środa, 7 sierpnia 2013

Co u Daczy dziwaczy, czyli czego nie zrobisz w Holandii, żeby kobieta po stosunku krzyczała jeszcze przez godzinę

W poście Co Holendrów dziwi w Polakach, czyli 13-ście prawd o Wydaczonych przeczytałam w jednym z komentarzy słowa oburzenia, że to sporo przesada pisać, że tylko Polacy klaskają w samolotach po wylądowaniu. Według autora tegoż komentarza, Holendrzy również są w biciu brawa pilotom i stewardesom całkiem nieźle wprawieni. Cóż, ja tego osobiście nigdy nie doświadczyłam, co jednak nie znaczy, że tego nie robią. Dacze w końcu też mają swoje dziwactwa i  fanaberie, które w miarę nowych postów staram się nie tyle, co je opisać, ile je oswoić (wam i sobie). Dziś więc będzie o tym, co mnie najbardziej zdziwiło tak na dzień dobry, tak na samym początku, tak tuż zaraz po mojej przeprowadzce do Amsterdamu. Oczywiście dziś już tych rzeczy prawie w ogóle nie zauważam i nie uważam za dziwne, ale jeszcze rok temu jako emigrancka dziewica rozglądając się po holenderskich ulicach byłam niemal w kulturowym szoku. Oto więc pięć „perełek” wpasowujących się nam pięknie w cykl Wydaczanki Wydaczonych.

No. 1
Pisuary dla mężczyzn w środku miasta. Oj tak, ostatnio pojechałam na imprezę do jednego z klubów na Leidseplein w centrum Amsterdamu i parkując tam swój rower słyszę znajomy głos krzyczący moje imię. Rozglądając się po Leidseplein dostrzegam zza pisuaru znajomą twarz. Oczywiście mój holenderski kolega załatwiał właśnie swoją potrzebę i machał do mnie drugą (wolną) ręką, pozdrawiając mnie radośnie (procenty, procenty). To nic, że zapach, a raczej odór z tych pisuarów czuć w weekendowe wieczory i noce niemal w całym centrum miasta, ale grunt, że w ten sposób mężczyźni nie załatwiają swoich fizjologicznych potrzeb nad brzegiem kanałów, co w kilku ekstremalnych przypadkach skończyło się… zgonem. I bynajmniej nie mam tu na myśli wprowadzania się w stan nietrzeźwej nieważkości. 


No. 2
Brak firanek w oknach, bo niby po co? Bo przecież bóg i tak widzi wszystko. Po co odgradzać się od świata, skoro można dzielić się ze wszystkimi swą błogą codzienną egzystencją? Nic więc dziwnego, że program Big Brother wymyślili właśnie Holendrzy. Już w sumie nawet przestało mnie to dziwić, że mogę tak sobie spokojnie zaglądać ludziom w okna i powiedzieć dokładnie, co mają na talerzach i jakiego koloru wsuwki ma we włosach pani domu. Dacze to straszni ekshibicjoniści. Czy mieszkasz na parterze, czy na ostatnim piętrze, to nie ma znaczenia. Tu nie znają pojęcia wstydu. Ani słowa „firanki”. Choć z drugiej strony paradoksalnie rzadko która z Holenderek opala się topless na plaży. I bądź tu człowieku mądry na te ich dziwne obyczaje i reguły, na to, co można pokazać, a czego nie wypada zbytnio i trzeba to ukryć. PS w ramach anegdoty będzie tu kawał o firankach. A co! A czemu nie?

- Co zrobić, by kobieta krzyczała jeszcze godzinę po stosunku?
- Wytrzeć ch*** w firankę.

Yyyyy.... Nie w Daczlandii.
Kurtyna!

No. 3
Kalendarz w toalecie. Ale nie taki zwyczajny kalendarz. To jest raczej taki stary, wyświechtany kalendarz z całą masą imion przy konkretnej dacie. To właśnie w toalecie Dacz przypomni sobie, że dziś masz urodziny. Ciekawe, czy również z toalety wysyła solenizantom życzenia ze swojego telefonu?


No. 4
Jedna kawa równa się jedno ciastko. Nie mniej i nie więcej. Chcesz zjeść sobie więcej ciastek do kawy, czy nawet bez kawy, odwiedzając znajomych Daczy? Zapomnij! Tu, jak tylko rozdadzą po jednym ciastku do kawy dla każdego z przybyłych gości, natychmiast zamykają pudełko z ciastkami, chowają je i otwierają znów dopiero wtedy, gdy poprosisz o jeszcze jedną kawę tudzież herbatę. I zapomnij o tym, aby poprosić o ekstra ciastko tak bez niczego, bo po prostu masz ochotę. W Daczlandii jest to szczytem nietaktu i wbrew holenderskiemu savoir-vivre,  o którym więcej możecie przeczytać w ostatnim poście Sex, całusy i te sprawy, czyli savoir vivre po holendersku

No. 5
Brak zsypów. W Amsterdamie worki ze śmieciami wystawia się na ulicę. W określone dni, czyli dwa razy w tygodniu, zgarnia je śmieciarka. Zatem w naszej okolicy są to dwa poranki: we wtorki i w piątki. My z lubym zawsze wynosimy śmieci z rana, ale większość z naszych sąsiadów pakuje worki na ulicę już wieczorem. Często więc, zwłaszcza w takie upały jak ostatnio, worki rozdziobują ptaki i taka ulica, na przykład jak Van Ostadestraat w dzielnicy Pijp, wygląda jak po jakimś trzęsieniu ziemi tudzież innym kataklizmie. Wszędzie walają się śmieci, jakieś dziecięce kocyki, skórki od bananów, tampony i waciki, a nawet wyschnięte paprocie (!). Teraz na Jordaanie mamy zdecydowanie z lubym lepsze widoki, bo ze względu na turystów krążących tu dość często i gęsto, miasto bardziej dba o czystość i porządek w tej części Amsterdamu. Jednak gdy mieszkaliśmy na Pijpie, to czasem w noc przed wywózką śmieci na ulicy był taki syf, jak u Charlie'go Sheena po imprezie powitalnej, gdy wrócił z odwyku!

BEFORE:


AFTER:


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz