niedziela, 1 grudnia 2013

Wyniki konkursu, czyli historia Agi

Kochani! Dziękuję za wszystkie Wasze nadesłane teksty, gdybym mogła, nagrodziłabym Was wszystkich! No, ale że takie a nie inne zasady konkursu sobie wymyśliłam, to wiecie, no przykro mi, ale możecie spróbować szczęście następnym razem.

Jednogłośnie zwyciężyła Aga (nazwisko do wiadomości wtajemniczonych), z którą w sprawie uroczystego wręczenia nagrody skontaktuję się osobiście. Doprawdy, rozbawiła mnie jej historia, którą zresztą sami zobaczycie, tudzież poczytacie, jak się potoczyła, tudzież wydaczyła i też zrozumiecie, dlaczego autorka chciała pozostać anonimowa ;)
Aga, gratulacje, zresztą gratulacje należą się Wam wszystkim!

Mój stan "wydaczenia" jest znacznie dłuższy, niż Twój, ale dwie rzeczy mamy wspólne, bo też wyprowadziłam się do Holandii dla faceta i podobnie jak Ty krótko po naszej przeprowadzce wybraliśmy się na wesele jego znajomych. I moja historia będzie właśnie o tym i nazwałabym ją "Wyprowadzka, wesele i gdzie jest wódka?".


To było moje pierwsze holenderskie wesele, na którym doznałam kulturowego szoku. Nie było jedzenia, oprócz tych ich krokietów z musztardą i frytek z majonezem, a do picia podawali tylko wytrawne białe albo czerwone wino i oczywiście piwsko. Wtedy właśnie miałam wątpliwą przyjemność doświadczenia po raz pierwszy słynnego skąpstwa Daczów.

To był dla mnie jakiś szok normalnie, żeby tak sępić na własnym weselu! Że nie wspomnę, że wesele trwało jeden dzień i skończyło się równo o pierwszej, bo jak mi się wydaje, tylko do tej godziny DJ był opłacony. Ale nie wiem w sumie po co ten DJ tam był, skoro i tak prawie nikt nie tańczył. Było sztywno, nudno, wszyscy gadali po holendersku, a ja nie rozumiałam jeszcze wtedy ani słowa i ciężko mi było to wszystko wytrzymać bez wyższych procentów.

To ja co?

To ja poszłam do baru i spytałam, czy mają jakąś wódkę. Oczywiście powiedzieli, że do wyboru jest tylko to piwo i wino. No to zaczęłam żartobliwie tłumaczyć barmanowi, że ja to jestem z Polski no i bez wódki to ja na weselach nie umiem się bawić. No to ten powiedział, że sprawdzi na zapleczu. Wraca po chwili z flaszką i to Wyborowej! Hurra! Jestem uratowana! Ja już szczęśliwa na maksa, barman mi polewa, gdy uzmysławiam sobie, że to przecież ta sama wódka, co dałam młodym na prezent! No cóż, wypiłam trochę tego wina wcześniej i pamięć mi już widocznie zaczęła szwankować... To pomyślałam sobie, no że trudno, skoro flaszka już otworzona nic się nie stanie, jak ja będę sobie piła tą Wyborową dalej...

No i tak do końca wesela po trochu sobie ją cichaczem piłam.

Całej flaszki oczywiście nie skończyłam i oczywiście nikomu się nie przyznałam do skonsumowania prezentu... Też nikt się później mnie nie pytał, co się z tą wódką stało, a i tych znajomych swojego faceta, zresztą już byłego, nigdy więcej nie widziałam. 

I taka to moja krótka historia pod tytułem: Wyprowadzka, wesele i gdzie jest wódka? napisana ku przestrodze, żebyście za wiele nie spodziewali się na holenderskich weselach.

Pozdrawiam!

1 komentarz:

  1. Rewelacja! Ehh te holenderskie wesela... z jednej strony fajnie, że na luzie, ale co to za zabawa... Na moim pierwszym daczowskim weselu byłam jedyną osobą, która tańczyła (ok, inni też zaczęli, ale dopiero jak się zciemniło, czyli jakieś 2 godziny przed końcem imprezy). Brr

    OdpowiedzUsuń