wtorek, 26 listopada 2013

O Królewnie Googlewnie

Z racji zawodowej na swoim prywatnym Fejsie lubię i obserwuję dużo stron modowych. Wiecie, w większości różnych holenderskich blogów, sklepów, projektantów, stylistów i innych samozwańczych znawców trendów. I tak ostatnio patrzę na post jednego z daczowskich vintage-sklepów, gdzie powrzucali zdjęcia z nowej kampanii a pro otwarcia ich wirtualnego sklepu i widzę ją, znajomą twarz. Dziewczynę ode mnie z siłowni.

I tak, jak myślałam. Dziewczyna jest modelką. Wchodzę więc na fejsbukową ścianę płaczu tegoż holenderskiego butiki zaopatrzonego w asortyment z drugiej ręki i moim oczom ukazuje się jeszcze więcej zdjęć owej niewiasty. Z torebeczką lub w płaszczyku, w sandałkach albo w ogóle w samej sukieneczce bez bucików. Poza taka i owaka, "z dzióbkiem" i "na karpia". Słowem dziewczyna widać, że na tych zdjęciach dała z siebie wszystko. Dziewczyna wygląda świetnie, no pierwsza klasa. Na zdjęciach nawet lepiej, niż na żywo. No lepiej, niż w realu!

Zresztą na siłowni, zawsze zadbana, z włosami jak prosto od fryzjera i w pełnym makijażu, przyciągała zarówno wzrok kobiet jak i przede wszystkim mężczyzn (nazwy siłowni nie podam ze względu na panującą na tymże blogu politykę product placement, więc bardzo przykro mi moi wydaczeni koledzy). Zresztą zawsze chodziła z dumnie podniesioną głową, wyprostowana jak struna, nie spoglądając na nikogo i ciągle bez cienia uśmiechu. Słowem była wyniosła i dystyngowana, jak kibel w Watykanie, ale to jej trzeba przyznać, że buźkę i figurkę to skubana miała super. Panowie prężyli się koło niej, pakując ile wlezie, oferując jej to wodę, to ręcznik, to batonik energetyczny, to banana, a nawet ci co bardziej śmiali, oferowali jej wspólny stretching. A ona nic. Nic na ich starania. Odmawiała wszystkim i wszystkiego twardo pedałując tak sobie na tym rowerku ze słuchawkami w uszach i patrząc beznamiętnie przed siebie.

Co prawda, w holenderskim Vogue (który prenumeruję od pierwszego numeru) jeszcze jej nie widziałam, ale z zacięcia na jej twarzy i z jej pewności siebie wnioskuję, że to tylko kwestia czasu. Może nie będzie to od razu okładka, ale jakaś sesja na łące przy dojeniu holenderskiej krowy będzie na pewno. Jeśli już macie więc wyrobiony w głowie obraz Królewny Googlewny i napaliliście się na puentę o niej, jak szczerbaty na suchary, nie pozostaje mi nic innego, jak zaspokoić Wasz apetyt.

Królewna Googlewna pewnego dnia przestała przychodzić na siłownię. Ot tak. Nagle. Zniknęła. Było to już jakieś trzy miesiące temu, kiedy widziałam ją po raz ostatni. I nie ja jedna. Wszystkim brakowało jej, gdy tak dumnie wchodziła na bieżnię, rozpuszczała swoje gęste, długie blond włosy i w tym obcisłym białym podkoszulku biegła przed siebie, niczym Pamela Anderson w Słonecznym patrolu. Zwłaszcza jeden umięśniony Australijczyk, który na siłownię przychodzi bardziej poleżeć na solarium, niż poćwiczyć, płakał długo za jej odejściem. 

I tak już prawie trzy miesiące jej nie widziałam, aż do ostatniego weekendu, kiedy jej obfoconą twarz zobaczyłam na tymże fanpejdżu. I wczoraj będąc na siłowni mówię temu Australijczykowi, że laska jest modelką i tutaj, a tutaj może sobie pooglądać jej foty. Nie był tym zainteresowany mówiąc, że on to woli w realu, a nie w jakimś wirtualu patrzeć na takie Królewny Googlewny i dodając jeszcze coś takiego, coś w tym stylu, no właśnie coś w ten deseń (serio-serio), że...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz