niedziela, 29 grudnia 2013

Co ja dacze? Vol. 1

Ha! Zarówno wykwintna kolacja w Brukseli, jak i całe święta tak w ogóle, obeszły się bez większych atrakcji, niespodzianek, tudzież wpadek, tudzież głupiutkich faux pas z mej strony, z których żarci się przez lata i tworzy suchary bardziej chrupiące niż te, które serwuje Karol przy niedzielnym stole pod sztandarem Familiady (pacz: Berry Christmas, czyli moja największa świąteczno-daczowska wpadka...). Za to czas ten obfitował w historie, które znajomi Dacze, tudzież rodzinka mego lubego, z każdą kolejną lampką wina opowiadali coraz chętniej. I coraz głośniej.

Zauważam, że święta w Holandii to nie tylko jedzenie. To również, a może i przede wszystkim, picie. Wino na pierwszy dzień świąt, który jest tu ważniejszy niż Wigilia, nie kupuje się na butelki, ale na kartony. I na jeden taki karton wypada sześć sztuk butelek. A kartonów jest kilka. I kolacja jest baaaaaaaaardzo długa, bo składające się z czterech przystawek, trzech dań głównych i dwóch deserów. Czyli jak zaczyna się o szóstej wieczór, tak kończy się o trzeciej w nocy, czy też rano - jak kto woli. Czy wspomniałam już, że tak w ogóle owa kolacja zaczyna się szampanem? W każdym razie podczas tejże strawy idzie naprawdę sporo wina. Ubywa go w duuuuuuuuużej ilości. I w zastraszającym tempie. Ale im więcej tego wina ubywa, tym robi się weselej... Jakby zwrot Wesołych Świąt nabierał na jakości, na znaczeniu. I zobowiązywał.

Kolacja w Belgii zresztą wyglądała podobnie. Picie, jedzenie i posiedzenie. A potem tańce w klubie Spirito Brussels, który mieści się w dawnym... kościele. Tia... Zdecydowanie ostatnimi czasy przeżywam duchowe odrodzenie, może też trochę za sprawą grypy żołądkowej, która tuż po świętach zebrała swoje żniwa również w postaci mojej osoby. Ale nie ma co narzekać. Myślę, że jestem jedną z nielicznych "szczęściar", które po świętach znacznie schudły, bo całe 2,5 kilo. A razem z lubym uzbiera nam się wspólnie tego całe 6 kilo. Można? Można.

Ale dziś nie o mnie. Dziś głos zabierają Dacze i ich historie, które namiętnie i z pełną uwagą słuchałam przez ostatnich kilka dni. Opowieści przy stole zarówno tym wigilijnym, jak i tym belgijskim, obierały różne tory, przybierały różne formy i schodziły na wszelakie szlaki pod tytułem na przykład: "Dlaczego język migowy nie jest językiem uniwersalnym? I czemu dla każdego kraju migowy jest inny?" -  Tako rzekł i tako pytał przy świątecznym stole wujaszek lubego po kilku lampkach wina. No właśnie, dobre pytanie. D(l)aczego? Czemuż to? I w tym momencie każdy przy stole zaczął się chwalić swoją znajomością migowego. Wyglądało to dość komicznie... Ale, jak się zapewne domyślacie, z języka migowego do rozmów o Alfabecie Braille'a przeszliśmy chwilkę później całkiem "płynnie". No jednak Dacze to potrafią rozmawiać nie tylko o pracy i związanych z nią mozolnych, codziennych wysiłkach. Ale, żeby tak się stało, musiało upłynąć trochę wina.


I choć nikt nie znał odpowiedzi na pytanie wujaszka, to również nikt z tego powodu nie rozrywał szat. Po prostu szybko zmieniono temat bodajże na Hobbita (na marginesie, polecam!). A dziś, żeby już Was dłużej nie trzymać w niepewności i w napięciu, zaserwuję Wam porcję daczowskich historii zasłyszanych w Brukseli przy uroczystej i jakże eleganckiej kolacji. Historie te jednak co najmniej odbiegały od podniosłej atmosfery tejże strawy i nie były adekwatne do trzech noży, trzech widelców, jednego widelczyka i łyżeczki ułożonych obok wielkiego talerza. Ale wiecie, znów zadziałało to wino i ta łacińska mądrość In vino veritas, której słuszność została mi wpojona jeszcze w liceum (w starym systemie, nie żadne tam gimnazjum!). A gdy ogarnę się zaś po Nowym Roku i wrócę z wojaży, zaserwuje Wam nowe części tegoż nowego cyklu. I nowe historie. Baaaaardzo wydaczone ;) No to jedziem z tym koksem!

Któraś tam butelka wina....

- Prowadzisz bloga Renata?
- Aha. - Pokiwałam głową, gdy współpracownik lubego dolał mi wina do kieliszka.
- O czym ostatnio na przykład pisałaś?
- Hmm, no na przykład o holenderskich domach studenckich.
- O, to mogę ci kilka śmiesznych historii opowiedzieć z własnego życia.
- Jasne! Dawaj!
- Raz mieliśmy remont w naszym studenckim domu. I zatrudniliśmy takiego pana z wąsem, co malował nam ściany.
- Oooo. Z Polski?
- No chyba.
- I co dalej?
- No ukradł nam Playboy'e. Ale wiesz, takie naprawdę zabytkowe egzemplarze. Z lat '80, a nawet jeszcze starsze. Jak skończył robotę, zakosił skubany wszystkie. Nawet te najbardziej wyświechtane.

Kurtyna.

- O czym rozmawiacie? O Playboy'u? - Zapytała podejrzliwie żona jegomościa od skradzionych pisemek.
- A opowiadam Renacie na jej bloga historię z naszego studenckiego domu.
- A! Ooo. Też coś mogę opowiedzieć! - Żona jegomościa aż podskoczyła.
- Jasne, im więcej historii, tym lepiej! - Aż udzieliło mi się jej podniecenie.
- Ja mieszkałam w mieszanym domu studenckim. W tym sensie, że mieszkali tam faceci i facetki.
- Aha. Integracja. No super. - Pokiwałam ze zrozumieniem głową.
- I raz na noc została u nas siostra koleżanki. Siostra miała zespół Downa. Wytłumaczyłyśmy jej, która łazienka i która toaleta jest dla pań. I gdy wróciła z toalety pytamy, czy wszystko okej?, bo jakoś tak dziwnie podekscytowana była, jak wróciła z tego WC. Ona mówi, że tak i że ładnie, że tyle w kobiecej toalecie jest kobiecych zdjęć.
- A ona pomyliła kibelki! Bo koledzy z domu studenckiego okleili swoje WC gołymi laskami z Playboy'a!!! - spuentował za żonę jegomość mąż.
- Stefan! Choć raz dałbyś mi skończyć!

Kurtyna.

- Co cię najbardziej zadziwiło na początku w Holandii? - Zapytał mnie jegomość, którego dopiero co poznałam podczas tej kolacji.
- Duuuużo by wymieniać.
- No to daj jakiś przykład.
- Okej. Raz luby wziął mnie na obiad do jednej takiej restauracji w Rotterdamie. Idę do toalety i co ja tam widzę? Jezusa... A dokładniej jego wielki posąg.
- O Boże!
- Dokładnie. O Boże, a raczej, o Jezu...
- Nie, w sensie o Boże, bo ja tam kiedyś pracowałem za studenckich czasów jako kelner, więc wiem dokładnie, o której restauracji mówisz. Właściciel tej restauracji ma jeszcze kilka innych knajp i kilkanaście coffeeshopów. Poza tym ma jeszcze inną działalność, kumasz z jakiego cyklu... - Puścił mi oczko.
- Chyba się domyślam.
- Że w sensie to był koleś, jak z Rodziny Soprano. W każdym razie wszyscy się go bali, jak cholera, choć płacił całkiem nieźle. Zawsze w niedziele gościł w tej swojej restauracji dostawcę mięsa i dostawcę warzyw.
- Aha. No to z klasą. I na bogato.
- A żebyś wiedziała, że na bogato. Oni dwaj zawsze zostawiali nam bardzo wysokie napiwki. I zawsze płacili gotówką. A jak płacili, to rozwijali taki plik banknotów! - Tu pokazał mi pianę na dwa palce.
- Nieźle.
- Ale pewnej niedzieli ten od mięsa już nie przyszedł. Zamordował go.
- Kto? Ten twój szef go zamordował? Ze nieświeże mięso? - Gdybałam na głos.
- Nie, gdzie tam! Zamordował go teść. Jego własny teść. 
- Aha. A ten szef to Dacz?
- Dacz.
- To o co chodzi z tym Jezusem w toalecie?
- On kupił stary kościół we Włoszech i rozebrał go niemal doszczętnie.
- I ten Jezus w kiblu, to z tego kościoła pochodził? - Spytałam z lekkim niedowierzaniem, choć już znałam odpowiedź. Twierdzącą.
- No dokładnie. I mozaika na podłodze w tym kiblu to też pochodzi z tego kościoła. Bodajże ze sklepienia. Ale nie pytaj mnie, gdzie ten wariat postawił sobie konfesjonał....

Kurtyna i koniec wina...


CDN...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz