wtorek, 10 grudnia 2013

Hollish shit! Czyli jak wkurzyć Daczy?

Wiecie, jak wkurzyć Dacza? Ja wiem. Oj wiem i to aż za dobrze. Zdarzyło mi się kilka razy na tyle wkurzyć Daczy, że ten ich stoicki spokój zniknął z ich twarzy i przepadł gdzieś w próżni, jak Hanka w kartonach. Nie wspomnę już o tym, że czasem podczas kłótni z lubym też potrafię całkiem skutecznie wyprowadzić go z tej daczowskiej równowagi  i podlać jego temperament paroma kroplami silniejszych emocji... Ale spokojnie, nie zdarza się to za często, bo luby unika kłótni, jak diabeł święconej wody. Taki to jego typowy daczowski temperament doskonale uzupełniający się z moim polskim ;)

Choć z tym opanowaniem Daczy, to ja Wam powiem, że to też jest chyba nie do końca prawda. Mam wrażenie, że to trochę taki mit, a zwłaszcza zważywszy na fakt, jak to niby Dacze są bezpośredni i szczerzy, by nie powiedzieć, że aż w tym swoim waleniem prosto z mostu i nie owijaniem w bawełnę są często chamscy i gruboskórni. Niby oni uważają to za swoją wielką zaletę i są z tego dumni, ale jak dla mnie to może być jednym z objawów kontrolowanej i zawoalowanej agresji, którą nazwali sobie ładnie bezpośredniością. Ale to tylko taka moja teoria, bo wiecie, co złego, to nie Dacze... Jednak czy aby na pewno? Czyżby? Wykoncypujcie sobie sami z poniższych przykładów z życia.


Przykład z życia No.1

Przyłapać Dacza na zdradzie. Ha! Wierzcie lub nie, ale Dacze też bywają niecnymi figlarzami! Raz wybrałam się z koleżanki w tygodniu wczesnym wieczorkiem na winko do jednego z moich ulubionych barów. A że wówczas zbierałam materiały do cyklu Cho-Daczki to wzięłam swój aparat. Zamówiłyśmy winko, poplotkowałyśmy, a tuż przed wyjściem zaczęłam robić fotki. Gdy skończyłam, wróciłam do stolika, po czym ktoś puka mnie w plecy. Odwracam się, a tu facet wyskoki na 1,5 metra i szeroki na 2,5.

-Kto pozwolił pani robić tu zdjęcia?!
- Yyy, to na bloga.
- Proszę mi pokazać te zdjęcia!
- Dlaczego? - Pytam go nieco przestraszona, bo facet zaczął na mnie wrzeszczeć.
- Nie życzę sobie być na żadnym zdjęciu! Proszę je skasować! Teraz! Tu! Przy mnie! Już!

No to skasowałam te zdjęcia przy nim, bo bałam się, że ten koleś w swojej wściekłości może mnie zjeść!  Patrzę za nim, jak wraca do stolika, a tam siedzi wdzięcząca się do niego aż zbytnio nadgorliwie, młoda i piękna dziunia. Taka co najmniej nie w jego kategorii i nie chodzi mi tu tylko o kategorię wagową... Ale widocznie panna w sam raz na jego kieszeń. Cóż, facet widocznie to prawdziwy gentleman z klasą i jakże miło z jego strony, że zdradzając swoją żonę z ekskluzywną prostytutką, wpierw wziął tamtą na kawę. Bo w trakcie tej swojej paniki i żądań usunięcia zdjęć, machał mi spocony tymi swoimi łapskami przed twarzą i wtedy to błysnęła mi przez chwilę jego obrączka. Muszę dodawać, że seksowna dziunia nie miała żadnej obrączki?

Przykład z życia No.2

Zajechać taksiarzowi drogę swoim rowerem (i to kiedy ty masz pierwszeństwo). Oj tak. Mi taksiarz w takiej sytuacji aż się zatrzymał, wyszedł z auta, wyzwał mnie, po czym na koniec pozdrowił mnie swoim środkowym palcem. Pozdrowienie odwzajemniłam, co go na tyle rozwścieczyło, że zaczął bluzgać mnie jeszcze bardziej. Wymieniwszy więc wzajemnie uprzejmości (ja w języku polskim, on w holenderskim) każde z nas rozjechało się w swoją stronę.


Przykład z życia No.3

Powiedzieć Daczowi, że mieszka się w Holandii już półtora roku, a jeszcze nie potrafi się perfekcyjnie mówić w języku holenderskim. I uwierzcie mi, że to naprawdę bezsensu tłumaczyć, że jest się w trakcie nauki. Rok na opanowanie języka nawet największemu idiocie powinien w opinie przeciętnego Dacza spokojnie wystarczyć. I uwierzcie mi, nie ma sensu tłumaczyć, że wy w takim razie zaliczacie się do zaszczytnego grona tych największych idiotów. Lepiej się więc nie tłumaczyć, tylko podjudzić takiego Dacza i powiedzieć mu, że nauka tego języka nie ma sensu, bo nikt w tym języku nie rozmawia poza małą Holandią i jeszcze mniejszą Belgią (i to nie całą!) i wolicie zamiast tego, na przykład, podszlifować swój francuski albo doprowadzić do perfekcji swój angielski. Jak dodacie, że holenderski to niemal jak łacina, czyli prawie martwy język, to Dacz się na tyle wkurzy, że da Wam już na zawsze spokój z pytaniem Hoe is met jouw Nederlands? (Jak tam z twoim holenderskim?). A i w ogóle da Wam święty spokój na zawsze w tym sensie, że obrazi się na Was na amen.

Przykład z życia No.4

Dacze łatwo się wkurzają przy rozmowach na kontrowersyjne tematy, stąd też tak owych unikają. Jednak ostatnio wszyscy mówią o Zwarte Piet i posądzeniu Sinterklaasa o rasizm. Kiedy więc cała Holandia pyta Zwarte Piet of niet? ja raz na piwku ze znajomymi lubego zapytałam ich, co o całej sprawie myślą i zaczęła się niemal taka jatka, jak na weselu Robba Starka w Grze o tron... W Holandii przyznać publicznie, że zgadza się z rasistowską teorią Zwarte Pieta to chyba nawet gorzej, niż powiedzieć, że jest się przeciwko monarchii. Zwarte Piet znany jest z tego, że jest nieco przygłupim i fajtłapowatym pomocnikiem holenderskiego Świętego Mikołaja, a także z faktu, że jest czarny. Teorie jego koloru są dwie: poprawna politycznie wersja mówi, że jest czarny od sadzy w kominku, druga zaś, że Zwarte Piet przyjechał pomagać Sinterklaasowi z Afryki no i z racji tego ma czarny kolor skóry, czyli mówiąc poprawnie, jest Afro-Holendrem, ale... Ale w sprawie Zwarte Pieta opinia jest trochę podzielona, no bo czy on jest pomocnikiem Mikołaja czy też jego sługą? A jeśli sługą i do tego czarnym, to sorry-batory, ale to już pachnie niewolnictwem. I nie zapominajmy też o złotych kolczykach Pieta, które na myśl przywodzą wszystkie teledyski ciemnoskórych raperów. Czyli wypisz wymaluj, Zwarte Piet to niewolnik, tyle że w wersji Dacz-extreme-makeover. Cóż, patrząc na poniższe stare zdjęcie można mieć pewne skojarzenia, ale o to była tak zacięta dyskusja między Daczami w barze, że nawet jeśli Zwarte Piet będzie miał być pomalowany na wszystkie inne różne kolory, to i tak Dacze solidarnie będą malować buźkę na czarno. Na to wyłamała się jedna daczowska dziewucha (kamikadze!), że ona nie widzi w tym problemy, by Zwarte Piet był biały, czerwony czy żółty. Na to każdy na nią, że to już nie byłaby tradycja, która ze swojej definicji winna zostać niezmienna. Ja siedzę cicho, piwko piję, wiecie, Daczom już więcej nie chcę się narażać i podpaść, ale troszkę po cichu się śmieję tam, że nawet doszło do tak absurdalnego precedensu, iż całą sprawą zajmie się specjalna komisja ONZ pod nadzorem Wysokiego Komisarza ds. Praw Człowieka. Dziewczyna broni się mówiąc, że może rzeczywiście nazwa jest niefortunna, bo Czarny Piet i do tego głupkowaty, no i co jeszcze, co gorsze, nie pomocnik w sumie, ale sługa... Sinterklaas jest w takim razie rasistą, chyba proste, nie? I korzysta dziad z taniej, by nie powiedzieć niewolniczej, siły roboczej. Dalej w owym barze trwa dyskusja, czy jest sens wybielić Czarnego Piotrusia? A że już każdy troszkę wypił, to toczyła się debata, czy wystarczy tylko zmienić jego imię czy całkiem zerwać z tradycją Zwarte Pieta i wysłać go z biletem powrotnym do Afryki? I Dacze w tej chwili zaczęli się autentycznie kłócić... Ech, tego się nawet opisać nie da. Doświadczenie to rzadkie, stąd jakże bezcenne!



