poniedziałek, 6 stycznia 2014

Świętej pamięci Żółtko...

Otóż tak, moi drodzy. W Holandii rowery mają swoją określoną żywotność. Zazwyczaj jest ona określona przez pana złodzieja, tudzież panów złodziei, tudzież całe złodziejskie klany i rodziny walące taborami, jak to było w przypadku mojego Janka Żółtko po, świętej pamięci, Janku. Jednak czasem, gdy rower jest mało atrakcyjny dla złodziejskiej klasy robotniczej, jego żywotność określa czas. I pogoda. Bo jak powszechnie tu wiadomo, rowerów w Holandii nie trzyma się w piwnicy, na strychu, klatce schodowej czy też w mieszkaniu. Rowery zostawia się zawsze na ulicy przypięte do tego, co tam akurat popadnie.

A jak taki rower wiecznie stoi na ulicy, to wiadomo. Pogoda bywa różna, choć przeważnie deszczowa. Przeważnie - w 90%. A jak wiadomo, gdzie deszcz - tam rdza, a rdza to niby taki rak z przerzutami dla dwóch i też czterech kół. I tak rower powoli dogorywa, by nie powiedzieć brzydko, zdycha. Tym bardziej, kiedy zostaje sam na dwa tygodnie przypięty do mostu bez możliwości ruchu. Wtedy istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że właściciel po powrocie zastanie zimnego trupa. Z możliwością drogiej reanimacji. Ale czy jest tego sens, skoro staruszek kupiony w nieokreślonym wieku i w stanie użytkowanym, ma już dobre półtora roku? No nie, nie ma sensu, już lepiej kupić nowy rower...

Więc wróciłam wczoraj w nocy z Pragi, nota bene miasta, które podbiło moje serce, i zasiadam dziś na swym Żółtku. Jedziemy. Niby skrzeczy i jęczy bardziej niż zwykle, ale co tam, w końcu dwa tygodnie bez ruchu, to rower musi "rozprostować kości". Cisnę więc go mocniej, pędzę szybciej i nagle bum! Nie mogę ruszyć pedałami! Czyli szlag trafił łańcuch! Niedobrze, myślę, bo przecież mam nożne hamulce, a nie ręczne, a pedałami ani rusz. Czyli ni hu-hu, nie mogę wyhamować rozpędzonego Żółtka. A tu pech, bo cisnę z górki, centrum miasta, skrzyżowanie, a ja pakuję się na czerwonym prosto pod koła rozpędzonej taksówki. Scena dosłownie, jak z Oszukać przeznaczenie zmiksowana ze Speed: niebezpieczna prędkość, z tym że Żółtko w żaden sposób nie przypomina miejskiego autobusu, mi tam daleko do Sandry Bullock, a i na ratunek nie przybędzie mi żaden Keanu Reeves. Trzeba więc było jakiś manewr zakombinować na szybko. Samej. Wjechałam więc z impetem na chodnik w małą grupę japońskich turystów i wyrżnęłam klasyczny orła cień, który mógłby zostać oceniony przez Wodeckiego w Tańcu z gwiazdami na mocne sześć. Na szczęście nie ucierpiałam ja, ani japoński wyż demograficzny, ale coś intuicja mi podpowiadała, że Żółtko wyzionęło ducha. I wielce prawdopodobne, że na amen. I, o ironio, pakując się w azjatyckich turystów...

No to chwilkę leżę, kontempluję swój epicki upadek. Wreszcie wstaję, otrzepuję się, oceniam straty i chwilę później biorę za rączkę rowerek i do serwisu heja śmigam z tym moim konającym Żółtkiem pod pachą. Tam pan-specjalista-od-tragicznych-przypadków fachowym okiem wycenił wszystkie naprawy na około 120 euro, a i szansa, że za kilka tygodni coś znów będzie trzeba naprawić, usłyszałam, że jest dość spora. A do pilnej naprawy wyszło tego kilka punktów. Szlag trafił serce roweru, czyli łańcuch, który rdza tak zżarła, że to ponoć cud, że i tak tego dnia te parę metrów przejeździł ten mój biedny rower. I że w ogóle w sumie cud, że nie rozpadł się na pół, jak to pan w serwisie mi powiedział, zdarzyło się jego kuzynce. 


A co tam, wyliczę te rany wojenne Żółtka:

1. Łańcuch. Cały do wymiany. Łącznie z tym plastikowym pudłem.
2. Nóżka, bo się ciągle kiwa. Do wymiany.
3. Przednia lampa. Bo wycelowana w dół. Cała do wymiany.
4. Gumowe trzymaki na kierownicę - bo się kiedyś odkleiły i gdzieś mi się posiały. Nowe trzeba zakupić w ilości dwóch sztuk.
5. Siodełko dość popękane, więc przydałoby się nowe. Alternatywnie.
6. I koła trzeba dopompować, bo coś wydawały się panu sflaczałe.
7. Niekoniecznie, aczkolwiek ze wskazaniem na wymianę w bliższej, niżeli dalszej przyszłości, nowe pedały.

Punkt pierwszy okazał się raną śmiertelną...

Ale dostałam komplement za to, że mam bardzo sprawne i dobrej jakości tylną lampę. I z nią nic nie trzeba robić. Jest pierwsza klasa. Ekstra, super, choć jedna dobra wiadomość - myślę. Pan fachowiec dalej mnie naciska.

- To co, naprawiamy?
- Nie, no chyba nie ma sensu. Wyjdzie drożej, niż nowy rower.
- Ale wie pani. Rower jest w całkiem dobrym stanie. Rama solidna i ta elegancka tylna lampa. A i kolor ładny. Taki żółty.
- Hmm... No racja, śmigam nim ponad półtora roku, a kupiłam już używany.
- No widzi pani. To co, naprawiamy?
- Yyyy... No nie. Nie bardzo. Jednak swoje życie cenię bardziej, niż sentymenty. Ale może chce pan go ode mnie odkupić na części?
- Zwariowała pani? Nie, dziękuję.

To żeśmy sobie pogadali. I tak swój Nowy Rok w Amsterdamie zaczynam od kupienia nowego roweru. Tak sentymentalnie, tak epicko, tak symbolicznie, jakby jedna epoka się właśnie skończyła, a druga zaczęła na swój sposób. Żegnaj więc żółtko, mój drugi rowerku. Dziś już cię nie zapnę do mostu licząc, że ktoś cię miłościwie przygarnie. No bo co mam zrobić ze zwłokami? Wrzucić, jak to praktykują Dacze, jego korpus do kanału? No nie wiem... Nie wiem, czy na tyle już się wydaczyłam, że tak mogę... W każdym razie proszę dziś o minutę ciszy w intencji świętej pamięci Żółtka.

R.I.P.
Żółtko 23.06.2012 - 06.01.2014
Tu spoczywa Żółtko
Porsche wśród dwóch kół.
Niech mu będzie wkrótce lekki 
Amsterdamskiego kanału muł.


PS Dla rozładowania tej jakże żałobnej atmosfery, oto przed Wami 10 najśmieszniejszych i jak najbardziej autentycznych tekstów z nagrobków:

1. Na nagrobku Ezekiala Aikle w East Dalhousie Cemetery, Nova Scotia:
 Tu leży
Ezekial Aikle
Wiek 102
Był dobry
umarł młodo

2. Na cmentarzu w Ribbesford, Wielka Brytania Nagrobek Anny Wallace:
Dzieci Izraela chciały chleb
A Pan zesłał im mannę,
Stary Wallace chciał żonę
I diabeł dał mu Annę. 

3. Aby upamiętnić wypadek Uniontown, Pennsylvania:
Tu leży ciało
Jonathana Krogulca,
który wcisnął gaz
zamiast hamulca.

4. Epitafium od żony (cmentarz w Vermont): 
Tu leży świętej pamięci
mój mąż John Barnes
który zmarł 3. stycznia 1803.
Jego młoda żona - 23 lata -
wciąż może być dobrą gospodynią
i bardzo potrzebuje pocieszenia.

5. W czasach kowboi (1880), Arizona, Cmentarz Boot Hill w Tombstone: 
Tu leży Lester Chciej
Cztery kule 44.
Nie więcej, nie mniej. 

6. Na nagrobku Ellen Shannon z Girard, Pennsylvania umieszczono napis: 
Spłonęła 21. marca 1870
w wyniku eksplozji lampy
wypełnionej
Niewybuchającym Olejem Danforth’a.

7. Harry Edsel Smith z Albany, stan Nowy Jork:
Ur 1903 - Zm 1942
Spojrzał do szybu windy w górę,
by sprawdzić czy jedzie na dół. Faktycznie jechała.

8. 


9.


10. Mój ulubiony. Sama sobie chyba zafunduję taki ;)


6 komentarzy:

  1. I dlatego właśnie ja swoje dwa kółka trzymam jednak w piwnicy i nic się z nim nie dzieje :) chociaż marzy mi się beach cruiser, taki ładny kolorowy, więc może niedługo będę się żegnała z moim obecnym rowerem :) bynajmniej jednak nie w takich tragicznych okolicznościach :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i dlatego warto mieć taką piwnicę, żeby kupić taki rower, jaki się chce, a nie taki, żeby Ci go później nie ukradli ;)

      Usuń
    2. Ja się musiałam i do piwnicy przekonać (choć, to takie niepraktyczne i zabiera więcej czasu wytargać z czeluści rumaka) po tym jak mi już 2 rowery spod mieszkania ukradli... w ciągu 1,5 roku :/

      Usuń
    3. Kurczę, u mnie jest ten problem, że piwnicę zamieszkuje... sąsiad ;)

      Usuń
  2. No i to jest typowe podejście pokolenia konsumpcjonizmu. Widać że luby Polakiem nie jest, bo u nas takie rzeczy by nie przeszły. Rower się bierze na warsztat (i to własny, a nie gdzieś tam płatny, bo każdy Polak zestaw narzędzi podstawowych ma i jak je używać wie), wymieniamy łańcuch (10 Euro), kleimy oprawę łańcucha taśmą na gada, co do wszystkiego się nada, rączki - a jakże - tą samą taśmą, a i siodełko z rozpędu też można. Na koniec lampeczkę z HEMY za 2 Euro na kierownicę (o ile oczywiście tej już zamontowanej nie udało by się do życia przywrócić), pompeczką w wentyle dmuchamy i proszę - żółtko jak na wielkanoc ;), nie gnieść, nie niszczyć - trzy lata będzie służył. A rower taki ma taką zaletę, że bez obawy go na mieście zostawić można bo kto miałby go kraść jak zamknięcie więcej warte ;)

    A co do tego sprzedawcy to on wie co robi - odkupywać roweru nie będzie bo i po co, jak za jakiś czas rower znajdzie się w Fietsdepocie i razem z innymi towarzyszami niewoli na aukcji hurtem będzie sprzedany na cząści albo i coś gorszego.

    PS. tu takiego roweru nikt nie ruszy, ale w Polsce, jako rower "retro" to by i 1 nocy bez zapięcia nie przetrwał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Było mówione parę razy, że luby to Dacz ;) No fakt, roweru to on nie potrafi naprawić, a i narzędzia ma w bardzo podstawowej wersji... Ale ma za to inne zalety ;)
      A co do reszty, to zgadzam się, cóż poradzić, że człek taki na obczyźnie wygodny i nieporadny ;) a zwłaszcza, gdy jest taką sierotą, jak ja ;)
      Pozdrawiam!

      Usuń