czwartek, 28 listopada 2013

De Kakker, czyli holenderski odpowiednik anty-hipstera

Poznacie go po czerwonych spodniach, koszulce polo z podniesionym kołnierzykiem z logo Ralpha Luarena i przewieszonym na plecach sweterku Tommy'ego Hilfigera. Typowy Kakker będzie wyglądał, jakby wracał właśnie z meczu polo, turnieju tenisa, tudzież z klubu jachtowego. Nosi buty na łódkę albo mokasyny bez skarpet i wtedy podwija nogawki w swoich czerwonych spodniach, by wykakkerować się jeszcze bardziej. Kakker często jest też opalony (w końcu żeglował w Saint-Tropez) i idealnie ogolony (żadne tam Gillette 3machy, ale profesjonalny golibroda z brzytwą zrobił mu z twarzy jesień średniowiecza). Dłuższe, nieco wyżelowane włosy Kakker starannie zaczesuje do tyłu. Jak nosi okulary, to nie są to Ray-Bany, ale coś w stylu Harry Potter u Chanel. Co do okularów przeciwsłonecznych, to te zakładają za swoją polo-koszulkę. I tak odpicowany wozi się swoją sportową furą po mieście, tudzież wypasioną łodzią po kanałach.


Kakker pochodzi od holenderskiego słowa kak, co w tym kontekście oznacza arogancję oraz szykowność. Także genezy tego słowa należy szukać w holenderskim wyrazie bekakt, co oznacza snobistyczny, przemądrzały i nadęty. Kak to również kupa, w sensie odchody, tudzież gówno, a Kakker to osoba, która to gówno robi. Taka to jednak tylko mała dygresja, bo ponoć zbieżność nazw z tymże Kakkerem od robienia kupy jest naprawdę przypadkowa...... Tiaaaa..... I, co najważniejsze, słowo Kakker wymyślili sami Dacze.

Więc Kakker jest bogaty, jak wynika z powyższej definicji. To raz. Dwa, jest też trochę taki arogancki, nadęty i wzdęty, gdyż wyżej sra, niż tyłek ma. Trzy, patrzy na ludzi z góry i czuję się lepszy od wszystkich, którzy mają mniej pieniędzy, niż jego rodzice. Cztery, lubi metki z tak zwanej wyższej półki, jak wspomniany już Tommy Hilfiger i Ralph Lauren, ale nie gardzi też Benettononem, Lacoste, Scapa czy Gaastra (swoją drogą ta nazwa zawsze kojarzy mi się z zaawansowanym stopniem gastrofazy). Pięć, jest dość pewny siebie, ale pewnie dlatego, że jeszcze nie zaczęły mu wypadać włosy (jak włosy wypadną, dany delikwent nie może być już Kakkerem, nie i koniec!). Sześć, uprawia jakiś drogi sport i ma jakieś kosztowne hobby (na przykład szydełkowanie złotem). Siedem, nosi sweterek w tak zwany serek i nie o to mi chodzi, że mole zżarły mu ten sweter w szafie (jak to mi się zdarzyło ostatnimi czasy i mój sweterek jest podziurawiony jak serek). Po prostu dekolt ma w serek, żeby okulary lepiej się tam trzymały.

W Amsterdamie znajdziesz takiego Kakkera przy P.C. Hooftstraat, czyli tam, gdzie najdroższe sklepy. Prawdopodobnie jego rodzice mają dom z widokiem na Vondelpark (a przy okazji mają blisko do stadniny koni), domek letniskowy w Afryce z widokiem na safari i zimowy domek w Szwajcarii (stawiam w ciemno na Verbier). Oczywiście jest też Kakmeisje, czyli żeński odpowiednik Kakkera, która od dziecka albo trenuje tenis, albo gra w hokeja. Kakkersi często chodzą w grupach i między sobą łączą się w pary w myśl zasady, co dwie fortuny, to nie jedna. A przy okazji nie ma później problemu z podpisaniem intercyzy i socjalnego skandalu wywołanego przez mezalians. Bo mimo wszystko niezależnie od płci Kakker ma takie otóż ulubione powiedzonko nie dla psa kiełbasa. Oczywiście kiełbasą jest w tym przypadku Kakker.

Czy poznałam w Holandii jakiś dorodny okaz Kakkera? A poznałam, poznałam (ten mój luby to ma czasem nieco dziwnych tych swoich znajomych) i rzeczywiście w stu procentach pasował do powyższego opisu, tudzież stereotypu. Czerwone spodnie, sweterek w serek, mokasynki bez skarpet... Choć to może duże słowo, że poznałam, zważywszy na fakt, iż ów Kakker rozmawiał ze mną nie więcej niż pięć sekund, gdzie w tym czasie wymieniliśmy tylko imiona i uścisk dłoni. I wiecie co? Cholera, nikt już zapewne nie odda temu biedakowi jego stracone na zawsze i tak bez sensu zmarnowane, jakże cenne pięć sekund, które spożytkował na mnie.

I bardzo ciekawe to wszystko w kontekście historii, którą pamiętam z liceum, kiedy to jeden z kolegów założył, pierwszy i zarazem ostatni raz, czerwone oraz za krótkie spodnie i do końca szkoły nie miał już życia, bo każdego dnia znalazł się ktoś, kto mu te spodenki chamsko wypomniał... Też pewnie za jego socjalną porażkę i banicję odpowiadał inny incydent, kiedy to tenże kolega doniósł naszemu dyrektorowi, że w jednej z męskich toalet pół szkoły pali marihuanę, ale to już zupełnie inna historia... Co ciekawe, dyrektor miał lekcje przy tej toalecie i zawsze szczęśliwy powtarzał stojąc na korytarzu, jak tam ładnie pachnie rumiankiem albo miętą... A wniosek z licealnej historii jest taki, że jaki kraj, taki Kakker ;)

2 komentarze:

  1. Nie "pułka" a "półka"!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Biję się w pierś i błagam na kolanach o wybaczenie za ten jakże rażący i upokarzający błąd! Dzięki za czujność ;)

      Usuń