czwartek, 19 grudnia 2013

Berry Christmas, czyli moja największa świąteczno-daczowska wpadka...

W weekend przed świętami, jak już co roku zresztą, jedziemy z lubym do Brukseli. Okazją do tego wypadu jest nie tylko zakupienie na prezenty belgijskich czekoladek, ale, a może i przede wszystkim, świąteczna kolacja organizowana przez jednego z belgijskich partnerów biznesowych lubego. Kolacja, tak zwana top of the top, czyli snobistyczna restauracja co najmniej z jedną gwiazdką Michelina, przesadnie drogie wino nieadekwatne do smaku (albo nieadekwatne do mojego mało wyrafinowanego i wprawionego podniebienia) oraz ciągle nadskakujący kelnerzy. I pisząc cięgle mam na myśli co dwie minuty. Ale, co by nie mówić, tenże partner stawia to nie ma co narzekać, tylko pławić się podczas tejże kolacji w tym jakże wykwintnym luksusie, czytajcie snobizmie, w myśl zasady darowanemu obiadowi nie zagląda się w talerz.

Wyobraźcie sobie teraz te wszystkie garnitury, wspaniałe kiecki z metkami typu Prada, Chanel i inne Coco. W powietrzu unosi się chmura perfum większa, niż na wyprzedaży w Sephorze, tudzież innym Rossmannie. Złote bransoletki i niebotycznie drogie zegarki zaciskają nadgarstki. Zresztą, zaciśnięte też są męskie szyje krawatami i kobiece mięśnie brzucha, które próbują ukryć wzdęcie, tudzież zadęcie. Ściśnięte są także poniektóre pośladki. Macie już wyobrażenie atmosfery tego wieczoru, tej kolacji, jak i uczestniczącego w niej towarzystwa, pora więc przejść do sedna i puenty tej historii. No to trzymajcie się krzeseł.

Nie bez kozery mój luby nazywa mnie ciągle głuptaskiem, Silly, silly Renia - no tak najczęściej się do mnie zwraca. Bo sęk w tym, że ja prawie zawsze i wszędzie popełniam jakieś faux pas, za co mój luby, paradoksalnie, kocha mnie jeszcze bardziej. Była to moja pierwsza taka kolacja w tej Brukseli i w ogóle mój pierwszy raz w tym mieście i w ogóle w tej Belgii. Było to dokładnie dwa lata temu, jeszcze wtedy nie mieszkałam w Holandii, więc przyleciałam na nią z Warszawy. Wpierw lot samolotem do Amsterdamu, potem pociąg do Brukseli, opóźniony zresztą i szybka zmiana kreacji w hotelu. Nie miałam czasu nawet uczesać włosów, bo kolacja już się zaczęła. Więc wsiadamy w taksówkę i szybko jedziemy.

Odcinek taksówka - restauracja pokonywaliśmy w strasznej ulewie. Bez parasola. Więc pierwsze co po ściągnięciu płaszcza w tejże restauracji, udałam się do toalety. Poprawić makijaż, fryzurę i doprowadzić się do porządku. Makijaż poszedł szybko, przyszła więc pora na włosy. O tyle, co miałam swój cały przybornik do make-upu, o tyle zapomniałam lakieru. Do włosów, rzecz jasna. Również w miarę szybko, jakoś te włosy ładnie upięłam w koński ogon i zadowolona z siebie rozejrzałam się dookoła w swojej naiwności myśląc, że w tak drogich restauracjach pewnie mają w damskich toaletach różne takie tam rzeczy, które kobieta potrzebuje do poprawienia urody. Zadowolona wypatrzyłam, jak mi się wydawało, lakier do włosów. I pryskam nim swój koński ogon, naprawdę nie żałując w myśl zasady, że będzie ładnie błyszczeć. Koński ogon, rzecz jasna, miał błyszczeć. Sekundę później czuję, że coś jest nie tak, że coś dziwnego unosi się w powietrzu... Do moich nozdrzy dotarł zapach zgniłych jagód, czyli typowy odór odświeżaczy powietrza, jaki to zapewne każdy z Was trzyma w... kiblu.

I teraz wyobraźcie sobie moją minę i moją reakcję w slow motion. Dokładnie wyglądało to tak, jak myślicie:


Czułam się, jakby ktoś (czyli ja, Renia rączkowska) tym odświeżaczem powietrza zrobił mi tak:


Za chwilę mam po raz pierwszy usiąść przy stole z holendersko-belgijską śmietanką light biznesu, a ja co? Walę odświeżaczem z kibla! I to jeszcze o zapachu zgniłych jagód... Psikam się swoimi perfumami, ale to nic nie pomaga, ta substancja już wżarła się nie tylko w moje włosy, ale mam wrażenie, że też w mój mózg. Co zrobić? Myślę i patrzę na zegarek, że już siedzę w tej łazience za długo. No nic. Idę twardo do stolika. Witam się z każdym i siadam obok lubego, który szepcze do mnie... ładnie pachniesz. A ja co wtedy robię? Ano ja, troszkę chyba z tych nerwów, troszkę ze zmęczenia podróżą i troszkę bez namysłu wybuchłam przy tym stole i przy tych wszystkich gościach dłuuuuugim, gromkim i niemal demonicznym śmiechem, niczym złe czarownice w kreskówkach, wprawiając w konsternację całe towarzystwo. Nie było więc wyjścia i jak już się trochę uspokoiłam, musiałam opowiedzieć wszystkim tam zgromadzonym swoją historię z łazienki z odświeżaczem powietrza w roli głównej, która ma moje szczęście tak rozbawiła to całe towarzystwo, że rok temu nie miałam problemu, że ktoś tam gadał tylko po holendersku. Rozluźniłam więc tam wszystko. Nawet te spięte pośladki. Zostałam wtedy gwiazdą wieczoru i jedynie obsługujący mnie kelner ciągle patrzył na mnie z ironicznym uśmiechem i jak pierwszy raz podszedł z moim zamówieniem, to też prawie parsknął mi śmiechem do zupy. Wyniuchał skubany, jaką to gafę strzeliłam. A może to nie ja pierwsza tam wzięłam za lakier do włosów odświeżacz powietrza?

W każdym razie była to kolacja w klimacie baaaardzo Berry Christmas, dosłownie w tego zwrocie znaczeniu, która myślę, że w mojej pamięci zapadanie na długo. Rok temu obyło się bez żadnych wpadek, wypadków i ekscesów, więc ciekawe, czy teraz w ten weekend dobra passa będzie trwała nadal? W każdym razie, jeśli nie teraz, to na pewno coś musi zdarzyć się wkrótce, jeśli chcę utrzymać tytuł mistrza wpadek tudzież absurdalnych daczowskich faux pas. Co by jednak nie było, mały lakier do włosów został zakupiony dziś w Etosie. Tak na wszelki wypadek ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz