sobota, 8 czerwca 2013

Jak to w nieswoich skarpetkach pod eskortą policji wróciłam z imprezy o szóstej rano, czyli kolejne party w Amsterdamie mające (znowu) coś tam wspólnego z pewnym lekarzem

Ufff... I ten długaśny tytuł mówi w sumie nic i wszystko. Zaczęło się jak zawsze, niewinnie i znów na imprezie InterNations. Event miał miejsce nie w byle jakim miejscu, bo w najlepszym hotelu w Amsterdamie - Sofitel Legend The Grand Amsterdam. So far, so good. Na miejscu jednak okazało się, że wcale nie tak good, a raczej very very bad, bo jakiś idiota/idiotka wymyślił/a zrobić imprezę w ciasnej sali konferencyjnej.

Na to party wybrałam się z Basią, z którą postanowiłyśmy urozmaicić i ulepszyć ten wieczór drinkiem w hotelowym barze, który okazał się posiadać chyba jeden z najpiękniejszych ogrodów, jaki widziałam dotychczas w Amsterdamie. I, co jeszcze ciekawsze, w ogrodzie znajdowała się naprawdę bardzooooo nietypowa fontanna (zdjęcie poniżej)... Niestety mimo pięknej słonecznej pogody, wieczór okazał się być bardzo chłodny, więc szybko musiałyśmy wracać z Basią z powrotem do tej podłej sali konferencyjnej.



Na tej imprezie obowiązywał dress code. Panowie smokingi, panie sukienki galowe i jak to brzmiało w zaproszeniu with a touch of blue. Co prawda mam galową sukienkę rodem z czerwonego dywanu i to do tego niebieską, ale coś mi się wydawało, że wyglądałabym co najmniej komicznie pedałując w niej na swoim żółtym rowerku. Poza tym, w razie gdybyśmy z Basią chciały zmienić lokal, nie wiem czy w takiej kiecce rodem z bajek Disney'a w ogóle wpuściliby mnie później do jakiekolwiek klubu.

Mimo to na imprezie klika dziewczyn i facetów dostosowało się do dress code'u, a my z Basią tylko pozwoliłyśmy sobie na ten a touch of blue. Więc tocząc większe i mniejsze smalltalki przy papierosie, poznałyśmy z Basią kilku nowych znajomych, w tym wypaczonego Dacza, co nie wierzył, gdy mu powiedziałam, że wydałam w Polsce książkę. Uprzejmie mi donosił, że sam właśnie skończył operację plastyczną na otwartym sercu, a po imprezie siada w swoją rakietę i odlatuje na Marsa. Albo księżyc. Co kto lubi. No to bon voyage Daczu!

I tak równo o północy, jak w bajce o Kopciuszku, impreza dobiegła końca i z Basią zdecydowałyśmy dalej dać się ponieść melanżowi. Pięć minut spacerku i już byłyśmy w sercu normalnej imprezy w Baru Italia. Tam niespodzianka. Ludzi pełno, ścisk, muzyka, a Basia, która jest singielką powiedziała, że jeszcze nigdy w jednym miejscu nie widziała tylu fajnych facetów. A już zwłaszcza taki jeden zwierzak, tak ociekający testosteronem, że można by go z niego zlizywać. Ja tam, co prawda, zaślepiona ślepo w swojego lubego, ale fakt faktem, sztuki były tam tak dorodne, jak rasowe byczki na Wystawie Zwierząt Hodowlanych, Maszyn i Urządzeń Rolniczych w Sitnie koło Zamościa.

I tak tańcząc, piwo pijąc, zeszło nam jakieś dwie godziny. Basia zdecydowała się wracać, ja dopijając swoje piwo, opuściłam lokal chwilę później za nią. I może naprawdę nie byłoby co opowiadać, gdyby nie fakt, że jak ja to mam w swoim brzydkim zwyczaju po kilku godzinach tańczenia w szpilkach, chodzić boso. Po ulicy. Zatem wracałam po swój rower zaparkowany na  Dam Square na bosaka. I naprawdę ten wieczór byłby zwyczajny i spokojny, jak co piątkowe modlitwy w kółku różańcowym, gdyby nie jegomość zafascynowany moimi bosymi stopami, który zahaczył mnie w drodze. I co się okazało? Że to oczywiście lekarz. I do tego onkolog. Moja wrodzona hipochondria naprawdę zaczęła w tym momencie szaleć i zaczynam coraz bardziej podejrzewać, iż teraz to już naprawdę wszechświat chce mi powiedzieć, że mam kurde, raka. Że ci wszyscy lekarze, których ciągle "przypadkowo" spotykam na swojej drodze melanżu, to chodzące znaki. Świadczące o moim nadchodzącym i nieuchronnym końcu. Że oni wszyscy są jak zabójcze omeny przeznaczenia.

No to rozmawiam z tym doktorem w drodze po rower. Facet okazuje się żyć i pracować w moim ukochanym Nowym Jorku. Ale to nic. Gdy on pyta, skąd jestem i odpowiadam, że z Polski, facet przechodzi z płynnego perfekcyjnego angielskiego w perfekcyjnie płynny polski... Mi szczęka opada, a on uśmiecha się od ucha do ucha. Daje mi swoją wizytówkę, a tam najbardziej polskie z polskich nazwisko... Kowalski. Gdy doszliśmy do Dam Square już byliśmy polskimi kumplami na emigracji, ja w Amsterdamie, on w Nowym Jorku. Usiedliśmy na Dam Square na jakże symbolicznym miejscu, bo zaraz za The National Monument. Tam od słowo do słowa okazało się, że lubimy taką samą muzykę, lubimy Komedę, te same filmy, a jeden film w szczególności, a nawet tą samą jedną szczególną scenę w tym właśnie filmie. C'mon! Gdy drążąc dalej okazało się, że oboje lubimy wino i marzymy o posiadaniu własnej winnicy, zaczęłam rozglądać się za ukrytą kamerą. A tak owa na Dam Square jest i dzięki niej Wielki Brat może oglądać wszystko. Wy też możecie. Wracając jednak do historii. Doktor Kowalski dobił mnie już faktem, że kocha jeździć konno... No cóż. Jeśli myślicie, że ta historia w tym właśnie momencie przenosi się z Amsterdamu do Nowego Jorku, to sory-batory. Muszę was rozczarować. Pan doktor nie jest zbytnio, jakby to delikatnie ująć, w mojej kategorii wiekowej. Aczkolwiek jego inteligencja - respect.

 I tu niespodzianka.  W tym oto momencie dołączył do nas trzeci towarzysz tej imprezy, czyli jegomość częstujący nas frytkami. I tak jedząc we trójkę frytki na Dam Square rozmawialiśmy o niczym i o wszystkim. Gdy frytki się skończyły, nasz nowy holenderski towarzysz, który okazał się dyrektorem IT w poważnej amsterdamskiej korporacji, wyciągnął skręta i tak paliliśmy go zanurzając się w coraz to bardziej filozoficzne dysputy i podziwiając wschód słońca.


Gdy już tak tam zamarzałam siedząc na tym zimnym, mokrym pomniku, że aż mój nowy przyjaciel doktor-rak musiał mi oddać swoje skarpety, to był znak, że pora wracać do domu. Wsiadłam na żółtko i ruszyłam próbując rozgrzać się w tych pierwszych promieniach słonecznych. I wtedy podjechał do mnie funkcjonariusz na Harley'u Davidsonie i pytał, czy wszystko w porządku. W moim pierwszy polskim odruchu prostuję plecy myśląc, że będę wyglądać na bardziej trzeźwą niż jestem, bo od razu uroiło mi się, że zaraz będę dmuchać w balonik i pan policjant zatrzyma mnie by sprawdzić, czy nie jadę "po spożyciu". A że to sobota blady świt, ja w imprezowej kiecce, make-up w totalnej rozsypce, takie skojarzenie może się słusznie mu nasunąć. Ale że to jest Holandia, nie Polska, pan policjant grzecznie zaoferował się odeskortować mnie do domu i jadąc obok siebie ucięliśmy sobie miłą pogawędkę o moim skradzionym Janku i moim obecnym, według pana policjanta bardzo fajnym, żółtym rowerku. 


I jak tu nie kochać tego miasta?!

3 komentarze:

  1. Epic story! Jutro do roboty a ja nie moge przestac czytac kolejnych postow!!!!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Właśnie też nie mogę przestać czytać,. atu pracować mi każą.. ja nie wiem..A.

    OdpowiedzUsuń