piątek, 5 lipca 2013

Where is my money man? Czyli ponownie 50 eurocent of shame

Cholera, coś jest w tych 50 eurocentach, coś jest. Ponoć w daczowskiej mitologii 50 eurocentów pożarł kiedyś Minotaur i miał takie zatwardzenie przez kilka dni (a może tygodni), że jak w końcu osiadł na tronie i tak chuchał, i dmuchał, że aż Amsterdam rozdmuchał! W ten oto sposób, według holenderskiej mitologii, powstały tu kanały. Albo kawały, jak kto woli.


Do puenty. W jednym z komentarzy napisanych tu niedawno przez Gosię, znanej już z historii o złodzieju fashioniście (podpowiem, że Gosia występowała w roli ofiary), możemy przeczytać: Otóż moi kochani, okazuje się, że Dacze takimi super sąsiadami nie są... Zaczynając od sąsiadki z parteru, która co chwila kombinuje, jakby tu nie płacić na fundusz remontowy, albo dostać za coś zwrot (słynne skąpstwo Daczów "taken to next level"), kończąc na sąsiadce z góry, która wszystko i wszystkich ma generalnie w dupie i urządziła sobie 6-osobowy hostel w swoim 50-metrowym mieszkaniu (wtf?! jak ona tam tych wszystkich ludzi pomieściła?). (...) Generalnie chodzi o kasę, jak Dacz widzi okazję, żeby coś tam gdzieś tam uszczknąć/zarobić, to zaczyna się Sajgon. Było już trochę o skąpstwie Daczy w jednym postów 50 (euro)cent of shame, czyli historia Basi , ale dziś, jak to napisała Gosia, let's take it to the next level.

O dobrą historię w klimacie słynnego daczowskiego skąpstwa postanowiłam więc poprosić eksperta, weterana z najdłuższym stażem wydaczenia, czyli Pabla. Poznaliście go już z historii naszej eskapady do gejowskiego baru. Również z nim uświadczyłam swój pierwszy w życiu lap dance w DCL (Dzielnicy Czerwonych Latarni). I tak tydzień temu sącząc ja-wino, Pablo-drinki na Leidse (Leidseplein - przyp.red.) w modnej Suzy Wong poprosiłam mojego eksperta, aby opowiedział najbardziej hardcorową historię o daczowskim skąpstwie, jaka mu się przez te wszystkie lata przydarzyła. Pablo długo się nie namyślał.

No była taka sytuacja, zaczął poważnie, że na coś zabrakło mi 50 centów i kolega z pracy mi pożyczył. Potem, kilka dni później, zgarnął mnie na korytarzu i zapytał: 'gdzie moja forsa stary?'. Powiedzmy, że dla zwiększenia dramaturgii, wyolbrzymimy nieco historię Pabla i ja dodam od siebie, że ten kolega z pracy przystawił Pablowi do gardła myśliwski nóż. Powiedziałem mu, że nie mam drobnych. Ciągnął Pablo dalej ,dotykając drżącą ręką swojej szyji i pokazując mi wielką bliznę, która została mu jako pamiątka po całym zajściu. I facet wyciągnął kartkę papieru i zapisał. Swój numer konta. I jak myślicie, co zrobił Pablo? No co miałem zrobić? Przelałem mu te 50 eurocentów. Dokończył swą opowieść. Panie i panowie, to było true story (no może bez części z nożem, ale mogłabym to sobie z łatwością wyobrazić).


Ja tłumaczę sobie to trochę w ten sposób, że Holendrzy mają coś po prostu do 50-ciu eurocentów. Bo co ciekawe i paradoksalne, jak to zawsze u Daczów, prawie wszyscy zostawiają te przepisowe 10% napiwku w restauracjach. Idąc zatem dalej tym tropem, tych 50-ciu eurocentów, dochodzę do wniosku, że może przyczyny nie należy szukać w holenderskiej mitologii i mitu o Minotaurze? Może należy jej szukać w sprytnym zabiegu Daczy, mającym na celu zbudowanie podziemnego basenu przypominającego skarbca, w którym każdy Dacz raz w roku przez pięć minut będzie mógł się zanurzyć i odurzyć mamoną, niczym Sknerus Mckwacz? To wytłumaczenie tym bardziej nabiera logiki i sensu, jeśli uświadomimy sobie fakt, jak dziwnym zbiegiem okoliczności jakoś już strasznie długo budują w Amsterdamie nową nitkę metra... Hmmm, interesujące. Jeśli każdy Dacz kolekcjonuje każde 50 eurocentów, wiedz, że coś się dzieje...


8 komentarzy:

  1. mam nawet lepsza historie, skladalismy sie na prezent urodzinowy dla kolegi- jeden znajomy kupil takowy w naszym imieniu i oznajmil nam, ze skladka jest po 10 euro na osobe, w zarcie dodal ze dokladnie 9,95. Wszyscy przelalismy zgodnie po 10 euro na konto z jefnym wyjatkiem kolegi- Holendra, ktory przelal co.do.centa. 9,95 ;)))

    OdpowiedzUsuń
  2. Co sie dziwic, 9,95e dla Holendra (jako prezent na urodziny) to duzo! Oni tu przeciez z okazji urodzin potrafia dac np. szampon Andrelon hhaha ;))) i uwazaja to za calkiem przyzwoite cadeautje!!!!

    :D


    Edyta

    OdpowiedzUsuń
  3. Znajomy Holender ma prenumeratę lokalnej gazety (tygodnik), który prenumeruje na spółkę z sąsiadem - w sobotę czyta on, w niedziele sąsiad. Miesięczny koszt prenumeraty - 10 Euro ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oł maj Dacz! Nie wiem, czy chciałabym mieć gazetę po sąsiedzie, który wielce prawdopodobne, że bierze ją ze sobą do... de sracza ;)

      Usuń
  4. Kolega holender przyniósł do mnie na parapetówkę... nie, nie prezent, tylko butelkę wina Undurraga (tak, to to za 3.49), trzymał cały czas pod swoim krzesłem upijając regularnie, a wychodząc - zabrał resztkę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lol! Ten kolega naprawdę pobił wszystkich i wszystkie historie, które słyszałam dotychczas ;) No to chyba mamy miszcza(ka) daczowskiego skąpstwa ;)
      Pozdrawiam!

      Usuń
  5. Uwielbiam książkę pod tytułem Suzie Wong, więc muszę kiedyś ten pub odwiedzić :)

    OdpowiedzUsuń