środa, 16 października 2013

Za co kocham Daczlandię? A za co Barcelonę?

Amsterdam - miasto piękne i duże, Barcelona - miasto piękne i jeszcze większe. I tak się złożyło, że dopiero co wróciłam z Barcelony i powiem Wam szczerze, że choć Barcelona piękna i magiczna, ucieszyłam się z powrotu do Daczlandii... Gdy weszłam wczoraj do naszego mieszkania w Amsterdamie, poczułam się jak w domu... Dziwne uczucie i najlepszy dowód na to, w jak bardzo zaawansowanym stopniu wydaczenia jestem. Bo czy tęskniłam za Holandią? No tęskniłam, tęskniłam...

Pewnie stało się tak w myśl zasady: wszędzie dobrze tam, gdzie nas nie, ale tak to jest, gdy hiszpański (czy tam kataloński) kelner przynosi rachunek za trzy piwa, gdzie na końcu przekreślone zostało 9 euro i zamienione na 14,20 (?!). WTF? Pytamy z lubym. I tłumaczenie kelnera, który ledwo co ledwo mówił po angielsku, było takie, że wpierw wbił tylko dwa (?!) piwa, a potem skreślił cenę końcową i dodał za trzecie. I coś się machnął jak widać w rachunku (9 podzielić na 2  równa się 4,50 więc 3 razy 4,50 równa się 13,50 a nie 14,20!!!!), ale luby w swym daczowskim odruchu zapłacił mimo wszystko, nie chcąc wszczynać awantury. Ja tam bym się poawanturowała. Ale cóż.... Jak możecie zgadnąć, szczwany kelner napiwku nie dostał!

Druga "sytuacja" miała miejsce u rzeźnika. Tam spotkaliśmy prawdziwego 'miszcza' w swoim fachu. Gołą łapą odkrajał mięso, a w między czasie skasował innego klienta, wziął od niego gotówkę i wrócił do tarmoszenia naszego mięsa tymi samymi, tylko przetartymi w fartuch, łapami. Żeby nie było, mięso smakowało wybornie, 100 razy lepiej, niż to g*wno z Albera Heijna, ale mam nadzieję, że nie skończy to się historią rodem z Contagion - Epidemia strachu (durne tłumaczenie!), a ja nie będę pacjentem zero, jak Gwyneth Paltrow. No cóż, pożyjemy, zobaczymy.

I jeszcze kilka takich 'misiaczków' miało miejsce w różnych zakamarkach Barcelony. No cóż, taki urok tego miasta, a i ludzie nieźle wyluzowaniu, wytatuowani, zakolczykowani w różnych miejscach na ciele i zbuntowani niczym dawniej Michał Wiśniewski za czasów swoich czerwonych kłaków (bo teraz na potrzeby nowej płyty Wiśniewski się 'wylaszczył' niczym Natalia Siwiec po operacjach plastycznych). Taki to folklor miasta, a mieszkający tam ludzie niewątpliwie dodają mu uroku, bo Hiszpanie, tudzież Katalończycy, przypominają trochę Polaków. Żywiołowo gadają, gestykulują, tylko piją sangrię zamiast wódki. I dobrze. Ja tam za słodkimi winami nie przepadam, a mimo to codziennie wieczorami łoiliśmy z lubym na tarasku sangrię z plastikowej butelki za 1,50 euro. I wiecie co? Smakowała wybornie!

Ale do czego zmierzam? Bo gra wstępna do dzisiejszej puenty wyjątkowo idzie mi topornie. W Barcelonie mieszka około 20 000 Daczy. Sporo, jak na taki mały kraj, jak Holandia. I na sporo Daczy w Barcelonie się nadziałam. Najciekawsze 'doświadczenie' miałam w pewnym... kościele. Okazuje się, że mój Dacz-radar działa już w dwie strony. Jestem więc sobie w tym kościele, strzelam foty gdy widzę kątem oka, jak napiera w moim kierunku dwóch gości. Z daleka widzę, że to Dacze jak nic (perfekcyjnie wyprasowane niebieskie koszule, długie za ucho włosy i buty za co najmniej 300 euro świeżo co wypastowane na super-blask i super-połysk). Podchodzą do mnie i mówią z uśmiechniętymi gębami, Je bent Nederlandse, toch? Co oznacza Ty jesteś Holenderką, prawda? LOL... A ja głupia zamiast opowiedzieć im po holendersku Nee, ik ben Pools, co pewnie szczęki zwaliłoby im do katakumb w kościele, ja od razu wypaliłam Ja, toch! Czy tak bardzo się wydaczyłam, że wzięli mnie za Daczkę? Czy może przez to, że łaziłam po Barcelonie już od dobrych kilku godzin i strasznie chciało mi się siusiu, przez co miałam dość skwaszoną i zaciętą minę...?

