wtorek, 18 lutego 2014

Co ja Dacze? Vol.5

Ta historia wydarzyła się naprawdę i jest tak absurdalna, że swoją niedorzecznością bije na głowę wszystkie tu inne historie z tego cyklu. Takiej historii nie powstydziłby się sam Monty Python ani The biggest loser w swojej nowej wersji, czyli The biggest fat winner. Przeczytajcie więc przypowieść o daczowskich grubasach, którzy za swój życiowy cel obrali misję utuczenia się na tyle, by ważyć ponad 100 kilo... Cel ten, nie tyleż co był niezdrowy, ileż idiotyczny, bo wyznaczony sobie tylko po to, aby móc się najeść na pewnej kolacji. I to nawet nie tyle, że na jakieś darmowej kolacji, bo trzeba było za nią słono zapłacić... Przypowieść tak ową opowiedział mi nie kto inny, ale luby... Czyż to nie romantyczne, że mój ukochany ważył kiedyś ponad 100 kilo? 

Zdarzyło się to kilka lat temu i znów, jak to już zwykle tu bywa w tego typu opowieściach, za studenckich czasów. Okazuje się, że studenci z Rotterdamu w całej swojej fantazji organizują raz do roku wystawną kolację. Jest jednak jedno ale. W tej kolacji nie mogą wziąć udział ot tak, wszyscy zainteresowani, zwykli śmiertelnicy. Mogą na nią udać się tylko ci, którzy spełniają jeden warunek, czyli ważą ponad 100 kilo. Nie, to nie jest żart. To true story. I tak luby, który lubi wyzwania wraz z dziesiątką innych swoich kumpli powiedzieli sobie Challenge Accepted! I wzięli się do roboty, czyli do jedzenia. Swoją drogą teraz już wiecie, dlaczego później chłopaki musieli śmigać 10 dni na rowerach z Rotterdamu aż do samego Rzymu... Co ja Dacze? Vol.4. Musieli jakoś zgubić te nadprogramowe 30 kilo, a przy okazji pomóc chorym na raka dzieciom. Altruistycznie i jakże praktycznie zarazem. Nieprawdaż?


Mieli dwa miesiące, żeby przytyć od 15 kg do 30 kg, w zależności od tego, kto ile tam miał wzrostu. Dacze to wysoki naród, więc niektórzy nawet aż tak bardzo nie musieli się wysilić, żeby przybrać na wadze. Gorzej z tymi, którzy mieli mniej niż 1,80, ci to musieli się nieźle namęczyć i postarać... I w tej drugiej kategorii był właśnie mój luby... Cóż Wam powiem patrząc na jego zdjęcia z tego okresu... Wyglądał gorzej, niż Cartman z South Parku. Niż Miss(ter) Piggy... Chłopaki, aby cel osiągnąć, jedli najgorsze świństwa na świecie, najbardziej tuczące i najbardziej kaloryczne. Co drugi dzień stołowali się w McDonaldzie. Na desery potrafili zjeść dwa pudełka lodów na łebka i do tego poprawić paczką M&M's. A kto był jeszcze na siłach, to deser kończył stroopwafelami. Jak jajeczniczka, to tylko taka na pół kostce masła. Jak kawusia, to tylko taka na dziesięć łyżeczek cukru. Jak do kina, to tylko z popcornem XXXL i największą colą, oczywiście nie light ani żadne tam zero. Pełno-słodką colą, na którą przypada około 70 kostek cukru na dwa litry. Wszystko musiało być na pełnym wypasie. Na kalorycznego maxa! I ja wiem, że to dla organizmu musi być teksańska masakra piłą mechaniczną i człowiek nie jest po takiej "diecie" okazem zdrowia, ale wytłumaczcie to studentom, którzy myślą, że to niezła zabawa i dobry pomysł. Bo kiedy mają obżerać się w swoim życiu, jak nie w czasach, gdy są młodzi i ta przemiana materii jeszcze jakoś im całkiem dobrze funkcjonuje? Przynajmniej ja staram się to tak jakoś racjonalnie i logicznie wytłumaczyć...

O dziwo, w dwa miesiące cała dziesiątka ważyła ponad 100 kilo. Zadowoleni, szczęśliwi i dumni z siebie Dacze udali się na długo oczekiwaną kolację, za którą słono ówcześnie zapłacili. Co by nie było, przed kolacją odbyło się publiczne i uroczyste ważenie wszystkich jej uczestników. Po wykluczeniu z kolacji ewentualnych oszustów, którzy hantlami, kamieniami czy tam innymi ziemniakami wypychali sobie kieszenie, żeby mieścić się w skali, wszyscy zasiedli do stołów. Zasady tejże kolacji były proste, jak kręgosłup baletnicy i jak marzenia przeciętnego dresiarza (3xB, czyli BMKa, blondynka i bicebs, czyli 100 kilo na klatę). Na każde 10 kilogramów delikwenta przypadało jedno danie. Czyli jak taki delikwent ważył 100 kilo, tych dań miał zjeść w sztuk ilości 10. Jak ważył 120 kilo, serwowali mu tych dań w sztuk ilości 12. Do każdego z dań podawane było wino. Na szczęście nie butelka, ale lampka. I był jeden haczyk. Dania były naprawdę obfite, naprawdę XXL, super size me, ale w końcu nie bez kozery panowie trenowali się w tym obżarstwie przez ostatnie dwa miesiące, a już naprawdę bardzo intensywnie przez ostatnie kilka dni przed ową kolacją. Pierwsze cztery, pięć dań to była łatwizna. Wszyscy nie jedli, ale wpieprzali. Żarli. Jak świnie. Nawet sobie nawzajem wyjadali z talerzy, by pokazać, jacy to z nich chojracy i dobrzy zawodnicy. Szóste i siódme danie szło już gorzej. Ósme to już ledwo, ledwo. A dziewiąte przypominało scenę z Sensu życia wg Monty Pythona. Dziesiątego chyba jeszcze nikt nie przeżył...


Ową historię potraktujcie z przymrużeniem oka, bo czyż każdy z nas nie miał szalonych pomysłów za studenckich czasów? Ja ze znajomymi, na przykład, wybrałam się o 5 rano nad morze. Z Katowic do Sopotu. Spędziliśmy w pociągu 12 godzin tylko po to, by wypić wódkę na plaży, a potem uciekać przed strażą miejską na molo, by na końcu posilić się w McDonaldzie i zaledwie po 3 godzinach opuścić Sopot i znów spędzić 12 godzin w pociągu na Śląsk... Pamiętam, że jakaś znajoma znajomego podrzuciła nam jeszcze w Częstochowie wódkę przez okno... Jak jechaliśmy do Sopotu. A zrobiliśmy to tylko dlatego, że po obejrzeniu w kinie Katynia (!!!), obejrzeliśmy również pewną bardzoooo inspirującą reklamę Coca-Coli... Akcja reklamy dzieje się w domu starców. Pielęgniarka podaje starszemu panu colę pytając, czy ten się jej napije. Nigdy nie piłem Coca-Coli... odpowiada jej zdumiony starzec. Tu nastąpił flash-back, czego dziadek w życiu jeszcze nie robił. I po powrocie do akademika bawiliśmy się przy piwie w zabawę, czego w życiu jeszcze nie zrobiliśmy. I jeden kumpel powiedział, że nigdy nie był nad polskim morze... Postanowiliśmy więc to naprawić. Jeszcze tej samej nocy. Reszta to historia, z której zostało nam video, jak tańczymy na plaży śpiewając: Always Look on the Bright Side of Life. Coś chyba w tym jest... w tej studenckiej sympatii do Monty Pythona ;)

Wracając jednak jeszcze tylko na chwilę, już na sam koniec do daczowskiej historii kolacji dla grubasów, bo teraz będzie najciekawszy motyw tej przypowieści. Jak się okazuje, jest również tego typu kolacja, w podobnym klimacie i na podobnych zasadach, organizowana dla uczestników ważących mniej niż 60 kilo. Znów na każde 10 kilo przypada jedno danie, jeden posiłek. Ponoć porcje są bardzo minimalistyczne, by nie powiedzieć, jak w centrum leczenia anoreksji, ale do każdego serwowanego dania podają wino... Kto więc chętny? Kto idzie tam ze mną? ;)

3 komentarze:

  1. Przykro mi to stwierdzic, ale ten blog zrobil sie strasznie nudny...... a slowo tudziez to juz w ogole jakas masakra.. :\
    kiedys czytalam z checia, teraz juz przestaje go czytac, bo jest NUDA.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wedle preferencji, jeszcze się nie znalazł taki, co wszystkich zadowolił ;) A moją intencją nie było być pierwszą w tym wyczynie, tylko poprawiać ludziom humor :) Pozwalać im na chwilę nabierać dystans.
      I jeśli piszesz NUDA wielką literą, miej przynajmniej jaja podpisać się imieniem i nazwiskiem. Bo to mi pachnie trollowaniem, a trolle z chęcią karmię, bo wbrew temu, co piszą, to moim najwierniejszy Czytelnicy.
      Pozdrawiam Cię ciepło!
      R

      Usuń
  2. No to niezle tu kolezanke zgasilas ;) Calkowicie sie nie zgadzam, blog trzyma poziom i jedne historie sa moze ciekawsze od drugich, ale na pewno nie nudne. Tak trzymaj, ja na pewno bede dalej wiernym czytelinkiem.
    A swoja droga mysle, ze trafisz tu tym postem na czuly punkt wielu kobiet, czyli ich wage. I jak ktos poczuje sie tu zraniony przez to, ze sam na przyklad wazy prawie 100 kilo, oczywiscie ze bedzie pluc zolcia i trollowac, by sie poczuc troche lzej. Na duszy ;)
    Nie przejmuj sie takimi komentarzami tylko pisz dalej. I wiecej!
    Pozdrawiam
    JANEK

    OdpowiedzUsuń