był u kilku specjalistów, z czego jeden najlepszy w kraju, który za całe pięć minut wizyty skasował lubego 250 ojro i powiedział mu, że to przez stres i zalecił mu... unikanie tego stresu. Ja to bym nawet za darmo mogła wystawić taką diagnozę i to bez studiowania medycyny. W każdym razie mówię lubemu, że skoro już wszystko zawiodło (jeden lekarz leczył go na grzybicę, drugi na egzemę, a jeszcze inny na coś jeszcze innego, no i oczywiście był też ten najlepszy w Holandii "specjalista" od stresu...), to może by spróbował miodu, bo kiedyś czytałam, że miód bardzo pomaga na różne dermatologiczne dolegliwości. Luby oczywiście mnie wyśmiał. I to głośno. To takie polskie cudowne "lekarstwo", jak ten twój czosnek z mlekiem na przeziębienie? Albo to ciepłe piwo z jajkiem? Ironizował. Drwił. Drań. No ale w końcu kiedyś po wielu namowach spróbował. Raz. Po kilku sekundach zmywał miód z oburzeniem i z obrzydzeniem, bo był... lepki. Nazajutrz machał mi rękę i śmiał się, że mój cudowny lek jakoś nie zadział. Bez sensu było tłumaczyć, że nic nie zadziała po zastosowaniu raz (!) i to tylko przez kilka sekund...

Ten przykład pokazuje:

A - Moją polską wiarę w gusła (według lubego), a według mnie w medycyną naturalną, a uogólniając, to w ogóle w rozwiązania niekonwencjonalne, niestandardowe i nie tylko jeśli chodzi o medycynę. 
B - Lubego oddanie medycynie i wiarę we wszystko, co jest powszechnie przyjęte w Holandii, jako racjonalne i prawidłowe. Jego uparte stanowisko pod tytułem: słucham się tylko specjalistów danych dziedzin i nie wierzę w magiczny miód.
C -  Ja wierzę, że czasem coś tak błahego, jak miód może pomóc (choć pewnie małe są na to szanse) i warto spróbować. Luby wierzy, że ja wierzę i zawsze mówi, że kocha mnie za moją "głupiutką" wiarę, choć nie ma zamiaru próbować żadnych moich "magicznych" polskich sposobów leczenia. Chyba, że tak mu powie jakiś lekarz, aby smarował się tym miodem.
D - Lekarze specjaliści, jak widać nawet w tak rozwiniętej Holandii, g*wno czasem wiedzą i nie mogą pomóc, a i tak skasują cię za wizytę kilkaset (!) euro.

Różnica nr 3.
"NORMALNOŚĆ"

PRZYKŁAD: Idziemy z lubym na wesele jego znajomych. Jestem ubrana zdecydowanie inaczej, niż przeciętna holenderska dziewczyna, choć oczywiście stosownie do okazji. Luby mówi, bym chociaż ściągnęła swój ekstrawagancki kapelusz, bo ludzie się na mnie patrzą, ale ja twardo zostaje przy swoim. Kapeluszu. Wieczorem, gdy wszyscy sobie już trochę wypili, podchodzi do mnie kilka osób, Daczy i Daczek mówiąc mi, że jestem najlepiej ubraną osobą na weselu. Kilka dziewczyn pyta, gdzie kupiłam kapelusz. Inne zagadują o sukienkę. Luby obrasta z dumy w piórka, choć przed wyjściem z domu pytał mnie, czy mogę przebrać się w coś "normalniejszego"...

 Ten przykład pokazuje:

A - Moje, chyba też polskie, niekonformistyczne podejście do mody, jak i ogólnie do życia, że wolę podkreślać swój indywidualizm, a nie stopić się z resztą.
B - Jego typowe holenderskie "act normal", czyli najlepiej nie wyróżniać się wyglądem, ubiorem czy poglądami. W ogóle to najlepiej nie wyróżniać się niczym. A i też emocje oraz uczucia należy trzymać na dystans, i się z nimi publicznie nie obnosić (a widzieliście kiedyś Daczy całujących się publicznie?). Holendrzy mają takie przysłowie: doe maar gewoon, dan doe je al gek genoeg. Co można tłumaczyć jako: zachowuj się normalnie, to wystarczająco szalone...
C - To taki paradoks troszkę, bo za to mnie luby pokochał, że jestem inna, niż Daczki i nie mam na myśli tylko sposobu ubierania się, ale ogólnie całokształt. Z jednej strony lubi "normalność", z drugiej strony kocha mnie właśnie za moją "nienormalność".
D - Jakże względne jest pojęcie "normalności"...

 

Różnica nr 4.
PRAGMATYZM

PRZYKŁAD: O tym już niedawno było Jaki stosunek mają Holendrzy do seksu, a jaki do..., jednak nie będę się powtarzać, tylko opowiem Wam przykład ze swojego życia. Zdecydowaliśmy się na zakup psa. Luby zakupił też fachową literaturę, aby wychowywać naszego pupila zgodnie z tym podręcznikiem. Kupił nawet taki kliker do zaznaczania zachowania psa, żeby wytresować go jeszcze skuteczniej. Książkę co prawda przeczytałam, ale ślepo nie idę z jej instrukcją, bo pies to jednak jest taka istota, która szybko zdobywa twoje serce i zamiast tresować go, zaczynasz go rozpieszczać...

  Ten przykład pokazuje:

A - W sprawach, o których mam nikłe pojęcie, często idę na żywioł, wiedziona instynktem, ewentualnie opiniami i doświadczeniem mojego najbliższego otoczenia. Czy to dobra postawa? Raczej chyba nie, ale cóż, taka to już moja słowiańska dusza.
B - Luby nigdy w życiu nie kieruje się instynktem czy przypadkiem. Zawsze chce być przygotowany, mieć wszystko pod kontrolą. Jeśli ma coś po raz pierwszy zrobić, czyta o tym literaturę fachową albo/i radzi się specjalistów.
C - W sprawie wychowania psa mieliśmy dwie różne, by nie powiedzieć, że dość skrajne postawy, a ostatecznie nasz pupil ma już ponad pół roku i naprawdę nie było dnia, że żałowaliśmy jego zakupu. To niemal wzorowy pies, którego oboje kochamy. Nawet, jeśli nie jest wzorowym psem z podręcznika :)
D - A ten kliker to nasz pies traktuje, jako swój... gryzak.

Różnica nr 5.
DRAMA versus STOICYZM

PRZYKŁAD: Jesteśmy z lubym na wakacjach w Rumunii. Jedziemy Trasą Transfogarską. Tuż przed wjazdem zostało nam benzyny na jakieś 150 km. Luby był pewien, że po drodze będzie jakaś stacja. Gdy zapaliła się kontrolka, byliśmy lekko zdenerwowani (tak, luby sobie trochę szarżował na tej drodze). Gdy zostało nam paliwa na może góra 20 km, byliśmy już mocno spoceni i to wcale nie z gorąca. Zero znaków na stację benzynową. No nic. No nic wokół, tylko drzewa, lasy, a przed nami wzgórze, ba! to w sumie była potężna góra... I co robić? Ja wpadam w panikę, luby szuka rozwiązania. Ja już łzy w oczach, a luby widzi znak (a może kogoś o to zapytał? Z tych nerwów to już nie pamiętam, ale chyba nie mieliśmy z jakiś powodów Internetu albo/i zasięgu...), że ma być jakiś hotel za 15 km. 15 km, oszalałeś? A co, jeśli nie starczy nam w połowie drogi? - krzyczę na niego. I panika, i drama, i lament z mojej strony. A z jego - opanowanie. Zjazd był, hotel był, paliwo nam ktoś łaskawie odsprzedał, nawet kupiłam sobie piwo - na uspokojenie, rzecz jasna, no i gorąco było, a pan z hotelu powiedział, byśmy wzięli więcej, niż poprosiliśmy (paliwa, a nie piwa), bo najbliższa stacja w jedną stronę, to gdzieś za 170 km, a w drugą to i może nawet z 220 km jest. To pewnie często się takie przypadki zdarzają, że musicie sprzedawać tu paliwo? A skąd, odpowiedział lubemu facet, jesteście chyba pierwsi. 

 Ten przykład pokazuje:

A - Ja wpadam w panikę w sytuacjach awaryjnych i między Wami, a prawdą, obwiniam o zaistniałą tragiczną sytuację zazwyczaj lubego, co wcale nie pomaga w rozwiązaniu sprawy, a wręcz ją bardziej komplikuje. Czyli bywam tak zwaną królową dramy i takich sytuacji mogę wymienić więcej, ale się wstydzę, bo tu jeszcze jakoś można wytłumaczyć moją panikę...
B - Luby szuka rozwiązania problemu zawsze i w każdej sytuacji, bo wie, że paniką i szukaniem winnych nic się nie zdziała. Jak typowy Dacz ma podejście, że no trudno, stało się, to teraz trzeba to jakoś naprawić albo odkręcić, a nie płakać i dramatyzować.
C - Można pomyśleć, że to akurat nie jest różnica kulturowa, ale płci, bo ogólnie kobiety mają taką tendencję do dramy i panikowania. Jednak uwierzcie mi, tacy są Holendrzy ogólnie w życiu. Wyważeni, spokojni, opanowani, stoiccy, zawsze szukają rozwiązania problemów, a nie siedzą i użalają się nad sobą, nad swoim losem i w ogóle płaczą, że to życie jest takie niesprawiedliwe, takie złe i bez sensu. Holendrzy jak żaden naród potrafią mierzyć się z problemami. My Polacy z kolei mamy tendencję do narzekania i użalania się nad sobą i widzę to po sobie, że w naszym związku luby często jest rycerzem, który musi przybyć mi z pomocą. Jak to zresztą mówi o nas mój ukochany, my Polacy to często lubimy robić z siebie ofiary.
D - W Rumunii nie ma za wiele stacji benzynowych i żadnej na Trasie Transfogarskiej (przynajmniej dwa lata temu) i że człowiek to czasami musi mieć też trochę szczęścia w życiu, a nie tylko rozumu...


Tak próbuję sobie coś więcej przypomnieć z tych różnic, ale jakoś naprawdę na ten moment nic mi nie przychodzi do głowy. Na pewno nie kłócimy się o pieniądze ani o przysłowiowe porozrzucane skarpetki. Nie powiedziałabym z doświadczenia, że Holendrzy są skąpi, ale że znają wartość pieniądza. Zauważyłam też, że faceci Holendrzy potrafią zadbać o siebie, uprać sobie ciuchy, wyprasować koszule, ugotować coś. Mój luby naprawdę gotuje nie gorzej, niż profesjonalny kucharz i może spokojnie spędzić w kuchni dwie, trzy godziny, aby zrobić dla mnie coś specjalnego. Ostatnio zrobił mi nawet... lody lawendowe. Inna sprawa jest ze sprzątaniem, ale tu 90% Daczy ma od tego panie albo panów, którzy raz w tygodniu się tym zajmują. Holendrzy bardzo lubią podróżować, lubią dobre gatunkowo rzeczy, jak dobre buty, sprzęt typu komputer, telefon lub telewizor, noże do kuchni, ekspres do kawy, meble, choć paradoksalnie nie lubią wydawać dużo pieniędzy na... jedzenie. Mogą kupić sobie codziennie ulubioną kawę za 5 euro, ale w markecie kupią najtańszego kurczaka. Ot, taki paradoks, tym bardziej, że Dacze lubią dbać o swoje ciało i uprawiać sport. Zresztą ogólnie jedzą trochę o innych porach, niż my w Polsce, bo mają tak koło 13-14 lekki lunch, a w godzinach 19-20 jedzą wielki, sycący obiad, kiedy u nas o tej godzinie je się raczej już małą lekkostrawną kolację. O porę jedzenia obiadu była kiedyś z moim lubym walka, którą zresztą on wygrał i stanęło na 19.00...

Swoją drogą ciekawe, jak to wygląda z perspektywy Polaka-chłopaka, który jest z Holenderką? Znam tylko jeden taki przypadek i chyba będę musiała mojego znajomego zapytać, jakie są jego spostrzeżenia w tym temacie? Jakie dostrzega plusy i minusy takiego związku? Jaka jest zasadnicza różnica między holenderską, a polską kobietą?

Gdy spytałam lubego, jakie widzi w nas Polakach różnice, to powiedział, że Polacy są niezbyt ambitni, w tym sensie, że wolą właśnie narzekać, użalać się nad sobą, robić z siebie ofiary, niż coś zmienić na lepsze, zacząć działać. I powiedział też, że do dziś tego nie rozumie, jak ja mogę żyć bez... agendy. Niech to pozostanie moją słodką tajemnicą ;)

22 komentarze:

  1. Nigdy z Daczem w związku nie byłam. Coś się działo, ale (nie)stety wygrał stoicki (a może daczowski?) spokój (i nie tylko) wybranki mego przyjaciela. Mniejsza o to, zgadzam się w 100%, że Holendrzy są zaradni w takim sensie, że umieją sobie uprać, ugotować, wyprasować, a nawet posprzątać. Pomarudzą, że nie lubią prasowania, ale zaraz od razu przechodzą do konkretów i zabierają się do pracy.
    Co do okazywania uczuć publicznie... nawet zwykłe przytulenie się w obcym kraju (czyt. Polska) to dla nich jest zdecydowanie za dużo! Nic nie szkodzi, że nikt ich tutaj nie zna, ale wciąż to jest PUBLICZNE okazywanie uczuć! :O ;)

    Bardzo ciekawi mnie wspomniana przez Ciebie różnica między holenderską kobietą, a polską. Mam nadzieję, że uda Ci się do tego dojść i podzielisz się z nami swoimi przemyśleniami :)

    Pozdrawiam, Basia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak tylko będę się widzieć z tym znajomym, wypytam go o te różnice między polską, a holenderską kobietą. Myślę, że to rzeczywiście będzie interesujący temat :)
      Pozdrawiam!

      Usuń
    2. Jestem w zwizku z Holendrem od siedmiu miesiecy.. i rzeczywiscie kilka rzeczy sie zgadza! Co do planowania ... racja, racja, uwielbiaja miec na wszystko plan. Planujemy miesieczne wakacje do Grecji, z powrotem przez Polske... i... on chce wszystko zaplanowac! szalony! przeciez to caly miesiac w podrozy i naprawde nie da sie pewnych rzeczy przewidziec.
      Co do spokoju/ prawda, nigdy nie udalo mi sie wyproeadzic go z rownowagi, nigdy jeszcze sie nawet nie posprzeczalismy... Nawet gdy odwolywalam nasze spotkanie 10 minut przed czasem ... ´ok, tesknie bardzo, jak bedziesz chciala to dzwon´.
      Generalizujac, dobrze powiedziane .. nie sa skapi, ale znaja wartosc pieniadza. Lubia markowe, dobre rzeczy (ale kto nie lubi).
      I podobnie jak u Ciebie, on pokochal mnie za ta innosc. Za szybkosc dzialania, za usmiech, za bezwstydne zarty i luzne podejscie do zycia. To to, czego holenderskim kobietom brakuje. Poza tym,ze my Polki jestesmy zaradne, blyskotliwe i umiemy zaopiekowac sie domem i mezczyzna.
      Jestesmy cieple.. bo niestety, co mozna zauwazyc Holendrzy maja bardzo zimne podejscie w relacjach rodzinnych / utrzymuja kontakty z rodzicami i rodzenstwem bo tak wypada /. Czesto spotykaja sie raz w miesiacu badz przy jakiejs tam okazji /urodziny/, jedza pasztetowa i zagryzaja serem;p
      strasznie mnie smiesza ich imprezy urodzinowe, gdzie siedzi sie w kolku i przekrzykuje. Gdzie w Polsce, zazwyczaj dobieramy sie w pary badz kilkuosobowe grupki i siedzimy w roznych pomieszczeniach w domu podczas takich imprez.

      Usuń
  2. Od paru miesięcy czytam Twojego bloga, świetna robota :) Doprowadziłaś mnie parę razy do łez. Od czterech miesięcy jestem z "latającym" Holendrem, i faktycznie z większością różnic się zgodzę. Może z tą różnicą, że mój nie robi notatek, planów na każdy dzień, wyjazd itd ale ma inne przywary. ;)

    Czekam z niecierpliwością na kolejne posty!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za miłe słowa i powodzenia w dalszym wydaczaniu!

      Usuń
  3. Ciekawy i bardzo trafny tekst. Życie po prostu:-) Ja mam jednak jeszcze inne spostrzeżenie, ale nadal w temacie. Od 2 i pół roku mieszkam w NL, a mój mężczyzna, choć Polak z urodzenia, co w Holandii żył prawie 10 jaar zanim ze mną się związał i rodzinę (też ze mną) założył, jest niemal w 100% jak w Twoim opisie. Sami Holendrzy mówią, że nie wiadomo czy on jeszcze Polakiem czy już Holendrem jest. A może trzeba mieć specyficzny - podobny charakter, przekonania, podejście do życia co Dacze, aby pasować do opisu? Ja się bardziej wpisuję w Twój obraz:-) i też nie mam agendy chociaż naciski są...Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mieszkam tu w NL mniej więcej tyle, co Ty i już w Polsce nie czuję się, jak u siebie, choć o Holandii też nie myślę, jako o swoim domu. Za krótko tu mieszkam w Amsterdamie i paradoksalnie na tyle długo, by zacząć czuć się, jak bezpaństwowiec ;) Ale nawet jeśli dożyję tu swojej starości, raczej na prowadzenie agendy się nie skuszę... W tym temacie chyba nigdy się nie wydaczę ;)

      Usuń
  4. Holendrzy to też są nieźli mopperkonci, a przynajmniej sami uważają się za naród lubiący narzekać (klagen). Ulubionym tematem narzekań jest to, że coś jest za drogie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak! Zwłaszcza nasłuchałam się już tu narzekań na za drogie taksówki... Co w sumie jest prawdą, ale cóż zrobić, jak ceny są takie same dla wszystkich korporacji? Tylko ich narzekanie ma nieco inne podłoże, niż polskie ;)
      Pozdrawiam!

      Usuń
    2. Ja chyba raz w Amsterdamie wracałam taksówką, kolega Holender z nim się umówił na wstępie, że zawiezie mnie tu i tu za 10 euro. Taksówkarz mnie odwiózł, nawet w celu dotarcia do punktu B wjechał w osiedle z zakazem wjazdu, na liczniku wyszło mu 11,5, ja chciałam mu dać powiększoną kwotę, ale honorowo wziął 10. Do tego bardzo sympatyczny, chyba Marokańczyk. Innym razem jak byłyśmy we dwie w Holandii z przyjaciółką i koledzy Holendrzy (4) chcieli nam zawołać taksówkę z centrum. Na to my że nie, że pójdziemy na piechotę. I wiecie Co? Odprowadzili nas pod sam blok do de Pijpu. Takiej eskorty to chyba nigdy nie miałyśmy, to było strasznie miłe.

      Usuń
    3. moj holender mowi,ze ´typowy ze mnie holender, jestem tam gdzie sa promocje´. swieta prawda!
      Co do chodzenia na piechote , oni nienawidza chodzic, wszedzie jezdza rowerami i co mnie dziwilo najbardziej, nawet po imprezie. Smiali sie, gdy powiedzialam im,ze w Polsce jadac pijanym na rowerze rowniez mozna stracic prawo jazdy na samochod.

      Usuń
  5. prawie się popłakałam w momencie czytania o miodzie na rękę ;D Ja też się od Dacza nasłucham, że ja to mam lekarstwo na wszystko ;D i że to bzdury

    OdpowiedzUsuń
  6. hahaha jakbym slyszala mojego brazylijskiego Lucjana: tak napewno masz zapalenie pęcherza od chodzenia bosa haha, tak napewno boli cie szyja bo Cie przewiało haha,

    Akurat w czostnek i miod wierzy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. moj mowi,ze stopy i rece to nie narzady, wiec nie musisz ich ogrzewac i dlatego zima wiekszosc Daczy chodzi z odkrytymi kostkami, glowami i rekoma. Tak samo dzieci z bosymi stopami, kiedy ja juz nosze zimowe ciuchy, brrr...

      Usuń
  7. Czytam Twoje teksty z wielkim zaciekawieniem, bo tak jak i TY, mieszkam z Holendrem, niemal 3 lata. I to co piszesz, to wierne odbicie tego, co sama dostrzegam w moim otoczeniu. Przez pewien czas myslalam, ze to moze ja mam cos nie tak z glowa, ze ta nacja jednak jest o niebo madrzejsza od nas, ale coraz bardziej jestem przekonana, ze oni jednak nam do piet nie dorastaja. My mamy po ok. 50 lat, dzieci z poprzednich malzenstw ( dorosle), i mamy samenlevingcontract. Chyba dobrze napisalam. I powiem jedno, trudna relacja, co nie oznacza- niemozliwa. Mojemu synowi jednak doradzilam, aby od Holenderek trzymal sie z daleka. Pozdrawiam, i czekam na kolejne wpisy :))) Wiesia Sojka

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja bardzo lubie to ich planowanie (chociaz sama agendy nie posiadam :p) i poleganie na specjalistach. Sama jestem perfekcjonistka, chyba nawet wieksza niz moj Holender. Ale w czosnki i inne cuda uparcie wierze i nie raz byly z tego smieszki rozne :D Co do skąpstwa, to raczej mozna to powoedziec o moich zwiazkach z Polakami, tutaj raczej zauwazylam szacunek do pieniądza, ale nigdy nie skąpstwo ;) ogólnie u mnie zwiazek z Holendrem bardzo sie sprawdzil i widzac roznice w traktowaniu kobiet na zachodzie, już nigdy nie wybralabym sobie Polaka na partnera czy męża :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Fajnie się czyta, jak sprawdzę w realu, skomentuję:-)

    OdpowiedzUsuń
  10. Nie lubie Holendrow, szczegolnie za ich prostacka, przesadna bezposredniosc, dyskryminacje, wscibstwo, brak krytycyzmu (oni maja zawsze racje), falszywosc, materializm, brak przezornosci, formalizm i brak racjolanosci. Odnosze wrazenie, ze wszystko widza w krzywym zwierciadle. Chory, smutny kraj, z chorymi , powykrecanymi od lewackiego pustoglowia, wartosciami. Wspolczuje kazdej, ktorej przyjdzie tu zyc, a tym bardziej zwiazac sie z Holendrem.

    OdpowiedzUsuń
  11. Gdzie można poznać jakiegoś Holendra online? Polecisz jakiś portal?
    Uprzedzając - mam dobrą pracę, mieszkanie itd.w Polsce, raczej chciałabym tu zostać, co nie zmienia faktu, że Holendrów lubię, pasuje mi ich mentalność i stąd może w tym kierunku jakieś poszukiwania życiowego partnera :-)
    Znam bardzo dobrze angielski, niemiecki i dopiero uczę się holenderskiego, stąd prośba o jakiś portal możliwie z j.ang/niem.?
    Dzięki z góry!
    Ava

    OdpowiedzUsuń
  12. Jestem w związku z Holendrem, o ile to związkiem można nazwac. Mysle , ze określenie "babyrelatie" bardziej tutaj pasuje. On chciałby najchętniej wcisnąć mi na palec pierścionek zaręczynowy i zaciagnac do ołtarza...a ja uciekać. Już od dawna chcę zakończyć tę "relację" i mamy niestety tutaj odmienne zdanie na ten temat. Impulsywny, zaborczy, rozrzutny, głupio uparty, mało odpowiedzialny, ma skłonności do zdrad i uwielbia kontrolę, ale pracowity i wszystko potrafi w domu zrobić, jest dobrym ojcem. Czas z nim mam skrupulanie wyliczony. Poznałam kilka Polek, które miały relacje z Holendrami. Wszystkie relacje się rozpadły, przetrwała tylko jedna. Osobiście, odradzam.

    OdpowiedzUsuń
  13. Jestem z Holendrem od 6 mies. Ja póki co w Polsce a on mieszka w Belgii. Wszystko co przeczytałam w artykule sprawdza się. Jesteśmy szalenie w sobie zakochani ale w miejscach publicznych mogę liczyć co najwyżej na skromne trzymanie za rękę i pocałunek gdy nikt nie widzi. Z początku myślałam że coś nie tak ale teraz już wiem że jest to normalne. Co do kasy pełna zgoda. Oryginalne ciuchy, markowe buty ale zakupy spożywcze głównie na promocjach. Ostatnio kupowałam cukier waniliowy w Lidlu i oczywiście wcisnąl 3 pakiety po 5szt bo była promocja za 1 euro. Moja mama mówi że to idealny facet dla mnie bo mnie się pieniądze nigdy nie trzymały więc się oszczędności nauczę. Dodam że nadal muszę się powstrzymywać żeby nie robić wszystkiego za niego bo on jest zupełnie samodzielny. Kiedyś przeczytałam na tym blogu... Nie popsuj sobie Dacza��

    OdpowiedzUsuń
  14. gdzie spotkać mogę holendra w necie? ;)

    OdpowiedzUsuń