Przykład z życia No.5

Można jeszcze wkurzyć Daczy perfidnie psując im niespodziankę weselną. Ale tak wiecie, psując ją z taką wredną polską premedytacją, jak to tylko wredny i perfidny Polaczek potrafi. To trochę długa historia, która już była, więc na koniec zainteresowanych odsyłam tutaj: Holenderska tolerancja i sabotaż weselnej niespodzianki, czyli mam na to tak bardzo wyjeb*ne!  

5 komentarzy:

  1. Z tą nauką języka to świetna sprawa... Jak się nie nauczysz, to będą się burzyć. Jak się nauczysz (choć dalej będziesz niemiłosiernie kaleczyć) będą cię wysławiać pod niebiosa i chwalić (co bardzie przypomina nędzne podlizywanie się). Jest się idiotą, jeśli rok to za mało? To w takim razie czemu w każdej rozmowie podkreślają jaki to holenderski język jest niesamowicie trudny? ;) Osobiście lubię wtedy ukłuć ich wielkie ego stwierdzeniem, że nieee... holenderski? trudny? Dziwny i idiotycznie brzmiący, ale gramatycznie to całkiem łatwy ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja kiedyś usłyszałam od jednego Dacza, że jego ojciec nauczył się włoskiego w 3 miesiące czytając tylko słownik, więc doradził mi, że ja też mogłabym się tak nauczyć holenderskiego, bo skoro jego stary ojciec może, to ja tym bardziej ;)

      Usuń
  2. Tak, przykład No. 4 zaiste prawdziwy jest . Dyskusja pomiędzy zwolennikami a przeciwnikami prawie odpowiada te pomiędzy wielbicielami PiS i PO, noże w kieszeniach już otwarte. Inne przykłady raczej dla mnie abstrakcyjne - może dlatego, że nie mieszkam w wielkim Amsterdamie inie mam tak barwnego życia towarzyskiego. Ale co do języka, to mam trochę inne spostrzeżenia.Raczej podobne do Justyny (patrz wyżej). Wszyscy Holendrzy podkreślają, jaki ten ich język trudny. Więc ja raczej wkurzam ich swoją jego znajomością. Gdy tu przyjechałam ponad 2 lata temu wszyscy pytali mnie, czy zamierzam się uczyć i czy już kurs znalazłam. to, że kursów to ja nie lubię i dam sobie radę sama, pogadamy za pół roku. Na każdej twarzy pojawiał się wtedy wyraz konsternacji/niedowierzania/złości (że niby tą trudność języka tak deprecjonuję), mówiący "no, no, zobaczymy, jeszcze się taki nie urodził, co się holenderskiego w pół roku nauczył". No przyznaję, że trochę mnie wymowa przerosła i na kurs jednak poszłam, a i pół roku nieco się przeciągnęło. Ale po jakiś 9 miesiącach byłam w stanie tych samych ludzi w podobną konsternację znów wprawić! I o to chodzi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. He, he, pewnie po tych 9 miesiącach wyraz twarzy tych Daczy był bezcenny ;) No dokładnie, o to chodzi to raz, a dwa, że Polak, a przynajmniej Polka, potrafi! :)

      Usuń
  3. Kocham Cie, skorzystam ewentualnie z rady pt. holenderski to prawie jak lacina martwy jezyk, prawie nikt nim nie mowi, po co sie go uczyc.
    Moj jezyk jest kiepski i juz sie nie poprawia, ale sprawnie funkcjonuje w tym kraju (od robienia zakupow po terapie na kozetce psychologa) , wiec nawet nie mam motywacji zeby sie poprawic. Rok temu mialam powazna awanture z tesciem , ktory jak przystalo na rasowego Holendra (niewyksztalconego) koniecznie musial mi uswiadomic (bez mojej zgody), ze od urodzenia dziecka coraz gorzej mowie po holendersku, i on (gluchy jak pien) coraz gorzej mnie rozumie (albo raczej slyszy). Na co ja przyjacielsko odpowiedzialam, ze to ze zmeczenia, nie tylko moj holenderski ale i polski wola o pomste do nieba. Tesc oczywiscie na pomysl pt. pomoc przy dziecku nie wpadl, ale za to dalej jak mantre powtarzal jak to mi sie jezyk pogorszyl. Oj jak sie wkurzylam. Jaka mu awanture zrobilam. Od tego czasu uwaza na kazde slowo jakie do mnie kieruje. A jak potrzebowal pomocy w kontakcie z angielskim to nie mial oporow zeby sie do mnie zwroci.

    OdpowiedzUsuń