wtorek, 20 maja 2014

No to sem jadę do Zwollywood na daczowskie weselicho...

Sem jadę, sem jadę, a raczej sem pojechała. Achhhhh, czy czujecie to lato w powietrzu? Czy czujecie energię tego słoneczka? To witbiertje w ustach? Z cytrynką? Oj, czuję jego orzeźwiający smak i nie chcę poprzestać na jednym... Amsterdam jakby zrobił się bardziej leniwy dzięki tej cudownej pogodzie, Dacze zrzuciły gajerki, a Daczki swoje kozaczki. Ludzie się uśmiechają, są bardziej wyluzowani, a dzieci nawet taplają się w kanałach (true story, widziałam wczoraj na własne oczy...). Czyż to nie cudowna pogoda, jak na maj? Jak na Holandię? Wręcz można by pokusić się o stwierdzenie, że to prawie tropiki zrobiły się w Daczlandii, bo kto to tu widział temperaturę ponad 25°C o tej porze roku? Ba! A w środę ma być 28°! Nic, tylko przywdziać strój kąpielowy i pluskać się w jakieś wodzie! Choć amsterdamskich kanałów to akurat ja Wam nie polecam... Radioactive.

Ale o czym to miało być? Ano tak! O weselichu w ładnej i przyjemnej miejscowości zwanej Zwolle. Pamiętacie jedną z pierwszych historii na blogu (taaaaak, to były te czasy, kiedy wena oraz pomysły dopisywały i tych postów było dwa razy więcej, niż teraz...ech) o Jasarze i Laurze? To powinno odświeżyć Wam pamięć: Zwyczajne piątkowe party w Amsterdamie mające coś tam wspólnego ze służbą zdrowia. No to w ten weekend gołąbeczki się wreszcie pobrały. I wiecie co? Byłam już na dziesięciu daczowskich weselach i mimo, że ich weselicho było chyba najskromniejsze ze wszystkich i w bardzo kameralnym gronie, okazało się, że było najlepsze! Jeszcze na żadnym daczowskim weselu tak dobrze się nie bawiłam, a byłam na weselu Dacza w hiszpańskiej Marbelli, który chajtał się z córką rosyjskiego oligarchy, więc jak się możecie domyśleć, było na bogato. Naprawdę NA BOGATO! Wesele za ponad milion euro... Oczywiście sponsorowane w całości przez rodziców panny młodej. A raczej przez jej ojca. Ale o tym może będzie innym razem. Skupmy się teraz na Jasarze i Laurze, bo tu jest o czym pisać.


Zacznijmy od tego, że w Holandii możesz zaplanować i przewidzieć wszystko. Wszystko oprócz pogody. Jasar i Laura trafili, jak mało kto z piękną, słoneczną i ciepłą pogodą, tym bardziej, że wesele i ceremonię zaślubin od początku planowali zorganizować w ogrodzie rodziców panny młodej. Chcieli mieć kameralne wesele i nie wydawać na nie za wiele, bo mogli liczyć na pomoc tylko ze strony rodziców Laury. Tu trzeba cofnąć czas o lat kilkanaście i co nieco wspomnieć o historii Jasara. Jasar, który pochodzi oryginalnie z Pakistanu, wyprowadził się z rodziną do Holandii mając trzy latka. Jego rodzice, skrajni islamiści, islamscy ortodoksi, jak zwał, tak zwał, dla mnie to jedno gówno i nie chodzi mi tu wcale o Islam, ale o zaślepienie jakąkolwiek religią. Zaślepienie, bo Jasar żyjący w innym kraju, niż Pakistan, wychowany w Holandii i tu wykształcony, nie popierał ani kultywował przekonań i wierzeń rodziców, za co został skreślony i wyklęty przez całą rodzinę. Jakże to smutny i kolejny powód, dla których religii nie lubię. Żadnej, będąc ścisłą i poprawną politycznie. Nie upieram się tylko przy Islamie. Wszystkie religie miały swoje stosy, za które płonęli i płoną do dzisiaj bogu ducha winni ludzie. Taki paradoks. Że w tym powiedzeniu. W każdym bądź razie, jak pewnie już się domyślacie, rodzina Jasara nie pofatygowała się na jego wesele. Choć był tam jeden z jego braci. Również wyklęty z rodziny z wiadomych i tych samych powodów, co Jasar...

Jest coś w tym, że ludzie, którzy swoje przeszli w życiu, którzy nie mieli łatwo, to są dobrzy ludzie, choć również mocno zahartowani. I takimi też podobnymi do siebie osobami lubią się otaczać. Każdy z nas ma swoją historię z cyklu traumatyczna. Ale w Holandii tego nie widzi się na co dzień, tu wszyscy jakby są zrobienie z innej gliny. Z innej, bo szczęśliwszej. Jakieś takiej nietoksycznej, nietraumatycznej, no ja wiem, niepatologicznej. Trudno to nazwać, ale większość z Was pewnie będzie wiedzieć, o co chodzi. I nagle w miejscowości Zwolle w temacie wesela Bollywood jestem świadkiem, jak Dacze potrafią być wyluzowani, mili, fajni, jak potrafią być ze sobą blisko. Tak szczerze, tak ciepło, tak zwyczajnie, tak swojsko i na luzie. Choć, jak sobie pewnie odświeżyliście pamięć czytając post "Zwyczajne piątkowe party w Amsterdamie mające coś tam wspólnego ze służbą zdrowia" moje pierwsze wrażenie było całkowicie mylne... Przyznaję się bez bicia, człowiek nie krowa, może zmienić zdanie, a nawet może zmienić i łąkę. Jasar i Laura to naprawdę świetna para, teraz już małżeństwo, które otacza się cudownymi i bardzo pozytywnymi ludźmi. To był prawdziwy zaszczyt być i bawić się na ich magicznym weselu. I pić za ich zdrowie ;)

Ale może od początku. Uroczystość zaślubin, jak już wspomniałam, odbyła się w ogrodzie. Za to właśnie między innymi uwielbiam Holandię, że tu ślubu nie musisz mieć albo w kościele, albo w Urzędzie Stanu Cywilnego. I koniec, i kropka, i nie masz innego wyboru. W Daczlandii, jeśli chcesz pobrać się w ogrodzie swoich rodziców, to proszę bardzo. Ba! Jeśli chcesz na przykład, aby twój najlepszy przyjaciel poprowadził całą ceremonię, też nie ma żadnego problemu! Na weselu Jasara i Laury ceremonię zaślubin poprowadził przyjaciel pana młodego. Wystarczyło, że wcześniej przysięgał przed sądem, a w trakcie ceremonii pewna kobiecina z urzędu była tam dla pewności, tak dla formalności, czy aby wszystko przebiegało zgodnie z zasadami oraz z prawem w tym sensie, że nie padło w trakcie ceremonii żadne słowo związane z żadną religią ani z żadnym bogiem. Takie uprawnienie do udzielenia ślubu przyjaciel pana młodego otrzymał na jeden dzień i obowiązywało ono tylko w tej miejscowości Zwolle. Kiedy zapytałam go, czy może w takim razie udzielić jeszcze mi i lubemu szybkiego ślubu, nie był zachwycony tym pomysłem. Nie przyjaciel Jasara, ale oczywiście luby nie był zachwycony pomysłem szybkiego ślubu. Faceci to tacy jacyś czasem mało romantyczni są... A Dacze do tego jeszcze nie wiedzą zbytnio, co to spontaniczność ;) 


Jak to u Daczy już nie dziwaczy, na zaproszeniu został i wypisany dress code. Na ceremonię zaślubin to był ogrodowy szyk, a na weselicho tematem było Bollywood. Wiecie, orientalne kiecki, gołe brzuchy i kropki między oczy. Czy jakoś tak ;) Przynajmniej dla babek. Pierwszy taniec młodych był właśnie w temacie Bollywood i w... grupie, i rodem z tamtejszych produkcji filmowych. Naprawdę wyszło im to fantastycznie i bardzo profesjonalnie! Chyba sporo ćwiczyli, by dać taki performance. Na weselu serwowane było też jedzonko, co niby nieczęsto się zdarza na weselach w Daczlandii, choć ja mam akurat inne doświadczenie w tym temacie. A jedzonko też było naprawdę pyszne i moje ukochane, bo tajskie. Mniam! Do tej pory na samo wspomnienie cieknie mi ślinka, a co ciekawe tym bardziej, że dzień przed weselem byłam w Amsterdamie w prawdziwej tajskiej knajpie, w której jedzenie, za przeproszeniem, tak dupy nie urywało, jak to na weselu w Zwollywood. Tort też był pycha, pierwsza klasa, kolorowy, smaczny i nietypowy, bo z imbirem. Co do procentów, też było naprawdę mocno, dosłownie, bo w dwóch wielkich dzbanach, na moje oko, 30-litrowych, był Cosmopolitan albo Margarita do wyboru. Cóż, trzeźwa z tego wesela to ja nie wyszłam. Luby zresztą też. I się wytańczyłam, i najadłam za wsze czasy, i poznałam świetnych ludzi, i naprawdę świetnie się wybawiłam za wsze czasy, a przynajmniej wybawiłam się do następnego daczowskiego wesela w czerwcu. A i lubego przyodziałam w bollywoodzki wąs i taką jakąś śmieszną czapkę z tamtych stron. Chyba z tamtych stron... W każdym bądź razie, też przywdziałam bollywoodzkie odzienie (zdjęcie na dowód macie na dole), choć pępka nie odsłoniłam. Na szczęście, bo po takiej ilości tajskiego jedzenia pomieszanego z Cosmopolitanem i z Margaritą byłabym zapewne posądzana o zaawansowaną ciążę, a w tej, jak wiadomo, nie jest zbyt tolerowane picie wysokoprocentowych trunków. Nie mówiąc już o wrażeniach estetycznych. Ale uspokajam, brzuszek już odzyskał formę ;)

Co jednak najciekawsze po tym weselu, w niedzielę, w dzień leczenia kaca i odpoczynku, luby postanowił po raz pierwszy rzucić w drodze powrotnej do Amsterdamu hasło pod tytułem: "A gdzie będzie nasz ślub? W Polsce czy w Holandii?". "Cóż... Wpierw chłopie poproś mnie o rękę, a potem zadawaj takie pytania...." Mówię mu coś w tym stylu. Bo on to sobie właśnie marzy tak teraz po tym Zwollywood, żebyśmy mieli też taki ślub i wesele w podobny klimacie, może nie Bollywood, ale coś w polskim stylu, w ogrodzie... jego rodziców. No cóż mam rzec? No to zabrzmiało poważnie! A skubany to brać ślubu dzień wcześniej nie chciał na spontanie! I tak jak chciał, w ogrodzie! No i pewnie jesteście teraz ciekawi... jaki prezent daliśmy młodej parze? Ha! Luby kazał mi pomyśleć o prezencie do 50 euro, nie więcej, a może mniej. Jak to Dacz. Prezentu powyżej 50 euro nie wypada dać. No to wymyśliłam, że damy Jasarowi i Laurze to, co ja dostałam niedawno od lubego na swoje urodziny, czyli grę planszową "Osadnicy z Catanu". I wiecie co? Świeżo upieczeni małżonkowie byli tym prezentem zachwyceni! Cieszyli się z niego, jak dzieci! Dobrze, że też Laura z Jasarem są naszymi sąsiadami, to teraz mamy z lubym dwójkę nowych partnerów do gry, bo zawsze to ciekawiej grać w czwórkę, niż w dwójkę! Ten kto grał, wie o co chodzi!

A tu tak właśnie ja sem wyglądała ;)

5 komentarzy:

  1. No to ja czekam na post o weselu tej córki rosyjskiego oligarchy ;) Jak zwykle, you made my day!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to postaram się niedługo o nim napisać ;)
      Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Hmm...a ja nie znam tej gry...poszukam :)
    Super sie czyta twoje wpisy, masz lekkie pióro :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Naprawdę polecam, gra jest super! I dzięki za miłe słowa :)
      Pozdrawiam!

      Usuń
  3. Jak zwykle uśmiechnęłam się znacząco 'pod wąsem'. Po lekturze dzień wzdął mi się duuuużo lepszy. :)
    Osadników znam i bardo lubię. Tym którzy połknęli bakcyla 'z Catanu' proponuje także 'żeglarzy z Catanu' - dodatek do podstawowej wersji.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń