poniedziałek, 22 września 2014

Co z tą Polską? Vol. 1

Co z tą Polską, ja się pytam? Kraju ni to wielkim, ni to małym. Ni to w centrum Europy, ni to na zadupiu (wchodzie) Europy. Ni to w UE, ni to w NATO, ale o turystyczne wizy do USA trzeba się prosić, jakby się było z kraju trzeciego świata. A przynajmniej z kraju trzeciej kategorii. Ni to z nas rozwijający się naród, ni to popychadło Europy. Ni to bogaty, ni to biedny. Ni to jesteśmy wykształceni, ni to znamy języki. Ni to z nas głupie ludzie, ni to mądre. Więc co z tą Polską, ja się pytam? Kraju, gdzie prezydent musi prosić właściciela pewnej słonecznej stacji, pana z wąsem i krzywym zgryzem, by łaskawie odkodował Mistrzostwa Świata w Piłce Siatkowej Mężczyzn, aby prosty motłoch mógł sobie obejrzeć sukces polskich sportowców. Bo nie to, że mamy tych sukcesów w sporcie dużo. Skupmy się jednak teraz na ważniejszych sprawach i wybierzmy nową Natalię Siwiec siatkarskiego mundialu. To ważne, by przekazać młodym dziewczynom radosny komunikat - jesteś ładna? Chodź na jakieś ważne mecze, może napisze o tobie Pudelek albo pojawisz się w telewizji śniadaniowej i będziesz później reklamować balsam na popękane stopy. Albo pumeks, którego zostaniesz twarzą. I wtedy zmieni się twoje życie. Na lepsze.


Co z tą Polską? Ano właśnie. Niecały tydzień temu stoję w pociągu relacji Gdańsk-Warszawa i to pytanie cały czas kołacze po mojej głowie. Polska to taki kraj paradoksów i ogromnych skrajności. Z jeden strony to kraj piękny, ale z drugiej odpychający. Z jednej strony zaskakujący, z drugiej przewidywalny. Zachwycający i rozczarowujący. Duży i mały. Dobry i zły. Biedny i bogaty. Zwykły i niezwykły. To była chyba jedna z moich dłuższych wizyt w Polsce od czasu mojej wyprowadzki do Amsterdamu. Zrozumiałam jedno, ani już w Polsce nie czuję się jak w domu, ani tu w Holandii. Jestem taką trochę bezpaństwową sierotą. Ani nie utożsamiam się ze swoimi rodakami, ani tym bardziej z Daczami. Zatarła się moja tożsamość narodowa. Czy to znaczy, że nie jestem już patriotką? A czy kiedykolwiek nią byłam? Stoję w pociągu TLK, w pierwszej klasie, bo na drugą klasę nie było już biletów. Choć pierwsza klasa to górnolotne słowo. Raczej przypominała trzecią. Stoję, bo w naszym przedziale siedziało też małżeństwo, może mieli z dwadzieścia kilka lat, z półrocznym dzieckiem. Przeziębionym. Okna nie pozwolili otworzyć. Temperatura na zewnątrz 25°C, w przedziale 250°C. Rozumiemy z moim lubym. W końcu mały może się jeszcze bardziej przeziębić. A ja mogę sobie postać na korytarzu. Mam wreszcie czas, by popodziwiać nasz piękny polski krajobraz i sobie rozmyślać, uporządkować pewne sprawy w głowie...

Stoję więc przy szeroko otwartym oknie i próbuję złapać trochę tlenu. Czy coś się zmieniło w tym kraju od mojej wyprowadzki? Czy to może ja się zmieniłam? Hmm... Na samym początku mojej wizyty uderza mnie jedno - w Polsce nie wypada zadawać pytań. Nikomu. O nic. Pytam panią w okienku sprzedającą bilety na SKM w Trójmieście, jak to właściwie działa. Ona na mnie prycha z ironią: To pani nie wie? Nie, nie wiem, dlatego pytam. Odpowiedziała mi, jak debilowi, za przeproszeniem. Nie ona jedna. Przepraszam, czy ta SKM jedzie do Sopotu? Oczywiście słyszę z ironią: A czy Słupsk jest za Gdańskiem? No taka niespodzianka! Bo przecież pan nie mógł normalnie odpowiedzieć: tak. Sytuacja w pubie. Siedzimy 10 minut przy stoliku. W końcu podchodzę do baru i pytam, czy tu się zamawia przy barze? No jak to w barze, hehe! - słyszę ze znaną mi już dobrze ironią. Czy czuję się debilem w tym kraju? Za przeproszeniem. Idiotką w mojej ojczystej Polsce? Cóż, wreszcie zrozumiałam, dlaczego na początku mojej emigranckiej kariery miałam problem, by o coś poprosić, o coś zapytać, czegoś nie wiedzieć. I rozmawiając o tej kwestii ze znajomą w Polsce - Ewą, która studiowała w Cambridge doszłyśmy do wniosku, że to również jest bardzo widoczne w naszym systemie edukacji. Ani w podstawówce, ani w liceum (do gimnazjum nie chodziłam), ani na studiach nie miałam zbyt wielu nauczycieli / profesorów, którzy lubili uczniów zbyt dociekliwych, że tak to ujmę. Jak powiedziała Ewa, w Anglii to co chwilę ktoś o coś dopytuje na wykładach, ale gdy ona o coś zapytała już na studiach w Polsce swojego profesora, to usłyszała w odpowiedzi: To pani tego nie wie? To co pani tu robi? Nie byłoby większego sensu odpowiedzieć wtedy takiemu wykładowcy, że chce się tu czegoś po prostu nauczyć... Zrozumiałam i wreszcie to zobaczyłam, że pytań w Polsce to my raczej nie zadajemy. A i z odpowiedziami mamy "pewien" problem.

Co z tą Polską? Do cholery!

I dalej ja się pytam. I teraz, tu w tym akapicie, będzie odrobina prywaty. Na moją pierwszą książkę polało się trochę pomyj, nieco wodorostów i dwa metry mułu za to, że jest w niej za dużo... wulgaryzmów. Prawda jest taka, że na osiem postaci pojawiających się w mojej powieści, przeklinają dwie - bo z takich środowisk się wywodzą i w takich środowiskach funkcjonują. Ale dla wielu Czytelników okazało się to na tyle poważnym literackim afrontem, że już nic więcej w mojej powieści się nie liczyło, poza tymi kilkoma wyrazami na "k", "ch" i "p" zamieszczonych na początku książki. A tu proszę, co za niespodzianka, już mojego pierwszego wieczoru w Polsce. Nie. Wróć. Już na lotnisku (!), kurwa ściele się gęsto. Zresztą nie tylko ona. Łacina podwórkowa niesie się w każdej intonacji, w każdym odcieniu swojej prostoty i złości, aż moje uszy czują się mentalnie zgwałcone, a moja psychika wykrzywia się w permanentnym zdziwieniu, po co wciskać kurwę w co drugim słowie? Co piąte nie wystarczy? Odwracam się, patrzę, a tu swoi dwóch chłopaków z dziewczyną. Młodzi, normalni, wcale nie wyglądający, jakby zostali wyjęci właśnie z głębokiej patologii. I niech no tylko jeszcze raz mi ktoś powie, że takim językiem posługuje się tylko rynsztok...

Ale Polak potrafi!

No potrafi! To już wiemy. Potrafi zdziałać cuda w sensie pozytywnym, ale też i z drugiej strony, potrafi robić cuda-wianki i cuda na kiju... Co się rzuca w oczy, to kontrast. Polska jest piękna. To w tym temacie nie mam wątpliwości. Pokazywałam lubemu Trójmiasto. Jednak jak tylko odeszliśmy gdzieś z głównej ulicy, zaczynał się... syf. Graffiti, brud, śmieci, zaniedbane budynki, sypiące się tynki... To się rzucało w oczy. Jak to luby powiedział: efekt zbitej szyby. Jeśli jedna zostanie rozbita i nie wstawi się natychmiast nowej, reszta równie szybko się posypie. Turystów, ogólnie ludzi, jak na lekarstwo. A w sumie jest dopiero połowa września i piękna pogoda. W Gdańsku to tylko spotkasz ludzi na Starym Mieście, w Gdynii w kinach z okazji festiwalu filmowego, a w Sopocie zaludniony jest generalnie tylko Monciak oraz molo, za które... trzeba zapłacić wstęp (!) w wysokości 8 złotych od osoby! Tak! Wejście na molo Urząd Miasta postanowił zrobić płatny, choć nie wiem dokładnie kiedy, bo ostatni raz w Sopocie byłam jako dziecko. Polak potrafi! Brawo! Jak to skomentował luby, podwójny podatek. Przecież molo w Sopocie to największa atrakcja tego miasta, więc ludzie przyjeżdżają tu po to, by je zobaczyć, przejść się po nim, a przy okazji na pewno też coś zjedzą, napiją się czegoś, a może i nawet zostaną na noc. Może nawet jeszcze tam kiedyś z chęcią wrócą. A zatem tak czy siak - miasto na tym molo i tak na pewno zarobi, nawet jeśli wejście na nie będzie bezpłatne, ale nieeee.... W Polsce główną atrakcję miasta czyni się płatną i co więcej, nawet nie można wtedy zapłacić w takim okienku kartą ani inną walutą, niż złotówkami... Ręce opadają. O tyle ponoć dobrze, że nie muszą płacić za wejście na molo mieszkańcy Sopotu, ale Polsko, ja się Ciebie pytam, jak to się stało, że kiedyś każdy wchodził na molo za darmo, a miasto to jakoś przetrwało?! W sensie, że finansowo? Niech teraz jeszcze Gdańsk zrobi płatne wejście na starówkę. Albo zasłoni Neptuna i odsłania go tylko na indywidualnych pokazach za opłatą. Wierzę, że mogą się zdarzyć takie cuda. W końcu Polak potrafi! 


Jeszcze kilka problemów rzuciło mi się w oczy. Pijaństwo (nie to, że sama za kołnierz wylewam), ale godzina 09.30 samolot z Warszawy, a od grupy pewnych Polaków za przeproszeniem, tak zalatywało wódą (i to wcale nie wczorajszą), że nie można było wytrzymać... Co mnie jeszcze uderzyło to bieda. Państwo Polskie nie chce ponosić odpowiedzialności za swoje słabsze jednostki. Głodowe renty, wręcz absurdalnie śmieszne emerytury. Na ulicy nie tylko żebrzą Rumunii, alkoholicy czy narkomani, ale schorowane babcie, które nie mają pieniędzy na tak oczywistą i podstawową potrzebę, jaką jest jedzenie i lekarstwa, bo moją głodowe 600 złotych emerytury! Aż tu mi się ciśnie nawet niejedno przekleństwo! To nie jest wstyd dla nich, że one muszą żebrać, to jest wstyd dla państwa! Naprawdę! Banana Republic - tak kilka razy wkurzony luby pomstował na Polskę. Głównie się pienił za brak Internetu lub problemy z łączem, ale też szło jeszcze o kilka innych niuansów i niuansików. Że u nas jakoś nie można tak łatwiej, jakoś tak lepiej wykoncypować nawet najprostszych rzeczy. Codziennych spraw. My Polacy mamy taką tendencję, by sobie życie komplikować, a nie ułatwiać. Fakt. Ciągle narzekamy. Prawda. Sama to narzekanie ciągle w kółko słyszałam, a raczej podsłuchiwałam, niemal wszędzie. W sklepie, pociągu, tramwaju, autobusie, barze... My Polacy zawsze mamy negatywne i pesymistyczne nastawienie i szukamy ciągle problemów. Podsłuchałam taką oto mniej więcej rozmowę w SKM pań około 50-tki: No mam teraz ten tydzień urlopu Jadzia. No pojechałabym do tej swojej siostry do Norwegii, ale to za krótko. Dwa dni podróży w samolocie, i zostanie mi pięć dni. Co ja w te pięć dni zrobię? No nic! My z lubym w pięć dni zobaczyliśmy cztery miasta. Jak ma się takie nastawienie, jak ta pani z pociągu, to rzeczywiście, najlepiej nigdy nie wychodzić z domu. W końcu ponoć Ziemia liczy 4,5 miliardów lat (!), a wszechświat ponoć jeszcze więcej, a ile my żyjemy? Średnio 70-kilka lat? No to w ogóle bez sensu w takim razie cokolwiek ze swoim życiem robić. Nic, tylko najlepiej czekać na śmierć.

Mentalność w Polsce po prawie dwóch i pół roku spędzonych za granicą zaczęła mnie właśnie uwierać. Jeszcze niedawno myślałam, że spokojnie i radośnie mogłabym wrócić na ojczyzny łono, ale teraz nie jestem już tego taka pewna... Co więcej, zaczynam być pewna, że im dłużej tu mieszkam, tym ten powrót coraz bardziej staje się dla mnie nierealny. Abstrakcyjny. Fikcyjny. Co jednak nie znaczy, że krystalizować będę teraz holenderską mentalność. Oj co to, to nie ;) To nie w tym rzecz, że Holandia jest lepsza, a Polska gorsza. To nie w tym rzecz, że jest nawet inna. Wszystko ma swoje plusy i minusy, takie jest życie. To nie jest też tak, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma, choć kiedyś myślałam, że tak to właśnie działa. To, co zrozumiałam podczas mojej ostatniej wizyty w Polsce ujmę krótko - z moim ojczystym krajem zaczyna dzielić mnie mentalna przepaść. Możecie polać na mnie teraz wiadro pomyj i odebrać to za krytykę, ale takie są moje subiektywne odczucia. Możecie mnie pytać, czy w takim razie wszyscy mają się teraz wyprowadzać z Polski? Oczywiście, że nie. Bo jak się chce, to wszędzie można uszczknąć dla siebie skrawek raju. Możecie mnie zapytać, czy czuję się teraz lepsza od pozostałych w Polsce Polaków, skoro "tyle" lat już mieszkam w Holandii i tak łatwo jest mi stąd narzekać i wszystko krytykować? Odpowiem Wam, że nie czuję się lepsza od nikogo nigdy i wcale moją intencją nie było tu sobie narzekać czy krytykować Polskę, ale podzielić się z Wami moimi najświeższymi obserwacjami, bo nawet dla mnie samej były one zaskakująco odkrywcze. Poza tym w Polsce dużo się też zmienia, dzieje się wiele cudownych i pozytywnych rzeczy, jak choćby wczorajszy sukces naszych siatkarzy, ale mam takie wrażenie, że jednak jeszcze dobrych kilka pokoleń będzie pracować na te zmiany, na które wszyscy pewnie czekamy. Na które na pewno czekam ja.

19 komentarzy:

  1. Fajnie piszesz:) Tak to już jest w tej Polsce, większość ludzi, którzy mieli odwagę pytać wyjechała. Mieli odwagę... nie być typowym Polakiem.
    Polacy jeszcze mają komunę w krwi, zachowaniu i mentalności! Nie myśl, nie Pytaj, Pracuj!! Oczywiście są pewne grupy które dają radę

    Ps. Chyba kupię twoich "Graczy" :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że blog Ci się podoba, a do przeczytania "Graczy" - wiadomo, jak najbardziej zachęcam i polecam ;) choć to zupełnie inna "bajka", niż Wydaczeni...
      Pozdrawiam ciepło!

      Usuń
  2. Wg mnie w Polsce nie ma plusów, bo co jest plusem? że jest ładna? krajobraz cię nie wykarmi. Jakby było tu dobrze to by ludzie nie wyjeżdżali. Mój wyjazd nie jest spowodowany jedynie pieniędzmi - ja nie mogę znieść mentalności, która mnie oblepia i wciąga w jakieś dziwne gierki. Nie pasuję tu. Nie lubię tych ludzi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że każdy ma prawo do własnych decyzji, wyborów, odczuć, przekonań, przemyśleń, gustu, upodobań, wstawić tu cokolwiek. Masz na pewno, a przynajmniej według mnie, "niepolskie" podejście - coś Ci się nie podobało - to zrobiłaś coś z tym, zmieniłaś to, a nie tylko w kółko narzekałaś i biadoliłaś :)
      Pozdrawiam!

