środa, 31 lipca 2013

Gdzie holenderskie coffeshopy zaopatrują się w trawę, czyli daczowskie kwasy i zasady

Kochani, no to bawimy się dalej w Wyliczankę Wydaczankę i dziś wyliczamy holenderskie kwasy i zasady. W Daczlandii obowiązuje tylko jedna zasada – otóż wszystko ma swoje zasady. I jakakolwiek trudno w to uwierzyć, naprawdę prawie wszyscy Dacze bezkrytycznie i bezwzględnie tych zasad zawsze przestrzegają. Są oczywiście pewne wyjątki od tej reguły, jak sławetna już jazda na rowerze na czerwonym świetle. Nota bene, ostatnio jechałam sobie spokojnie żółtkiem, jak gdyby nigdy nic na czerwonym świetle po Dam Square, gdy ni stąd ni zowąd wyskoczył mi przed koła policjant grożący mi palcem i daczący z uśmiechem ej, is rood! Więc ja do niego sorry i jadę twardo dalej i jak najszybciej przed siebie, co by mu czasem nie przyszło do głowy wlepić mi mandatu na 80 euro (bo tyle tu kosztuje przyjemność jazdy na czerwony świetle). Lucky me! Tym razem mi się upiekło! Jednak generalnie Dacze mają całą masę zasad, które przestrzegają równie rygorystycznie, niczym zakonnice z Klasztoru sióstr Szarytek pór pacierza. Te zasady czasami są mniej lub bardziej absurdalne, często to są niezłe kwasy wykluczające się wzajemnie. Oto przedstawiam wam zatem wyliczonych siedem zacnych przykładów, które zobrazuję nam pięknie Teorię kwasów i zasad Lewisa (według Wikipedii to teoria określająca właściwości kwasowe i zasadowe substancji chemicznej na podstawie jej zdolności akceptorowo-donorowych). Zatem oto i one:

 
Zasada i (zdecydowanie żaden tam) kwas No. 1
 Nie przywłaszczaj nigdy rzeczy nienależącej do ciebie.

Oj tak! To zdecydowanie moja ulubiona zasada, choć wiem, że nie dotyczy rowerów (swoją drogą nie sądzę jednak, by to daczowska mafia zajmowała się uprowadzeniem cudzych bike’ów) czy kradzieżą portfeli i telefonów w klubach (i znów pytanie, czy to miejscowi, czy może… turyści?). W każdym razie, mój przykład z życia pokazuje, że Dacze to jeden z uczciwszych narodów. Kiedyś mój luby potrzebował swojego osobistego laptopa do pracy. A że z rana jest bardziej zakręcony, niż włosy na brodzie Hipstera, odczepiając swój rower postawił torbę z laptopem na jakimś drugim rowerze i zapomniawszy o nim spokojnie pojechał sobie do pracy. Nie mieszkałam wtedy jeszcze nawet miesiąca w Holandii, gdy ktoś dzwoni do drzwi i pyta, czy mieszka tu ten i ten. No tak, to mój luby. O, to chyba zostawił swój komputer na cudzym rowerze. Ja szczęka w dół, wpuszczam jegomościa do mieszkania, który przeprasza od progu, że zaglądał do środka, ale dzięki temu znalazł w torbie kopertę z naszym adresem i wiedział, gdzie i komu ma go zwrócić. Byłam tak zszokowana, że zapomniałam o jakimś znaleźnym, chociażby butelce wina dla tego uczciwca. W tym całym szoku podziękowałam mu tylko ładnie i zadzwoniłam do lubego z pytaniem, Kochanie czy wiesz gdzie jest twój laptop? I zgadnijcie! No nie miał pojęcia ;)

Zasada i kwas No. 2
Wszystko musi mieć swoje regulacje i nie ma, że boli!

Tak, tak. W Holandii jeśli chcesz wynająć na przykład swoje własne mieszkanie za sumę uznaną przez Ciebie za właściwą, musisz zebrać odpowiednią ilość punktów, inaczej nie możesz go wynająć za więcej, niż bodajże 750 euro. Dziwicie się czasem, dlaczego niemal w każdym pokoju w Holandii jest zlew? Bo za każdy zlew przyznawany jest 1 punkt. Tak, tak, w naszym 3-pokojowym mieszkanku mamy 6 zlewów, choć i tak to nie jest tam żaden wielki rekord. A zlew mamy choćby w składziku nie liczącym sobie nawet metr na metr. To samo jest w przypadku, jeśli na swoim dachu chcesz na przykład zbudować sobie taki taras, szykuj się na drogę przez mękę biurokracji, załatwiania pozwoleń i zatwardzonego serca (tudzież innych organów) znudzonego urzędasa.


Zasada i kwas No. 3
Wszystkim po równo, więc zapomnij o oszczędzaniu.

Czyli coś dla kierowców. I tu zaboli pewnie tych, co lubią oszczędną jazdę, czyli na gazie (nie mylić z podwójnym gazem!) albo na Dieslu. Tu w Holandii nie ma tak łatwo, bo nie chcąc posiadać w swym aucie tradycyjnego benzynowego silnika, zapłacisz za tą przyjemność krocie. Tak, tak, samochód na gaz czy Diesel jest tu dodatkowo opodatkowany. I bynajmniej nie mam na myśli jakiegoś tam symbolicznego podatku, tylko zdzierską kwotę. Jeśli więc dużo jeździsz, ale naprawdę  dużo, dużo, to może w Holandii zaoszczędzisz jeżdżąc na gazie albo na Dieslu. Ale zwróci ci się ten podatek dopiero po kilku miesiącach, jak nie kilku latach.

Zasada i kwas No.4
Zaznaczaj swoje terytorium i nie naruszaj cudzego.

Wojna światów ostatnio rozegrała się na mojej siłce. Otóż jeden Dacz zostawił na jednym z 40-stu rowerów w sali RPM/SPINNING swój ręcznik. Sala pusta. Wchodzę ja i inny Dacz. Ja wchodzę pierwsza, więc tamten Dacz do mnie z pełną powagą, że zajęłam jego rower. Mówię mu, że sorry, ale nie widzę tam wygrawerowanego jego imienia. Siada więc obok mnie na innym rowerze, na którym leżał jakiś ręcznik. Też pomyślałam, że pewnie ktoś z poprzednich zajęć zapomniał o nim, bo kiedy wchodziliśmy do sali to była całkiem pusta, a zajęcia miały się rozpocząć dopiero za 20 minut. I tak powoli sala się zapełniała, przybyło jakieś 10 osób i w tym, jak się okazuje, właściciel owego ręcznika. I zaczęła się awantura dwóch Daczy. Agresja w pełni, walka zwierzaków, samce na arenie ciskające w siebie testosteronem. O co poszło? No bo jeden zaznaczył tym ręcznikiem swoje terytorium i tamten drugi nie miał prawa ręczniczka ruszać, a tym samym zająć roweru tamtego. Czy jakoś tak. Ten z ręczniczkiem kłócił się więc, że był tu pierwszy i albo będzie jeździł dziś na swoim bike'u, albo nie będzie jeździł dziś wcale. I jak się skończyła ta cała afera? No cóż, skoro tego rowerku facet z ręcznikiem nie obsikał, to ten drugi się nie ugiął. Aż w końcu wściekły właściciel ręcznika opuścił salę krzycząc do tamtego klootzak, co oznacza rzecz jasna dupek.

Zasada i kwas No. 5
Absurd coffeeshopów.

Jedna z najbzdurniejszych, jeśli nie jest to najbzdurniejsza, zasad w Holandii głosi, że coffeeshopy nie mogą sobie hodować marihuany, tudzież innych lekkich narkotyków. Mogą je tylko sprzedawać. Choć fakt faktem, jest dozwolona przez prawo pewna ilość do hodowli, która starczy może na kilka jointów, co jest dość zabawną i przewrotną liczbą, biorąc pod uwagę fakt, że niektóre z coffeeshopów potrafią sprzedać dziennie 10-12 kg trawy (!). Jak więc coffeeshopy zaopatrują się w towar? Otóż korzystają, jakżeby inaczej, z nielegalnych źródeł... Czyli legalnie sprzedają przez frontowe drzwi, zaś kupują nielegalnie przez tylne drzwi tworząc szarą strefę, jak to powiedział w 2008 roku Max Daniel, Hoofd Operatien at Natonale Politie: The policy of allowing shops to sell their supplies via the front door but not buy via the back door has created a gray area that is, by definition, good for doing business.


Zasada i (czy?) kwas No. 6
'Nie' dla kombinatorów.

Wyobrażacie sobie takie ubezpieczenie w Polsce, za które miesięcznie płacicie tylko 10 złotych, a jeśli pójdziecie na parapetówkę do znajomych i na przykład oblejecie im czerwonym winem ich nową śnieżnobiałą kanapę, to właśnie to ubezpieczenie odkupi ją waszym znajomym za was. No jasne, że nie! Ja przynajmniej takiego sobie nie wyobrażam! Typowy polski kombinator szybko puściłby takiego ubezpieczyciela z torbami. A w Holandii tak owo istnieje. Płacisz za takie miesięcznie 2,5 euro i jeśli naruszysz, zniszczysz, spalisz, zalejesz tudzież zdarzą się z twojej winny inne nieszczęśliwe wypadki w stosunku do cudzej własności, ubezpieczyciel pokryje naprawę albo zakup nowej rzeczy. Wyobrażacie sobie, jaką Dacze muszą mieć mentalność, skoro taka firma nie zbankrutowała po miesiącu, a nawet ba! Jest ich kilka w Holandii i świetnie sobie prosperują? Ja myślę, że ten nasz przeciętny polski kombinator szybko znalazłby milion sposobów na to, by taką usługę swojego ubezpieczyciela, mówiąc delikatnie, nadużyć. A w Daczlandii gdzie tam! Mój luby posiada to ubezpieczenie już dobrych parę lat i nigdy, ale to nigdy, z niego nie skorzystał. Zresztą jak większość Daczy. Po co w sumie mają to ubezpieczenie, to ja nie wiem, skoro zazwyczaj zniszczone cudze mienie szybko honorowo chcą naprawić albo odkupić? Cholera wie...

Zasada i największy kwas ever No.7
Ludzie dla prawa, a nie prawo dla ludzi

Burza związana z małą Renią chorą na ostrą białaczkę, która nie mogła być właściwie zdiagnozowana w Holandii ze względu na biurokrację, protokoły i zasady panujące w służbie zdrowia oraz w ośrodku dla uchodźców. Dziewczynkę zdiagnozowano dopiero w Polsce, gdzie wraz z rodzicami została deportowana z Holandii. A że mała Renia było widać gołym okiem, że jest chora i niemal umierająca, no cóż... Zasady to zasady. I ich trzymać się trzeba. Rodzinę z chorym dzieckiem wsadzono więc na pięć dni do zamkniętego ośrodka deportacyjnego, a potem do samolotu. I wsio do Polski. Nic, że dziecko już wtedy było niemal w stanie krytycznym. Bo tak było w papierach jakiegoś urzędasa. Bo taki był protokół. Dlaczego Dacze przestrzegają tak ślepo tych swoich zasad, a czasem wręcz bezdusznie? Dlaczego w Daczlandii obowiązuje zasada my dla prawa, a nie prawo dla ludzi? No cóż.... Zasady i kwasy, a i owszem, chodzą czasem w parze, zwłaszcza tu w Holandii. Wynika to troszeczkę zapewne z racjonalności Daczy, którzy od uczuć, empatii, emocji czy w ogóle bycia ludzkim w stosunku do drugiego człowieka, wolą kierować się tym, co mają w papierach. A w papierach mają krok po kroczku, wszystko ustalone i ładnie rozpisane wedle schematów, wedle protokołów i nie ma tam zasady, by Dacz czasem kierował się również sumieniem i sercem, a nie zawsze głową i protokółami. I to jest chyba największy kwas daczowskich zasad, że ludzie są dla prawa, a nie prawo dla ludzi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz