niedziela, 14 lipca 2013

Afspraak is afspraak, czyli biblia Dacza

W Holandii istnieje jedno słowo, które jest oznaką dla każdego Dacza, że oto grasz w ich drużynie, że jesteś już jednym z wydaczonych graczy. To słowo jest kluczem, nie tyle co do serca Dacza, ile co do jego życia. Bez tego słowa każdy Dacz zginąłby w chaosie i popadłby w niełaskę spontaniczności, a nawet co bardziej prawdopodobnie, straciłby biedak sens życia. Dla tych, co mieszkają już dłużej w Holandii, to słowo pewnie nie jest ani żadną zagadką, ani tajemnicą. Wiecie już, o co chodzi? Tak! Zgadza się! Bingo! Oczywiście chodzi o legendarną w Holandii agendę.

Agendę każdy Dacz ma i bez gadania. Koniec. Kropka. Agendę trzeba mieć, dla agendy trzeba żyć. Czy to w wersji analogowej w postaci oldschoolowego papierkowego organizera, czy w wersji cyfrowej w swoim BlackBerry, albo w komputerze zrobioną w Excelu, agendę trzeba po prostu mieć. Co więcej, w Holandii pełno jest wszelkiej maści programów mających na celu pomóc stworzyć Daczowi agendę doskonałą czy to w swoim telefonie, czy w laptopie. True story.


I nawet mój luby, którego nigdy, ale to nigdy nie zaklasyfikowałabym jako typowego Dacza, też ma agendę, którą traktuje niemal z takim namaszczeniem, jakby to co najmniej była biblia, w której może znaleźć odpowiedzi na wszystko, a zwłaszcza na egzystencjalne problemy tego świata. Ba! Co więcej, kilka tygodni po tym, jak przeprowadziłam się do Amsterdamu, padło z ust lubego sakramentalne: kochanie, może już tak nadszedł czas, abyś i ty zaczęła prowadzić swoją agendę? I usłyszał ode mnie w odpowiedzi: nie, nie, nie i jeszcze raz NIE! O nie! Co to, to nie! Nigdy w życiu! Aż tak, to nigdy nie dam się wydaczyć! Nikomu! I kiedy luby popadł w całkowity obłęd absurdu związanego z agendą mówiąc mi, że pomoże mi ją zrobić w Excelu, powiedziałam dość! I powiedział to tak stanowczo i dobitnie, że już później nie wróciliśmy do tego tematu. Nigdy.

Teraz za każdym razem, gdy słyszę z ust Dacza albo Daczki, z którym/którą chcę umówić się tylko na chwilę, tylko na godzinę na kawę lub piwo, słyszę: muszę wpierw sprawdzić w swojej agendzie, kiedy i czy w ogóle mam czas na to. C’mon! Ludzie! Trochę luzu! Trochę spontaniczności! Dajcie już spokój z tym organizowaniem sobie życia co do ostatniej minuty i co do ostatniej sekundy, a najlepiej jeszcze z wyprzedzeniem co najmniej na pół roku! Act normal!

PS Moja agenda na co dzień wygląda mniej więcej tak:

1 komentarz:

  1. tak, zdecydowanie jedna z głównych rzeczy za którymi tęsknie po zamieszkaniu w Holandii, to ta nasza narodowa spontaniczność - telefon do znajomego i umówienie się na piwo za godzinkę, eh... człowiek w kraju czerpał z życia całymi garściami ;)

    OdpowiedzUsuń