Je bent Nederlandse, toch? Dobre pytanie, bo właściwie kim ja teraz jestem? Bo wiem, kim jestem będąc w Polsce, ale kim jestem w takiej Barcelonie na przykład? Banitą? Polką? Daczką?! Wszystkim po trochu? Bo przecież jak wracam z takich wakacji do domu, to wracam do Amsterdamu... Hmm... Skomplikowane jakoś to wszystko... Ale czy muszę zdefiniować się narodowościowo, żeby wiedzieć, kim jestem? Ja nie czuję takiej potrzeby. Ale czuję za to potrzebę, aby podzielić się z Wami taką powakacyjną refleksję, czyli wymienić to wszystko, czego brakowało mi w Barcelonie, a co jest w Daczlandii.

Czyli dotarliśmy do puenty, czyli za co kocham Daczlandię?

1. Woda
Oj tak! Czy będąc w takiej Barcelonie, czy w rodzinnym Bolkowie, tęsknię za holenderską wodą. I nie chodzi mi tylko o to, że w Daczlandii można pić kranówę. Uwielbiam holenderską wodę za to, że nie muszę walić tonę odżywki, aby moje włosy po umyciu nie wyglądały, jak piorun strzelający w rabarbar, który przeżuła wcześniej krowa. Czy też zdeptała.

2. Uczciwość
Po sytuacji z katalońskim kelnerem kreślącym po rachunku, doceniam jeszcze bardziej daczowską uczciwość. W Holandii ludzie nie 'odbijają' sobie kryzysu w taki perfidny sposób. Tym bardziej na turystach, którzy przecież nie stopują ich gospodarki, ale ją nakręcają.

3. Higiena 
 Sorry Batory, ale taka prawda. Dacze są takim schludnym, higienicznym narodem. Taka sytuacja, jak ta u katalońskiego rzeźnika, szybko zostałaby spacyfikowana przez sanepid. Nie żebym miała syndrom Lady Makbet i chciałabym, aby wszyscy myli co pięć sekund rączki, ale po to wynaleziono rękawiczki, na przykład. I pal diabli, że on tymi samymi łapami mięso obłapiał i pieniądze, ale co, jeśli nawet nie mył tych rąk po wyjściu z toalety? Czego oczy nie widzą... To wiecie. Łatwiej można przetrawić...

4.  Rowery
No a jednak, na tyle się wydaczyłam, że zatęskniłam za swoim Żółtkiem! Tyle w ciągu ostatniego pół roku się nie nałaziłam, co w ostatnim tygodniu. Serio, codziennie kilka kilosów na pieszo-liczniku było. Barcelona, mimo iż próbuje, nie jest jeszcze miastem przystosowanym do jazdy na rowerze. O ile w Amsterdamie wszędzie możesz poruszać się na dwóch kółkach, o tyle w Barcelonie, na przykład w takiej Dzielnicy Gotyckiej, życzę powodzenia... Nie, że nie lubię chodzić, bo lubię i to bardzo, ale o ile więcej mogłabym zwiedzić i zobaczyć, gdybym poruszała się swoim Żółtkiem...

5. Język
Co by nie mówić, wszyscy w Holandii znają angielski. Od pana taksówkarza Thijsa, poprzez pana kelnera Lucasa, po panią sprzedającą w sklepie Lisę. Wszyscy gadają po angielsku i z każdym w Holandii po angielsku się dogadasz. Gorzej z upierdliwymi znajomymi twojej holenderskiej drugiej połowy, ale na nich są tylko dwa sposoby, albo nauczyć się holenderskiego, albo owych znajomych unikać. W Hiszpanii nie ma bata. Kelner nie zna angielskiego, taksówkarz ni słowa, nie mówiąc już o pani w pobliskim warzywniaczku, która na pytanie po angielsku Co to jest za owoc? (bo cholera pierwszy raz na oczy widziałam takie różowe coś, co zwie się pitaja) robi wielkie oczy, jak sarna. No okej, rozumiem. Zawsze jakoś można się dogadać językiem ciała, a taksówkarzowi pokazać adres wklepany w Google Maps, ale Barcelona to przecież jest okupowane 365 dni w roku przez turystów miasto, a ja miałam wrażenie, że Katalończycy z uporem maniaka nie chcą nauczyć się podstawowych zwrotów z angielskiego, które po prostu ułatwiłyby im pracę. A turystom życie.

No i tyle w temacie. Ot, pierwsze takie powakacyjne refleksje. Nie tęskniłam za to za pogodą, tym bardziej, że wczoraj po naszym powrocie do Amsterdamu lało, jak z cebra, a ja przechadzając się po Schiphol, ciągle czułam zapach soli we włosach po tym, jak dzień wcześniej leżałam sobie na plaży i pływałam w morzu... Nie tęskniłam też za holenderskim jedzeniem i za... językiem. Mówta co chceta, ale język hiszpański jakoś milion razy lepiej brzmi dla ucha, niż holenderski. Myślę, że po roku mieszkania w Hiszpanii pewnie mówiłabym już po hiszpańsku w stopniu komunikatywnym. Ale to też zapewne dlatego, że jak powyżej w punkcie 5, niewiele ludzi mówi tam po angielsku...

I wiem, że ten blog nazywa się Wydaczeni, ale teraz może dla równowagi trochę zdjęć własnej roboty, czyli pięć powodów, dla których trzeba odwiedzić i zwiedzić Barcelonę! Nawet na pieszo ;) Bo dobrze jest wrócić do domu, ale nie miałabym też nic przeciwko, żeby do Barcelony jeszcze wrócić! Choćby właśnie dla tych 5-ciu powodów!

1. Jedzenie!

 
 
 

2. Antoni Gaudi!



3. Flamenco!



4. Sklepy!


5. Magia!


4 komentarze:

  1. Fajne fotki! Trochę zazdroszczę urlopu w pięknej Barcelonie, gdzie niebo ma całkiem inny kolor od tego u nas.

    Jako Daczkę rozpoznali Cię pewnie też po ciuchach - a co, może nawet w kozaczkach byłaś?

    Oj dopada ta emigracyjna niepewność własnej tożsamości... Chyba wszyscy to czasem przeżywamy. Ale też myślę, że nie musimy się zmuszać do żadnego mocnego i trwałego określania. Chociaż niektórzy próbują nas zmusić, np. wpisując na blogu komentarze typu: "Jak możesz mówić cokolwiek dobrego o Niemcach, którzy kiedyś napadli na nas o świcie?" itp. Ja więc zdecydowanie gratuluję Ci dojścia do prawdy, że Twój dom jest tu, w Holandii (przynajmniej w tej chwili). Ale muszę powiedzieć, że nie do końca zgadzam się z Twoimi opiniami dotyczącymi zalet tego kraju. Wodę to nawet w Polsce można pić z kranu (przynajmniej w Gdańsku - polecam). Co do dotykania tą samą ręką produktów żywnościowych i pieniędzy, to raczej mam przeciwne doświadczenia - może nie z mięsem, ale na pewno z serami i pieczywem (o zgrozo tak bywa nawet w Niemczech, zdecydowanie lepiej pod tym względem z jest w Polsce i Turcji). Holenderskie dzieci utrzymują toalety w szkolłąch w takim stanie, że np. moje dzieciaki brzydzą się tam wchodzić. Niemycie rąk wśród tutejszych dzieciaków też jest na porządku dziennym. No i ta uczciwość też kieruje się własną logiką - może nikt Cię ordynarnie nie oszukuje, ale generalnie płacimy za wszystko o wiele więcej niż to warte, a ilość ukrytych opłat, o których dowiadujesz się w ostatniej chwili, jest powalająca (również dla niektórych Daczy). Co nie zmienia faktu, że też powoli przyzwyczajam się do mojego nowego domu w Daczlandii, a nawet zaczynam ją lubić.

    Pozdrawiam! allochtonka.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe, obeszło się bez kozaczków. Elegancko śmigałam w sandałkach ;)
      Ale z dzieciaczkami w szkołach szok! Jeszcze nie doczekałam się swojej daczowskiej pociechy, ale już mam takie nieodparte wrażenie, że temat dzieci w Daczlandii, to temat rzeka na osobnego bloga ;)
      Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
    2. Co do "higieny" Holendrow tez sie nie zgodze. U mnie w biurze wejscie do damskiej tolety grozi szokiem estetycznym, Wyglada na to ze Holenderki nie opanowaly jeszcze dzialania magicznego guzika do spuszczania wody (nie wiem jak w tym temacie wypadaja Holendrzy). I serio, nie przesadzam, do toalety teraz wchodze ostroznie zeby sie na cos nie "nadziac"... :)

      Usuń
  2. Miałam podobne sentymenty po naszej wizycie w Barcelonie, z tą tylko małą różnicą... Ja za pogodą trochę tęskniłam. Ale to pewnie dlatego, że byłam w lipcu i od katalońskiego słońca i upału mózg mi się przegrzewał, a w Daczlandii było przyjemne dwadzieścia parę stopni ;) No i ten rower! Już do supermarketu za rogiem nie chce mi się na piechotę.

    OdpowiedzUsuń