piątek, 18 października 2013

Quo Vadis, Domine? Czyli kto przybywa do Daczlandii za chlebem, a kto za... ziołem?

Coś w Daczlandii jest, że przyciąga dziwaków. I nie zrozumcie mnie źle! Nie chodzi mi o to, że każdy człowiek przyjeżdżający tu za przysłowiowym 'chlebem' jest dziwny. Ale jeśli przypomnicie sobie historię mojego sąsiada Paula, który wyemigrował z Londynu do Amsterdamu głównie po to, żeby całymi dniami siedzieć w coffee shopach, palić trawę oraz snuć teorie spiskowe na temat rządu, policji i nachodzącego końca świata, możecie dojść do wniosku, że bynajmniej nie wyemigrował do Daczlandii w celach zarobkowych. Rozumiem gorycz Paula. Pojechał biedak na wakacje, wdepnął na minę i stracił nogę. Nie żeby to zdarzało się często... Ale za rentę może teraz tu żyć na całkiem niezłym poziomie, rozmyślać nad zbawieniem świata, plus codziennie może chadzać do coffee shopów, jeśli w jakiś dziwnych okolicznościach zostanie zmuszony do spuszczenia swoich ziołowych siewów w kiblu, jak to zdarzyło się ostatnio, na przykład. Policja, broń, haracz i sąsiad spłukujący trawę w kiblu, czyli jakże spokojny środowy wieczór. 

I pomyśleć, że Paul był kiedyś poważnym bankowcem w jednym z londyńskich drapaczy chmur. I Paul był takim moim pierwszy prototypem amsterdamskiego dziwaka. Pomijając już trawę, skoro tu legalna, niech sobie chłopak pali i niech mu na zdrowie wyjdzie. Ale gdy przeprowadziliśmy się z lubym do naszego obecnego lokum, postanowiliśmy nawiązać dobre sąsiedzkie relacje, tym bardziej, że od poprzednich lokatorów nasłuchaliśmy się o Paulu różnych dziwnych historii. Na tejże kolacji, jeszcze przy przystawkach, Paul powiedział nam, że ma drewnianą nogę i opowiedział swoją historię wdepnięcia na minę. Potem przyznał, że przyszedł do nas na obiad w konkretnym celu - chciał nawrócić mojego lubego na drogę anarchii, bo droga kapitalizmu prowadzi donikąd. Powiedział też, że za mniej niż 100 miesięcy nastąpi koniec świata i nie będzie odwrotu. Ludzkość wyczerpie surowce naturalne, a rząd zejdzie do podziemia. Czy wspomniałam już, że według Paula za całe zło tego świata odpowiada rząd? I nie pytajcie nawet, jaki rząd, bo odpowiedź jest tylko jedna. KAŻDY!


Typowe gadanie ludzi, którzy zdecydowanie palą za dużo zioła i mają za dużo czasu na rozważanie i dysputy z sobie podobnymi. Ale Paul to jeszcze nic. Ot, taki niegroźny wariat. Nawet nie tyle, co wariat, ile ekscentryk. Na prawdziwego wariata natknęłam się będąc na jednym z naszych 'wyjść na miasto' z Pablem. Ot, niewinne piwko, i to w poniedziałek, które znów przerodziło się w historię z cyklu 'poniósł nas melanż'. Od baru do baru trafiliśmy w końcu do miejsca, które jest słynne wśród jordaańskich dziwaków (i co by nie mówić, ja teraz też tam od czasu do czasu chadzam na piwko...). W tym barze, w każdym razie, poznaliśmy pewnego dżentelmena, którego nazwę tu Profesorem. I faktycznie Profesor jest prawdziwym profesorem na jednej z uczelni w... Izraelu. Jak możecie zauważyć, tu zaczyna się ciekawa historia. I taka też była. Profesor, liczący ponad 60 lat, naprawdę mnie zauroczył. Swoją erudycją, swoją inteligencją, swoją wiedzą. Opowiadał z taką pasją o fizyce, że nie wiem, czy to pod jego urokiem, czy pod wpływem wypitych wcześniej procentów, nazajutrz zaprosiłam go do siebie na obiad. No tak mnie zachwycił, że chciałam, aby luby też go poznał. A co!

Czy wspomniałam, że brat profesora to 'bardzo sławny reżyser' siedzący w komisji w Cannes? Nota bene, niemal kropla w kroplę podobny do Profesora. I tu przynajmniej wiem, że w tej kwestii nie skłamał i 'sławny reżyser' to faktycznie jego brat. Ale do puenty. Profesor na obiad przyszedł spóźniony... godzinę, bo zasiedział się w... coffee shopie. Aha, no to patrzymy na siebie z lubym. Następny dziwak na kolacji. A przynajmniej kolejny fan trawy. No to będzie ciekawie. I profesor jak katarynka, zaczyna opowiadać dokładnie słowo w słowo te same historie, co mi i Pablowi dzień wcześniej. Aha, i już to wydało mi się dziwne. Plus, tak bardzo się rozkręcił, że zaczął mówić, jak to wkrótce dostanie nie jedną, nie dwie, ale trzy Nagrody Nobla. Aha, patrzymy na niego z lubym. Bo jedna znajoma powiedziała mi, że jestem reinkarnacją Einsteina. Aha. Ale wiecie, dlatego jeszcze nie dostałem Nobla? Bo w przeciwieństwie do Einsteina nie jestem Żydem. I tu się zaczęła teoria spiskowa żydowskiego lobby. Żeby nie było, sprawdziłam dokładnie, Profesor jest prawdziwym profesorem, ale nie fizyki, o której tak ciągle opowiadał z pasją, ale psychologii... Niemal jak zabawna historia z cyklu, szewc bez butów chodzi...

I może byłaby z tego dowcipna anegdotka, gdyby nie kawa, na którą kiedyś, jakiś czas później, zaprosił mnie Profesor, na którego przypadkiem wpadłam na Jordaanie. Ta 'kawa' z jego strony przerodziła się w wódkę popijaną piwem, a jego opowieści przerodziły się w historie typu: mój syn ma schizofrenię i też pali trawkę, bo marihuana łagodzi jej skutki i na pewno niedługo dostanę trzy nagrody Nobla, i po tej kolacji u nas całował się później w barze z transwestytą, i to nie żadna znajoma, ale prostytutka z czerwonej dzielnicy powiedziała mu, że jestem reinkarnacją Einsteina. Aha. I było tego jeszcze znacznie, znacznie więcej, ale już tych historii Profesora nie pamiętam. A raczej powiedzmy sobie szczerze, nie chcę ich pamiętać. Wypiłam kawę i po pół godzinie uciekłam. Profesora więcej nie widziałam na oczy. Jego ostatnie słowa do mnie brzmiały mniej więcej tak: Jesteś za sztywna na bycie pisarką. Musisz się otworzyć bardziej na ludzi i na nowe doznania. Aha. Bo czy wspomniałam już, że zasugerował mi, żebym napisała książkę na podstawie jego, jakże fascynującego, życia? 

I o ile Paul jest nieszkodliwym ekscentrykiem, o tyle Profesor wykazywał zarówno, bo to trzeba przyznać, ślady geniuszu, jak i choroby psychicznej. Bo czy wspomniałam już, że Profesor tego naszego ostatniego spotkania poprosił mnie, abym za jego wódkę i piwo oraz swoją kawę to ja zapłaciła, bo jak przyznał rozbrajająco szczerze: Wszystko ze swojego uniwersyteckiego funduszu na badania wydałem na dziwki na czerwonej dzielnicy, alkohol i jointy. I czy wspomniałam najważniejsze? Zgodnie z proroctwem prostytutki, Profesor był reinkarnacją Einsteina, ponieważ pan E = mc2 odrodził się w ciele Profesora właśnie po to, by skorygować swój błąd. Tak, tak. Panie i panowie. Einstein był w błędzie. I Profesor jako reinkarnacja Einsteina teraz koryguje ten błąd. Profesor ma za zadanie udowodnić teraz całemu światu, że Einstein się mylił, choć na drodze ku temu stoi mu nie tyle co rząd, ile żydowskie lobby... Wiecie. Żydzi. Masoni. Iluminaci. I te sprawy. Ale trzy Noble i tak już na Profesora czekają. Choćby za to, że Profesor wymyślił, w jaki sposób muzyką (!) można naprawić kod DNA. Oby tylko nie miał na myśli najnowszej płyty Miley Cyrus czy Justina Biebera.


I teraz pytanie, które może powinno przerodzić się w pewnego rodzaju quiz. Co takich ludzi, jak Paula czy Profesora, ciągnie do Holandii? Czy tam do Amsterdamu, jak kto woli, do tej stolicy rozpusty? I czemu na 99% będzie to... zioło? ;)

Quo Vadis, Domine?

4 komentarze:

  1. A ja właśnię lubię takich dziwaków. Uwielbiam ich dziwne historie, zawiłe teorie i jeszcze dziwniejsze ubrania. Dzieki temu nie jest tam tak nudno.

    Pozdrawiam,
    KY - przyszła projektantka w Amsterdamie + dwie inne Polski, przyszły brander i manager :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co prawda, to prawda, że tacy ludzie nadają temu miastu kolorytu, tylko smutne, jeśli u niektórych to ich "dziwactwo" idzie w chorobę psychiczną :(
      Pozdrawiam Was ciepło Wydaczone koleżanki!!!

      Usuń
  2. Ale się ubawiłam :) Proszę o więcej!!! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Uśmiałam się przednio :)

    OdpowiedzUsuń