poniedziałek, 23 czerwca 2014

Ślub w holenderskim stylu po raz... dziesiąty

Tak, tak, to już moje dziesiąte (!) holenderskie wesele. Uff.... Tak jakby znajomi lubego nie mieli nic innego do roboty, tylko ciągle się hajtali. No ale niech im się wiedzie wszystkim długo i szczęśliwie, bo miłość to w końcu jedno z najpiękniejszych na świecie doznań. I niech trwają w tej miłości wiecznie, do grobowej deski. No i tyle się działo w ten weekend w Amsterdamie, zarówno fani architektury, jak i ponownie miłośnicy pięknych ogrodów mogli ten weekend uznać za udany. A ja w tym czasie w Berkel-Enschot w prowincji Noord-Brabant słuchałam sakramentalnych "ja" wypowiedzianych z ust Joosta i Eline, którzy są razem od 15 (!) lat. Ależ mi się ładnie zrymowało!

W każdym razie ta licealna miłość, czy jak to brzmiało na zaproszeniu weselnym, "Highschool Sweethearts", po kilkunastu latach zdecydowali się sformalizować swój związek. W kościele. Ceremonia, jak ceremonia. Na wejściu do kościoła dostajesz rozpiskę, co minuta po minucie będzie się działo w trakcie ślubu. Łącznie z tekstami piosenek śpiewanych przez mini chór i tego, co powie ksiądz. Nota bene, tak jak i w polskim kościele w trakcie ślubu wędrowała taca z jałmużną. Ja nie wiem, ile to się teraz przyjmuje wrzucać do takiej tacy, ale w Holandii to głównie widziałam banknoty z nominałami 10 oraz 20 euro... No według mnie, to całkiem sporo, ale jako nadworny polski ateista, to ja nie mam bladego pojęcia o kościelnym savoir-vivre...


Po kościele zamiast ryżem rzucano w młodych rozwijającymi się białymi tasiemkami. Moja tasiemka się nie rozwinęła i trafiła prosto w pannę młodą, która aż krzyknęła "ałłłł", a luby przy tym wybuchnął gromkim śmiechem... Cóż, oto polski akt terroryzmu na holenderskim ślubie, choć wcale nie był to atak w afekcie, ale jak to już zwykle bywa w moim życiu, głupiutka niezdarność. Po kościele, cóż... Było kilka godzin przerwy między wedding reception, takim pre-przyjęciem weselnym, pre-drinkiem, nie wiem nawet, jak to dokładnie przetłumaczyć po naszemu, bo u nas raczej nie praktykuje się tego na weselach. W trakcie tej przerwy pojechaliśmy więc z lubym na lunch do Den Bosch i na trzecią wróciliśmy na pre-party w fabryce skór. Tam na mini-plaży (pogoda na szczęście dopisała, ba! nawet się trochę opaliłam!) piliśmy piwo/wino do wyboru, gratulowaliśmy młodym i wręczyliśmy prezent. Jak to w holenderskiej tradycji już bywa, kilka panów, w tym  i luby, złożyli się na wazon. Prawdziwy kryształ ze srebrem i wcale nie taki, jak na Daczy tani, bo za ponad 400 euro... Co ciekawe, w trakcie imprezy latał  taki śmieszny samolocik, oko Wielkiego Brata z kamerką, która filmowała całe przyjęcie z lotu ptaka. Jeszcze takiego gadżetu nie widziałam na żadnym weselichu i jestem strasznie ciekawa, jaki będzie efekt takiego filmowania!


Po pre-drinkach znów czas przerwy. Tym razem na obiad. Tak, tak, stąd te przerwy, by lunch i obiad goście mogli sobie spokojnie zorganizować we własnym zakresie, bo tym razem było to typowo holenderskie wesele i poza małymi przystawkami, państwo młodzi innego jedzenia nie serwowali. Więc wraz ze znajomymi lubego (ja i czterech facetów) udaliśmy się na obiado-kolacje do pobliskiej restauracji. Już dobrze w czapie, bo piliśmy piwa na słońcu, spędziliśmy naprawdę przyjemne popołudnie. To grono znajomych lubego to jego znajomi ze studiów, z zarządu studenckiego i sami holenderscy ekspaci. Jeden z nich mieszkał jakiś czas w Nowym Jorku, drugi już pracuje kilka lat w Londynie, a trzeci właśnie przeprowadził się do Paryża. I ten ostatni ciągle mi powtarzał, że teraz to on zna doskonale mój ból z holenderskim (francuski też wcale nie jest taki łatwy, wiem z doświadczenia ,bo po trzech latach nauki w liceum potrafię tylko się przedstawić i policzyć do pięciu....) i ciągle sam pilnował, by każdy z towarzystwa mówił przy mnie po angielsku i nie przestawiał się na holenderski. Jakże szarmancko!

I w trakcie obiadu siedziałam koło znajomego lubego, którego zawsze widzę z sygnetem na małym palcu. Jako obsesyjna miłośniczka mody, musiałam oczywiście o ten pierścień zapytać, dlaczego go tak ciągle nosi. I tu ciekawa historia, bo on ten pierścień tylko nosi przy większych okazjach, jak właśnie śluby, a że tylko spotykałam wcześniej jegomościa na ślubach, stąd mój wniosek, że to jego ulubiony gadżet. Sygnet dostał w osiemnaste urodziny i przedstawia on jego rodzinny herb. Tak, tak, okazało się, że znajomy lubego jest, można powiedzieć, holenderskim szlachcicem z tytułem, herbem (o zamek już nie pytałam) i z rodzinną tradycją wręczenia pierścienia wszystkim dzieciom na osiemnaste urodziny. Nawet kobietom (oj, zabrzmiało to niezbyt feministycznie...). Choć kobiety z rodziny, które później wychodzą za mąż i zmieniają nazwisko (jak właśnie siostra tego znajomego lubego) nie będzie mogła dać sygnetu swoim dzieciom, bo już nie posiadają rodowego nazwiska i przejmują tradycje ze strony ojca. Czy jakoś tak jest to w holenderskiej arystokracji ;) W każdym razie rozmawiało nam się bardzo przyjemnie i jakoś tak, jak nie z Daczem :) Lata spędzone na emigracji, w Londynie czy też w innym kraju, robią z Holendrów naprawdę fajnych i przyjaznych ludzi. Z takimi, co da się normalnie pogadać! Nawet o pierścieniu ;)


No i po obiedzie przyszedł czas prawdziwej imprezy, prawdziwego wesela. Znów wino i piwo do wyboru, tańce, hulance, swawola. Na parkiecie szał ciał, a w tle czerwone akcenty, które były w temacie wesela "Highschool Sweethearts". Ja tym razem obrałam inny modowy target do pogadania, czyli pomocnika Świętego Mikołaja. No dobrze, może nie do końca takiego prawdziwego, ale muszę przyznać, że jeszcze tak ubranego Holendra na żadnym weselu nie widziałam! Zdjęcia niestety mu nie zrobiłam... Ale ba! Nigdzie tak ubranego Dacza nie widziałam! Cóż, był ubrany bardzo oryginalnie, z nutką szaleństwa, ogólnie całość fajnie, ale, ale, ale... może niekoniecznie na taką akurat okazję powinien się w ten sposób ubrać. Podwinięte nogawki w zielonym garniturze na 3/4 i czerwone skarpetki nasuwają właśnie takie skojarzenie z pomocnikiem Świętego Mikołaja. Przynajmniej mi. Jednak, gdy go o to zapytałam, dlaczego tak się właśnie ubrał, powiedział mi, że jest prawnikiem pracującym dla rządu i nie ma nigdy innych okazji, by sobie tak z ubiorem zaszaleć. A szaleć w modzie bardzo lubi i uprzedzając Wasze pytanie, nie, nie jest gejem. No to cofam porównanie z pomocnikiem Świętego Mikołaja i komplementuję go szczerze. Wprost uwielbiam, gdy Ci sztywni prawnicy czy bankierzy czasem tak sobie wrzucą na luz i zaszaleją choćby właśnie w ubiorze, choćby w skarpetkach ;) Ach, ci Holendrzy, bardziej odważni i ciekawsi w swych modowych wyborach, niż ich krajanki! No, ale o tym już było tu: Niezłego masz stajla, czyli rozbieramy Daczy do naga! No prawie... A tak w ogóle wiem, że za mój niewyparzony język kiedyś mi się dostanie, bo czemu to ja pytam tych poważnych Daczy, dlaczego wyglądają, jak pomocnik Świętego Mikołaja? Czemu? Hmm.... Wszak Holendrzy sami słyną ze swojej bezpośredniości, więc pewnie mimowolnie przyjęłam od nich tak ową cechę. Lub wadę, jak kto woli ;)

Wisienką na torcie weselnego party był występ kobiety z brodą i nie, nie była to Conchita Wurst, ale pani o pseudonimie artystycznym Andrea Hazes, która wygląda, jak zmarły w 2004 roku najlepszy holenderski piosenkarz Andre Hazes. Można? Można! Było fajnie? Było! Wszyscy się świetnie bawili? Ba! No to teraz byle szybko do następnego wesela numer jedenaście ;)

  

1 komentarz:

  1. Rzeczywiście interesujący ten sygnet, a jego posiadacz ma ładne zadbane dłonie :)

    OdpowiedzUsuń