      Usuń
  3. Narzekanie ...hm nie zawsze tak było! nie zawsze marudziliśmy głośno i ciągle ,że jest źle ,że do lekarza kolejka, że mięsa nie ma itp.... z dzieciństwa pamiętam rozmowy dorosłych ,że co prawda tego czy tamtego nie ma ale jest coś innego, a jak ktoś był chory to sie z troską dopytywano jak pomóc.Ja myślę ,ze to NARZEKANIE powstało w ostatnich latach , na scenie politycznej jest grupa ,która mowi głośno,dosadnie, prosto i bezpośrednio jak to jest nam Polakom źle.Jest źle bo tacy nami rządzą,jest źle bo my nie rządzimy....Powtarzanie tych "prawd" powoduje ,że ludzie rozgrzeszają sie z wlasnego nicnierobienia ,z gnuśności,nieuprzejmości własnej ,głupoty i zwalają na "tych" i "tamtych".Łatwo tak - marudzić ,narzekać ,bo żeby z radością coś przekazać - trzeba własnej inicjatywy, ruszenia się z miejsca ,chęci ...Można wyjechać na 5 dni i nic nie zobaczyć a można na 3 dni i zobaczyć b.wiele ( bo sie ma nastawienie ,bo jest przygotowanie do podróży, bo ma sie ciekawość świata itp..).Też wiele podrózuję po świecie, też po Polsce. TO że ludzie sie tak tu u nas poddali dyktatowi marudzenia to dla mnie oznaka strasznej słabości społeczeństwa. Ale fakt ,że ktoś nas w to świadomie wrabia ,jest jeszcze gorsze,świadczy o tym,że są tu tacy co chcą nas wykończyć. Damy się ?

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie zagłębiajmy się w politykę. Bo nie o to chodzi, Świat jest piękny jeżeli otaczamy się odpowiednimi ludźmi, żyjesz w kręgu zawodowych narzekaczy? Będziesz narzekaczem. Zaczniesz poznawać osoby które działają aktywnie, zmieniają otaczająca rzeczywistość. Będziesz zadowolony z życia... Nikt z was nie poznał osoby która swoim nastawieniem zmienia innych? potrafi z szarego świata zrobić kolorowy. I pokazać swoim byciem że można inaczej?

    Ps. Co do twojej książki :) Czy istnieje możliwość kupienia jej bezpośrednio od ciebie? Pokryje koszty przesyłki...

    OdpowiedzUsuń
  5. A to prawda, dobre polskie przysłowie, z kim przystajesz, taki się stajesz...
    A co do książki to nie mam egzemplarzy do sprzedania, ale w Merlinie na przykład można kupić :)
    http://merlin.pl/Gracze_Renata-Chaczko/browse/product/1,1174057.html
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to poszło zamówienie. Prowadzenie bloga jednak działa bardzo pozytywnie na odbiorcę. Twoja osoba skłoniła mnie do zakupu, a raczej twoje teksty które naprawdę przyjemnie się czyta. Na zblogowanych już mam w obserwowanych :)

      Usuń
    2. Bardzo miło czyta się takie słowa :) To jest motywujące! Mam nadzieję, że książka też Ci się spodoba, mimo iż jest z kompletnie innej "bajki". Zajrzałam też na Twoją stronkę i będę jej częstym gościem!
      Pozdrawiam!

      Usuń
    3. Z innej bajki... To mało powiedziane lecz równie przyjemnie można zagłębić się w świecie z twojej książki. Doskonale obnaża współczesny świat. Zakończenie genialne... Skąd ja miałam tą zapalniczkę Pozdrawiam, Bardzo chętnie zabiorę się do czytania kolejnej powieści:)

      Usuń
    4. Cieszę się, że książka Ci się podobała, bo wywołuje różne emocje z powodu wiadomej tematyki - erotyki. A o to chodziło - o obnażenie współczesnego świata :)
      Pozdrawiam!

      Usuń
  6. Oj, to sobie ponarzekałaś. Tak po polsku... Wg mojej teorii przeżywasz normalny dla emigranta po ok. 3 latach etap. Bo najpierw się Polskę idealizuje, potem dostrzega wszystkie jej braki (zwłaszcza w porównaniu do nowego kraju). Może nawet trzeba tę Polskę trochę znienawidzić i utwierdzić się w przekonaniu, że podjęłaś słuszną decyzję wyjeżdżając. Ale na szczęście potem jest już z górki: akceptujesz w pełni swoją sytuację i raczej o Polsce myślisz jak turystka. Będzie lepiej!

    Z wieloma opiniami nie sposób się nie zgodzić. Chociaż najlepiej nie wypowiadać ich głośno w Polsce. Ja przynajmniej słyszę wtedy, że wszystko krytykuję i najlepiej żebym się przymknęła, bo i tak tam nie mieszkam, więc mnie to nie dotyczy. Mogę sobie wracać do mojej wspaniałej Holandii i dać im żyć jak chcą. Też racja.

    A co do szczegółów, to niektóre rzeczy widzę trochę inaczej. Ja akurat jestem z Gdańska i czuję się tam dobrze. Ostatnio też byłam i to prawie 5 tygodni. W szczycie sezonu i może to robi różnicę. Jak dla mnie to turystów było za dużo. I to nie tylko na Starówce. Wszędzie. Starówka w środku dnia była masakrycznie przepełniona, podobnie jak plaże. Ciężko przejść. Nawet jak przyjeżdżam poza sezonem, zawsze mi ciasno, chociaż cieszę się, że moje miasto popularne się zrobiło wśród obcokrajowców. A Sopot? No cóż, to już kwestia gustu. Ja bym raczej wekslowała w stronę tradycji uzdrowiska Zoppot. Ale jak wiadomo tendencja jest inna - wszystko dla trendy warszawki i ślepo ją naśladujących - Natalia Siwiec i Pudelek rządzą. Wstęp na molo jest skandalicznie drogi (dlatego od 4 lat tam nie byłam, po co jak można sobie pójść na molo w Orłowie albo na Zaspie?). I to dla wszystkich: z tego co wiem nie ma już tanich całorocznych biletów dla sopocian, nawet dla emerytów. Ale ściąganie horrendalnie wysokich opłat za największą atrakcję miasta to akurat wynalazek zgoła holenderski. Po tutejszych cenach za wejście wszędzie + parkowanie przed miejscami, za wejście do których musisz słono zapłacić cena za molo nie szokuje.

    A zadawanie pytań? To także holenderska specjalność. Toś się wydaczyła, Renatko! Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jesteś z Gdańska? Zazdroszczę, bo jestem z drugiego końca Polski, ale tak to już jest - jak ma się góry, to chce się morze. I na odwrót ;) Co prawda, to prawda, Polski nie można krytykować na głos (choć paradoksalnie można narzekać na wszystko inne), a już zwłaszcza, jak się mieszka za granicą. Może nie tyle, co ja tu sobie chciałam ponarzekać trochę, bo jak napisał do mnie mój znajomy a propos tego postu, "pytasz co z tą Polską? odpowiem Ci - jest lepiej" i ja się z tym zgadzam, wcale temu nie przeczę. Jednak to, co opisałam powyżej, to są różnice, które po 2,5 roku emigracji okazały się dla mnie odkrywcze i czułam potrzebę poukładania sobie jakoś tego wszystkiego. A że zrobiłam to na blogu - cóż, w grupie zawsze to raźniej i lepiej skonsultować swoje przemyślenia z przemyśleniami innych. I cieszę się z tej dyskusji, bo teraz wiem, że to nie są tylko takie moje odczucia :)
      Pozdrowionka Gosia!

      Usuń
    2. Ja akurat i morze i góry uwielbiam.
      A co do reszty: rozumiem jak najbardziej Twoje odczucia. Większość z nas ma podobne. Ja też. Tyle, że na szczęście dla siebie ten etap przeszłam już kilka lat temu. Teraz widzę w Polsce wiele wad, ale dostrzegam też to, co się pozytywnie zmienia. Tu też chyba z daleka widać lepiej, bo często widzę konsternację Polaków (zwłaszcza prawdziwych), gdy tą opinię wyrażam. Dal mnie ciągle odkrywcze jest to, jak MY się zmieniamy. A zmieniamy... Chociaż powoli. Po 3 latach w Holandii ciągle jeszcze jestem mentalnie Niemką. Ale widzę u siebie (podobnie jak u Ciebie) pewien dryf w kierunku holenderskim. Chyba nie da się tego uniknąć. :-) Pozdrawiam!

      Usuń
  7. Czytałam niedawno książkę "Amsterdam. Historia najbardziej liberalnego miasta" i dzięki niej zrozumiałam wiele z naszej mentalności. Holendrzy od zawsze byli wolni, pracowali na siebie i na podatki. Dzięki temu u nich awans społeczny jest dla wszystkich. Nie potrzebowali nikogo kto by im mówił co maja robić, jak maja sie zachowywać, co jest dobre a co złe. Jak król Hiszpani chciał ich podbić to go pogonili.
    Jak tak podróżuje po świecie, i potem wracam do Polski to uderza mnie rozwarstwienie społeczne. I to rozwarstwienie jest z roku na rok co raz większe. Państwo polskie tego nie dostrzega.
    Mnie najbardziej uwiera "nie da sie". Dzięki osobom, które wyjechały i wróciły ten kraj mógł sie zmienić szybciej. One dostrzegły ze gdzies moze być inaczej, ze sie da i warto próbować i jest więcej osób które próbują wymusić zmiany.
    Bo wszystkie zmiany społeczne musza wyjsć od nas samych.
    Z jednej strony nasz kraj jest kanciasty, z drugiej przez to ze jest "kanciasty" jest co robić, trudna i ciężka praca ale dobrobyt nie rodzi sie sam tylko z ciężkiej pracy, co najlepiej wiedza Holendrzy:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muszę poszukać tej książki - z chęcią ją przeczytam! No właśnie, masz rację, to "nie da się" jest taką ulubioną wymówką, wykrętem na wszystko. Narzeka się w Polsce, ale nic się z tym nie robi, bo "nie da się nic zrobić"... Wpierw faktycznie musi się zmienić takie podejście, ta "polska mentalność", by ten kraj ruszył do przodu. Ludzie muszę przestawić się z "nie da się" na "da się" (i tego akurat można nauczyć się od Holendrów). I już w mojej opinii będzie lepiej i będzie się lepiej wszystkim żyło :)
      W ogóle jak rozmawiam o tym poście ze znajomymi, którzy mieszkają w Holandii już dobrych kilka lat, to mówią, że po 2 latach też mieli takie przemyślenia, że mieszkanie tu otworzyło im oczy na parę spraw...
      Pozdrawiam!

      Usuń
    2. Tak, pewne zmiany trzeba zainicjować w sobie. Państwo niewiele tu może. Mnie też boli to rozwarstwienie. I widzę je znacznie wyraźniej niż mieszkając w Polsce. Dlatego cieszę się, że moje dzieci wychowują się tak, gdzie nie są odizolowane od sporej części społeczeństwa, za wysokim płotem, monitoringiem, ochroną. Dla mnie to ma wymiar jeszcze głębszy i bierze się z ogólnego braku zaufania. Wszystkich do wszystkich. Właściwie ludzie ufają tylko sami sobie i najbliższym. Całej reszcie z założenia nie. To jest mi najtrudniej zaakceptować.

      Usuń
  8. nic dodać, nic ująć. mam wrażenie, że Polacy nigdy się nie zmienią, ta polska mentalność to już przysłowiowa jest. ale narzekam ;) pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń