wtorek, 11 lutego 2014

Dekalog Daczomana (tudzież Daczomanki), część 2 i zarazem ostatnia

Pomyślmy. A raczej, podsumujmy. W poprzednik odcinku Dekalogu Daczomana było coś o sztuce, a dokładniej o filmie i malarstwie, coś o historii Daczlandii, cosik o monarchii i żółtych zębach króla oraz totalnie wyrwane z kontekstu piersi Doutzen Kroes. Może nie tyle piersi, ile jej zacne krasne lico. Kijk: Dekalog Daczomana (tudzież Daczomanki), część 1 i zarazem przedostatnia. Pora zatem dalej rozszerzyć i poszerzyć Waszą wiedzę w pozostałych kategoriach dotyczących Daczlandii, tak w razie gdyby reaktywowali teleturniej Va banque, a Kazimierz Kaczor zadałby Wam pytanie: Który kraj nieźle dał d... na Euro 2012 i przegrał wszystkie mecze w swojej grupie? I wtedy Wy opowiadacie bez namysłu, z całą pewnością, przekonaniem i zawoalowaną impertynencją: Czym jest Daczlandia? No właśnie, a swoją drogą dobre pytanie. Czym jest Daczlandia? Bo jakoś nikt nie ma co do tej kwestii jednego zdania...

Co kraj, to obyczaj. I to powiedzonko sprawdza się zawsze na każdym polu i o każdej porze roku. Pytając więc czym jest Daczlandia, wpierw zapytaj, kim są jej mieszkańcy? I tu znów wrócimy do popularnego ostatnio tematu (byle do piątku, a potem przez rok święty spokój!), czyli do Walentynek, faszystowskiego święta komercji, w którym nie tyle, co warto, ile trzeba kochać. Może nie tyle, co kochać, ile być w związku. Może nie tyle, co być w związku, ile z kimś zjeść kolację, obejrzeć film, ewentualnie pójść do kina. A ewentualnie, jak się poszczęści obu, to pójść na koniec do łóżka. Jakby tego nie można było robić w inne dni... Co mają Walentynki do Dekalogu Daczomana? Wbrew pozorom, sporo. Miałeś/miałaś już pierwszą randkę z Daczem? Błysnąłeś/błysnęłaś już wiedzą z poprzedniej części Dekalogu? Rozmawialiście już o skradzionym obrazie Rembrandta i filmach Verhoevena? Bosko! Ten daczowski facet czy facetka już pewnie je Ci z ręki, już masz u niego dziesięć punktów ekstra! 

Pora więc podnieść poprzeczkę i zabłysnąć czymś nowym. Pora nabić sobie jeszcze więcej tych punktów. Albo przynajmniej mieć jakieś tematy do rozmowy. Co kto woli. I to nie tyczy się tylko randek czy Walentynek. Dekalog możecie używać dowolnie, na wszystkich spotkaniach, gdzie jest dużo Daczy. Na imprezach służbowych, towarzyskich i sportowych. Zarówno w filharmonii, jak i w publicznej toalecie. Znów, co, kto i jak woli. Zatem ciąg dalszy właśnie nastąpił.

6. Po szóste primo.
 Muzyka. Na tym polu Dacze mają kilka sukcesów. Zaczęło się od Vengaboys (tak, to Dacze!) i kultowych hitów Up and down, potem było We like to party Boom, Boom, Boom, Boom, a skończyło się na We're going to Ibiza. Powiedziałabym, że tytuły tych hitów były bardzoooo życiowe i w jakże słusznej wychodziły kolejności. Po Vengaboys i eurodance pop disco, które przerodziło się poniekąd w house (no może nie tak szybko i nie tak do końca, ale co ja tam wiem, muzykologiem nie jestem) pojawili się DJe typu: Tiësto, Afrojack, Ferry Corsten i oczywiście Armin van Buuren. I wielu, wielu innych. Status DJa jest dość prężny w tym kraju, a na dowód choćby niech posłuży Wam koronacja Wilhelma Alexandra, który jako świeżo upieczony król wpadł na koncert van Buurena wraz z Maximą i córami w słodkich pelerynkach a'la Harry Potter. Daczlandia stolicą house'a? I trance? No ja myślę! Choć ja tam wolę chodzić do klubów w Amsterdamie, gdzie puszczają Beyonce i Blurred Lines... No ale ja się w końcu na muzyce nie znam wcale...

7. Po siódme primo.
Heineken. Zgadza się. To piwo. Ale to nie jest zwykłe piwo. To symbol. Tu duma narodowa Holandii. To coś, dlaczego James Bond zrezygnował z Martini. Wstrząśniętego, niemieszanego. Heineken to nie tylko marka. To też nazwisko. Oczywiście nazwisko założycieli, którzy przez następne kilka pokoleń pracowali na to, czym dziś jest Heineken. Teraz zagadka. Czyje nazwisko od lat pojawia się na pierwszym miejscu w rankingach najbogatszych Holendrów? Bingo! Pomyślcie teraz, uzmysłówcie to sobie, że każdy Wasz wypity Heineken wzbogaca potomków tego rodu nie tyle, co już o kolejne miliony euro, ile miliardy. Jeśli temat w daczowskim towarzystwie schodzi na rozrywkę, to warto wiedzieć, że browar Heineken istnieje od 1863 roku, że łączy różnych ludzi, jako macie na dowód poniższe zdjęcie Putina z królem, które już zyskuje status kultowego, a Holandia ma dzięki niemu dostawę gazu zagwarantowaną przez najbliższe dziesięć lat, choć w sumie król zapłacił za to poparciem u gejowskiej części swego ludu. Ale coś za coś. Nie można mieć wszystkiego. Co jeszcze powinniście wiedzieć o Heinekenie? Że nawet Dacze nie wiedzą, skąd wziął się symbol piwa, czyli czerwona gwiazdka, choć mają w tym temacie kilka bezsensownych historii jej genezy. Dalej. Trzy lata temu nakręcono holenderski film Porwanie Heinekena z Rutgerem Hauerem w tytułowej roli. Poznajcie teraz nazwisko Willema Holleedera (dziwna zbieżność nazwisk widocznie nieprzypadkowa), który owego porwania dokonał. Ale to już jest tak długa historia, że kiedyś Wam ją opowiem w osobnym poście, na przykład o holenderskich gangsterach. Tu tylko wspomnę, że Holleeder pozwał twórców filmu, bo według niego ekranizacja tej historii zaszkodziła... jego reputacji. A mówią, że Dacze nie mają poczucia humoru ;)

Na zdrowie! Putin pije Heinekena z daczowskim królem (tym od żółtych zębów, co widać zresztą wyraźnie na poniższym zdjęciu) oraz królewską małżonką (tej, od ojca posądzonego o paranie się tyranią):


8. Po ósme primo.
A jeśli już mowa o Olimpiadzie w Soczi, to przechodzimy do bardzo ważnej kategorii w Holandii, jaką jest sport. Daczlandia obecnie jest, zaraz po Kanadzie, na drugim miejscu w rankingu olimpijskim, klasyfikacji medalowej, czy jak to tam się zowie. Jako piszę do Was te słowa, Holandia ma 7 medali, w tym 3 złote. Patrząc po ilości Daczy na mojej siłowni, powiem Wam, że w sumie wcale nie dziwota. Ale, najlepsze, że w rywalizacji łyżwiarzy szybkich na 500 m w Soczi, złoty medal dostał Holender, srebrny medal Holender i brązowy też Holender, który nota bene jest bratem bliźniakiem tego samego, co dostał złoty medal. Same Dacze na podium! I tu teraz ciekawostka, bo jak się okazuje, Dacze naprawdę są fanami tej dyscypliny sportu i to oni właśnie (!!!) wymyślili, że płozy z tyłu nie będąc na stałe połączone z obuwiem (klapią tak sobie) pozwalają śmigać po lodzie szybciej. Czy jakoś tak, zresztą sami zobaczcie na poniższym zdjęciu, o co mi chodzi. Jak ja to usłyszałam, byłam normalnie w szoku, nie mogłam uwierzyć, że raz Czego to Ci Dacze jeszcze nie wymyślą?! A dwa, tacy z nich łyżwiarze, a przecież hokej u nich praktykuje się raczej na trawie! A jeśli chodzi o sport, to tu jeszcze tylko taka mała podpowiedź, aby raczej nie wchodzić na temat piłki nożnej, która coś ostatnio u Daczy kuleje. Taaaa.... Niegdyś duma piłkarska Wesley Sneijder to teraz wraz ze swoją małżonką Yolanthe jest bardziej celebrytą, niż piłkarzem. No teraz to jest taki nasz polski Radzio Majdan (tylko bez przeszczepionych nie wiadomo skąd włosów), choć Yolanthe to akurat daleko zarówno do Dody, jak i perfekcyjnej pani domu ;)

Dacz did it! W sensie, że udoskonalili tak łyżwy...


9. Po dziewiąte primo.
Branża turystyczna jest nieodłączną częścią Holandii, jak wiatraki, chodaki i tulipany. Historię tych trzech ostatnich również możesz znać i dogłębnie zgłębić, ale pod warunkiem, że chcesz kogoś na śmierć zanudzić opowiadając o niej... Gadanie o wiatrakach czy tulipanach jest taaaaaakieeeee cliché! Taaaaaakieeee banalne. Taaaaakieeee nudne! To tak, jakby nam jakiś obcokrajowiec wykładał historię warszawskiej Syrenki albo Kolumny Zygmunta. Zrobi to na Was wrażenie? No właśnie, nie bardzo. Wszyscy przyjeżdżający do Holandii turyści, również ci, a może nawet i przede wszystkim, zwłaszcza ci, którzy korzystają z typowych holenderskich rozrywek, jak coffee shopy i burdele, napędzają holenderską gospodarkę. I mafię, w przypadku tych drugich... Ale nie będzie tu mowa o seks-turystyce, bo jak powszechnie wiadomo i jak gminna wieść niesie, z Daczami nie wypada gadać o seksie, a nawet, ba! O nim żartować. Pisząc zatem tu turystyka mam na myśli dobra narodowe i krajoznawcze Holandii, choćby takie perełki, jak te wpisane na listę dziedzictwa narodowego UNESCO. Takich obiektów w Daczlandii jest całe sześć sztuk, a w tym jedna, która niezmiennie mnie zachwyca. Mowa o Kinderdijk. Zdjęcia z Kinderdijk często możecie zobaczyć na różnego rodzaju pocztówkach z Holandii. Nie dziwota. Jak gadać już o wiatrakach, to tylko o tych z Kinderdijk. Ta prowincja Daczlandii znajduje się 15 kilometrów od Rotterdamu i jest skupiskiem najbardziej zabytkowych wiatraków w Holandii w ilości sztuk 19, a które powstały w latach 1738-1761. Popatrzcie na to poniższe zdjęcie tylko. No prawda, jakie ładne? Cholera! A miało nie być o wiatrakach, bo to cliché... A wyszło, jak zawsze ;)

I już wszystko jasne, gdzie Dacze tak uczą się śmigać na tych swoich udoskonalonych łyżwach...


10. Po dziesiąte primo. I ostatnie primo.
Skoro już tak tu ciągle mędzę o tych Walentynkach, to na sam koniec niech będzie w klimacie tychże świąt, czyli nie tyle w słowach, ile w obrazie krótko o The Dutch Kiss. Co to jest? A zobaczcie sami! I sami sobie to video zinterpretujcie. A potem weźcie najbliższą osobą, pocałujcie ją i podajcie dalej miłość! Czy jakoś tak. Bo po dziesiąte, nie pożądać rzeczy bliźniego swego, ale już pożądać bliźniego to całkiem normalna, naturalna i ludzka rzecz. Zwłaszcza w Walentynki. Niech więc moc holenderskiego pocałunku będzie z Wami! Niech miłość i tolerancja szerzy się zwłaszcza tu na emigracji. Między nami Polakami i między nami Polakami, a Daczami! Czy jakoś tak miałam optymistycznie spuentować na koniec ;)

1 komentarz:

  1. Kinderkijk, najpiękniejsze miejsce na Ziemi, które dotychczas dane było mi zobaczyć w moim jakże marnym dwudziestojednoletnim żywocie! *o*

    OdpowiedzUsuń