wtorek, 23 lipca 2013

Gdzie na plażę w Holandii? Czyli jedziemy do Vlissingen!

Cuda zdarzają się na całym świecie każdego dnia niezauważalnie. A tu proszę, prosto z niebo spadł na nas niczym w przypowieściach biblijnych cud niespodziewany, cud nadnaturalny, cud dla wszystkich ogólnodostępny, czyli cud w postaci prawdziwego lata. Tak, tak! Do Holandii zawitało prawdziwe lato i niczym obwoźne wesołe miasteczko tudzież cyrk, zapewnia nam tu wszystkim zgromadzonym tyle radości, tyle rozrywki i tale funu, że wszyscy czujemy się jak małe dzieci! Zresztą, taki prezent od natury Holendrzy co roku umieszczają na pierwszym miejscu w liście do Świętego Mikołaja. Drogi Mikołaju, podaruj nam trochę słońca... I w tym roku modły i prośby zostały wysłuchane, i tak z drobnymi przerwami, niemal już od dwóch tygodni rozkoszujemy się tu w całej Holandii prawie w 100% błękitnym niebem i temperaturą liczącą sobie ponad 30°C. Jednym słowem, nie ma już gadania, czy dziś jest kloteweer, czy tam lekkerweer. Nie ma już gadania o pogodzie, bo zamiast tego rozkoszujemy się nią w pełni bez słów! Niemal jak na wakacjach!

Nawet wczoraj, w poniedziałek, w Amsterdamie, o godzinie 22.00 wszystkie bary w naszej okolicy były pełne turystów, jak i samych Daczy, delektujących się typowo holenderskim letnim orzeźwiaczem, czyli białym piwem podawanym z cytrynką (witbier). To moje drugie lato w Amsterdamie i muszę przyznać, że nawet nie ma porównania z poprzednim rokiem. Zeszły lipiec pamiętam jako jedną niekończącą się ścianę deszczu, z temperaturą nie przekraczającą 20°C i tylko z jedną przejażdżką po tutejszych kanałach, gdy akurat był jeden w miarę znośny wieczór.

Zatem co robić, poza oczywistą wycieczką łódką po kanałach, w tak piękną i wymarzoną pogodę? Oczywiście trzeba się wybrać na plażę! A tych tutaj nie brakuje! Holandia ma w sobie ten plus, że nie jest dużym krajem i wycieczka nad morze z Amsterdamu nie zajmuje tyle, co droga z Krakowa do Gdańska. W Holandii jest wiele urokliwych plaż do wyboru. Większość z nich jest do siebie dość podobna i jest podobna do plaż w Polsce. Zatem są one piaszczyste, szerokie, czyste, zadbane i oczywiście w takie upalne dni jak ostatnimi czasy, nieco zatłoczone. No ale w końcu jest przecież sezon wakacji szkolnych, zatem dzieciaków na plażach jest i cała masa. Temperatura wody również porównywalna z naszym Bałtykiem. Czyli jest okej, znośnie i ja tam bez problemu pływam sobie, choć staram się podobnie jak w Polsce, omijać meduzy.

Chcąc więc wykorzystać ten prawdziwy cud i dar natury, postanowiliśmy zrobić sobie z lubym długi weekend. W sobotę skoro świt, 13.00 popołudniu zapakowaliśmy się w samochód i ruszyliśmy w jego rodzinne okolice, czyli do prowincji Zeeland. Zeeland znajduje się na północnym-zachodzie kraju i słynie z pięknych widoków, jak i również pięknych plaż. Na prowincję składa się wiele mniejszych lub większych wysepek, których większość położona jest poniżej poziomu morza. W czasie sezonu letniego populacja może zwiększać się tu dwukrotnie w dłużej mierze dzięki niemieckim turystom. To również w Zeeland znajduje się jeden z najdłuższych mostów na świecie (a swojego czasu najdłuższy) i najdłuższy w Holandii - Zeelandbrug liczący 5022 m. Most ten łączy dwie wyspy Schouwen-Duiveland i Noord-Beveland.

Zatem jedziemy. W sobotę akurat niebo zasnuło się dość gęstymi chmurami, choć nadal było bardzo ciepło. Dla nas bomba, bo po pierwsze A - nie mamy klimy w aucie, po drugie B - chcemy pozwiedzać, a w upał i w pełnym słońcu raczej skończylibyśmy bycząc się na plaży (a to robiliśmy z prawdziwą wprawą leniwców przez następne dwa dni). Luby postanowił twardo pokazać mi swoje wszystkie ulubione miejsca z dzieciństwa i tak rozpoczęliśmy naszą wycieczkę krajoznawczą po Zeeland. Zwiedziliśmy całą masę urokliwych, małych i mniejszych wiosek, w których mijani po drodze mieszkańcy machali nam na powitanie i pozdrawiali nas z uśmiechem. Nawet mali chłopcy chodzą tam w chodakach, o których zawsze myślałam, że obecnie są już tylko reliktem przeszłości, takim gadżetem dla turystów. Dalej jakieś dziewczynki łowią ryby w stawie, a kot w jednej z tamtejszych kawiarni, w której czas jakby stanął w miejscu, leniwie wyleguje się na krzesełku przeznaczonym dla gości. Normalnie sielanka będąca skrzyżowaniem Klanu, Złotopolskich i M jak miłość. Wyciągam więc szybko wnioski: czyżby mieszczuchy z Amsterdamu nie potrafiły się wyluzować tak, jak ludzie z prowincji, przez budowanie podziemnego skarbca à la Sknerus McKwacz?


 W każdym razie jedziemy, czasem zatrzymujemy się podziwiać widoki, albo po prostu napić się kawy. Podziwiamy przyrodę, piękne i urocze małe domki, krówki pasące się bez łańcuchów i koniki hasające wolno przy jakimś wodopoju. Jesteśmy zrelaksowani, nie jest ani za gorąco, ani za zimno, radyjko gra, a wiaterek ochładza nas przez otwarte (spuszczone?) szyby. I w takiej słodko-pierdzącej atmosferze dojechaliśmy do miejsca naszej głównej destynacji, czyli do miejscowości Vlissingen, a dokładnie do znajdującej się tam plaży. Może to nie jest jedna z najpiękniejszych plaż w Holandii, ale na pewno posiadająca jeden z najpiękniejszych i najdłuższych w Holandii bulwarów, czyli odpowiednika naszego polskiego deptaka. Jak już wspomniałam słoneczko tego dnia pokazywało się raczej sporadycznie, stąd zdjęcia nie oddają w pełni piękna i uroku tej plaży!


W epilogu co nieco może wspomnę o samym Vlissingen, ponieważ to dość popularna turystyczna miejscowość. Akurat w czasie naszej wycieczki, czyli w sobotę 20 lipca przebywało pokaźne obwoźne wesołe miasteczko, które zawsze w połowie lipca gości kilka dni w mieście. Kolejną atrakcją Vlissingen jest również co roku odbywające się na samym początku sierpnia Midzomernachtmarkt. W tym roku odbędzie się w piątek 2-go sierpnia. Tego dnia miasto zamienia się w jeden wielki festyn, podczas którego odbywają się wszelkiej maści imprezy i koncerty zwieńczone spektakularnym pokazem sztucznych ogni. Zaś na samym Midzomernachtmarkt można kupić naprawdę wszystko! W tym roku Midzomernachtmarkt odbędzie się w Vlissingen już po raz trzydziesty. Planujemy się tam wybrać z lubym, więc spodziewajcie się obszernej relacji z tego eventu;)

4 komentarze:

  1. Fajnie że napisałaś o festynie:) Uwielbiam szwędać się pomiędzy festynowymi kramikami, podziwiając wszelkiego rodzaju "duperelki"
    Na pewno się pojawię na Midzomernachtmarkt.
    P.S Może poświęcisz kiedyś post na temat festynów/imprez godnych polecenia w daczlandii?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobry pomysł z postem na temat festynów/imprez, zwłaszcza teraz w sezonie letnim :)
      Pozdrawiam!!!

      Usuń
  2. Dopiero trafiłam na Twojego bloga, ale bardzo mi się podoba :) Pozdrawiam z Vlissingen :) Dzisiaj zimno i pada ale od 2 kwietnia 2015, obchodzone będzie 700-lecie miasta i imprezy szykują się na prawdę ciekawe, więc zapraszam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj Tami wśród Wydaczonych! Cieszę się, że blog Ci się podoba! W Amsterdamie pogoda też dziś nie rozpieszcza niestety... Dzięki za informację, rzeczywiście 700-lecie Vlissingen to dobra okazja do świętowania i do odwiedzenia tego miasta! A i z zaproszenia z chęcią skorzystam :)
      Pozdrawiam ciepło!

      Usuń