piątek, 2 maja 2014

Melanż po holendersku

Może jest już pod Dniu Króla, ale to nie znaczy, że to koniec zabawy w Holandii. W Polsce w sumie to dopiero początek. Weekendu majowego ;) Powiedzmy to sobie szczerze, bawić się każdy lubi. Czy to w mniejszym gronie w domowym zaciszu, czy na koncercie ulubionego zespołu, czy na wielkiej imprezie w klubie. Człowiek już jest takim dziwnym stworzeniem i jest tak skonstruowany, że od czasu do czasu wyszumieć się musi. No musi i kropka. Od pewnego czasu takie "wyszumienie" nazywa się po naszemu kolokwialnie "melanżem". Skąd się wzięło to określenie? Jak zwykle Wikipedia przychodzi nam z pomocą i podpowiada, że Melanż (z fr. mélange) – fikcyjna substancja, zwana również przyprawą, o niezwykle skomplikowanej budowie chemicznej i działaniu na organizm, wymyślona na potrzeby powieści Franka Herberta Diuna. Jedynym miejscem we wszechświecie, gdzie pozyskiwano melanż była planeta Diuna. Wydobycie go z piasków pustyni było niezwykle niebezpieczne, często zdarzały się przypadki połknięcia całej żniwiarki przez gigantycznego czerwia pustyni. To wszystko powodowało, że melanż był najbardziej pożądaną i najdroższą substancją we wszechświecie, po przejęciu tronu imperialnego przez Paula Atrydę została uznana za walutę. Melanż przedłużał życie i umożliwiał poszerzenie granic świadomości, a w połączeniu z ćwiczeniami mentalnymi i fizycznymi pozwalał na rozwinięcie nieludzkich wręcz zdolności, takich jak widzenie różnych wariantów przyszłości, kontakt z przodkami czy też niesamowite zwiększenie zdolności obliczeniowych ludzkiego mózgu (mentaci). Jest to jednak również powodujący silne uzależnienie narkotyk. (...) Nagłe zaprzestanie dostarczania organizmowi melanżu powodowało objawienie się silnego symptomu odstawienia, zwykle zakończonego śmiercią. Mimo to, codzienne przyjmowanie melanżu mogło wydłużyć życie nawet o kilkaset lat...



Kilkaset lat, no nieźle. No to nie taki zły w sumie ten melanż, jak się okazuje. Nie taki zły wilk, jak go opisują. Gdy w Polsce poniesie cię melanż, w takiej Warszawie na przykład, to lądujesz o szóstej nad ranem w Zakąskach i Przekąskach z grupą japońskich turystów, z którymi rozmawiasz o fizyce kwantowej. Albo  o Piłsudskim. Albo o Sikorskim. Albo o Bogu... Zależy, pod który pomnik wcześniej poniósł cię melanż. We Wrocławiu ten melanż niesie cię z kolei najczęściej do Przedwojennej, gdzie na przykład z takim aktorem Teatru Polskiego porozmawiasz o Szekspirze, o którym dowiesz się, że był strasznym zboczeńcem (w sensie, że Szekspir był), a Hamlet to nic innego, jak literatura soft-porno... Po takiej intelektualnej dyskusji znajdujesz też nawet odpowiedź na odwieczne pytanie Być albo nie być i wszystko staje się jasne, wszystko nabiera sensu i logiki. Niestety, gdy nazajutrz budzisz się z kacem, nic z tego już nie pamiętasz, no i od nowa szukasz sensu życia. Tylko, że z bólem głowy. Ale jak w Holandii poniesie cię melanż to w sumie nigdy nie wiesz, gdzie cię zaprowadzi. Historii z tego cyklu znam już mnóstwo, więc nadając chaosowi porządek, spróbuję je opisać chronologiczne, od początku. Choć niektóre historie będą bez nazwisk, a nawet bez pseudonimów. Zrozumiecie, jak przeczytacie, dlaczego to tak i czemu...

Gdy w Daczlandii poniesie cię melanż możesz tak skończyć, jak na przykład moja koleżka Kasia, którą melanż poniósł aż na prywatne ekskluzywne after party z najsławniejszymi DJ-ami świata. W Amsterdamie. Jak tam Kasia się znalazła? No proste. Na prywatne zaproszenie Paris Hilton, co prawda przekazane przez ochroniarza Paris, no ale grzech nie skorzystać. Duża szansa, że taka okazja się już nie powtórzy. Nigdy. Czy Kasia bawiła się dobrze? Jak się domyślacie, to była jedna z jej najlepszych imprez w życiu. Można więc skończyć w Holandii na małej prywatnej imprezce z Paris Hilton i innymi gwiazdami? Ano pewnie, że można!

Można też skończyć w Jimmy Woo po popijawie w jednym z najlepszych hoteli w Amsterdamie, czyli Hotel Sofitel Legend The Grand (dłuższa nazwa już być nie mogła), gdzie co jakiś czas hotel w ramach podnoszenia swoich standardów, robi ze swoich pracowników największe gwiazdy, którzy przez weekend urzędują tak sobie w tym hotelu, jakby byli Brangelną i Beckhamami jednocześnie, a nawet i pupą Kim Kardashian na wakacjach. Czy jakoś tak. Pracownicy więc śpią w najlepszych pokojach i mają kaprysy, jakie to powinny mieć bogate gwiazdy. Czyli szampan leje się strumieniami, hotelowe taksówki wiozą cię pod kluby, a tak przy okazji na weekend meldujesz się z osobą towarzyszącą. I masz sobie używać. Do woli. Czego dusza zapragnie. Niczego masz sobie nie żałować. Nie odmawiać. Czy muszę mówić, że takie zdanie nie powinno paść pod adresem polskiego pracownika? Bo ten to sobie użyje na pewno. I na maksa. Weźmie taksówkę do lansiarskiego klubu, żeby się wytańczyć, bo raczej nie jest już zbyt spragniony. Swoje wypił już wcześniej w hotelu. Założy więc taką seksowną obcisłą sukienkę i będzie robić szpagaty na parkiecie. I nie dlatego, że ktoś wyzwał go, czyli ją, do zrobienia tego szpagatu, ale dlatego, że może. Że ten szpagat zrobić potrafi. No pech, że sukienka obcisła, to materiał i puścił w końcu na szwie. Na tyłku. No takiego rozwarcia nie wytrzymał. I pech chciał, że ten pracownik hotelu nie lubił nosić bielizny i raczej jej nie nosił. Nigdy. Do tego klubu na imprezę też tej bielizny nie założył i w tenże sposób wszystko znalazło się na wierzchu... Że w sensie, że części intymne i tylne. Można więc robić szpagaty w Jimmy Woo bez bielizny? Można! Choć nie polecam...


Albo można też tak skończyć, jak ja. W nieswoich skarpetkach pod eskortą policji podwieziona do domu skoro świt nastał i kogut zapiałJak to w nieswoich skarpetkach pod eskortą policji wróciłam z imprezy o szóstej rano, czyli kolejne party w Amsterdamie mające (znowu) coś tam wspólnego z pewnym lekarzem. Tym zabawniejsze, że początek tej historii również miał miejsce w hotelu Sofitel Legend The Grand Amsterdam, który może się teraz stać kultowym miejscem na rozpoczęcie melanżu. Dla pracowników hotelu lub bogatych snobów ;) No chyba, że będzie zorganizowana tam kolejna impreza InterNations! A! No i nie zapominajmy o moim dawnym wiekopomnym melanżu, który skończył się w gejowskim klubie: Tropem kradzieży w gejowskim barze!

Melanż niesie ku twojej uciesze, a jak poniesie cię za daleko, to możesz zgubić różne rzeczy. Na przykład możesz pojechać na imprezę w innym mieście znajomych znajomego tudzież lubego i mieć słabszy dzień. W tym sensie, że główka twa procentów nie wytrzyma. I gdy wracasz do domu po ciężkiej podróży w pociągu, gdzie walczysz z grawitacją i z turbulencjami (bo myślisz, że lecisz odrzutowcem F-16 nie bez kozery nazywanym walczącym sokołem), okazuje się, że twoja torebka została w klubie, pubie czy innym cholerstwie w odległym Rotterdamie i niby teoretycznie w ten sposób melanż poniósł cię prawidłowo, że niby do domu, no ale prawie, a to jak wiadomo wielka różnica, bo w torebce została jedyna twoja para kluczy do domu... A ty już marzysz tylko o ciepłej piżamce, wiadrze wody i lulu. Wtedy melanż cię niesie do cudzego domu tych znajomych, którzy bardzo późno w nocy albo wcześnie nad ranem, jak kto woli, odbierają jeszcze telefony. A takich okazuje się, że naprawdę jest niewielu. Nawet na palcach jednej ręki ich nie policzysz. I tu, jak nigdy sprawdza się powiedzenie, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie, a przynajmniej w chwilowej bezdomności. Można na melanżu zgubić klucze do domu? Można, ale lepiej tego nie robić nigdy...

Często słysząc historie o imprezach w Amsterdamie dowiadujemy się, że melanż niesie ludzi do coffeeshopu albo na Dzielnicę Czerwonych Latarni. Pierwszego jeszcze nigdy nie praktykowałam, a drugie zdarzyło mi się i to parę razy. Mój pierwszy raz był dość ekstremalny, bo w prezencie dostałam od znajomych lap dance i to nie męski, a kobiecy, choć wtedy po raz pierwszy i pewnie zarazem ostatni, mogłam sobie dotknąć przynajmniej sztuczną silikonową pierś. Powiem Wam, że można wyczuć różnicę i można wymacać silikonową wkładkę. Wrażenie dotykowe średnio pozytywne, porównywalne do złapania piszczałki w pluszowej zabawce mojego psiaka, która przypomina kuropatwę. Tyle, że złapanie silikonowej piersi nie wydaje żadnego piszczącego dźwięku. A ostatni raz melanż poniósł mnie na Czerwoną Dzielnicę, kiedy przyjechali do nas na weekend brat lubego ze swoją nową dziewczyną i zarazem moją znajomą, również Polką, Asią. Poszliśmy na Czerwoną "na kabiny", gdzie co tu będę dużo rozwodzić się i obwijać w bawełnę, można zobaczyć seks na żywo. Stojąc sobie w takiej obleśnej kabince, gdzie nie radzę absolutnie nic dotykać, za jedyne 2 euro za 2 minuty można nie tylko oglądać parkę robiącą "to i owo" na żywo na materacyku, ale można i podejrzeć inne osoby stojące tak sobie w pozostałych kabinkach. Na przykład można zobaczyć miny podnieconych japońskich turystów... Nie polecam generalnie, bo jakoś nie wygląda to zbyt apetycznie, zwłaszcza, że ta para "kochanków" nie była "pierwszej świeżości". Zwłaszcza ta dziewczyna. Ale, jak to mówią, trzeba się przekonać nie tyle, co na własnej skórze, ile na własne oczy i homo sum, humani nihil a me alienum puto, a podglądactwo i fascynacja seksem, co tu by dużo mówić, leży po prostu w naszej naturze. Zatem, gdy brat lubego z Asią w kabinie oglądali to "show", ja w tym czasie wdałam się w dyskusji z pewnym, jak się domyślam, pracującym tam alfonsem z Serbii, z którym porozmawialiśmy sobie o książkach. Można? Można, ale niekoniecznie trzeba...

I takich historii można by tu wymieniać i wymieniać, ale nie chcąc być posądzona o propagowanie alkoholizmu i zachowań niewłaściwych dla dam i nieprzystających gentlemanom, może na tym już skończę i tu dam Wam jeszcze tylko taką małą radę już na sam koniec. Kiedy melanż Was niesie w Amsterdamie, to nie dajcie mu się ponieść do Wesołego Miasteczka na Dam Square. To się może skończyć naprawdę źle... Naprawdę nie tylko zawrotami głowy, co ostatnio mogłam sobie niestety zaobserwować wśród grupki Anglików, którzy przyjechali sobie do Amsterdamu na wieczór kawalerski. To był niezbyt estetyczny widok. A tak w ogóle, to Kochani bawcie się zawsze z umiarem, bo nie chciałabym znów ze swojego okna zaobserwować takiej sytuacji, jak dwóch bardzoooo pijanych Polaków agresywnie zaczepiało Daczy na ulicy. Aż mi było naprawdę wstyd. Bawmy się więc, ale nie róbmy wiochy i nie pogłębiajmy już i tak dość negatywnych stereotypów o Polakach w Holandii... Bawmy się po prostu z klasą i niech melanż nikogo nie niesie w kierunku chamstwa, agresji i buractwa :)

2 komentarze:

  1. będąc w amsterdamie w dzień Polaków nie słyszałam w ogóle, co mnie bardzo zdziwiło szczerze mówiąc. za to wieczorem... przekleństwa było słychać z daleka... w takich chwilach naprawdę mi wstyd, a zdarza się to za granicą niestety nagminnie :( za to ludzi takich jak Ty, którzy mogliby pokazać, że nie taki Polak straszny ;), niestety z daleka nie widać.przykre...

    OdpowiedzUsuń
  2. Niestety to jest nagminne i strasznie psuje nam Polakom opinię... czego też zrozumieć nie mogę, że niektórzy naprawdę chcą utrwalać za granicą stereotyp Polaka-pijaka i Polaka-prostaka :( Smutne, ale prawdziwe...

    OdpowiedzUsuń