środa, 12 czerwca 2013

Holenderska tolerancja i sabotaż weselnej niespodzianki, czyli mam na to tak bardzo wyjeb*ne!

Dziś zaczynamy cykl Wydaczonych Pogromców Mitów, czyli przez następne posty będziemy obalać najpopularniejsze mity, tudzież stereotypy, mocno zakorzenione w podświadomości nieświadomych nie-Daczów. Czyli, mówiąc brzydko, będziemy dość intensywnie (i nieco kontrowersyjnie) plotkować o przywarach Holendrów. Gotowi?

Wary czy przywary, ale Holendrzy to mistrzowie kamuflażu. Tak. Kamuflażu. To naród, który jak żaden inny opracował do perfekcji techniki PR-u. To, co ogólnie się o nich myśli, zostało bardzo sprytnie, bardzo dokładnie i z pełną premedytacją wykreowane na potrzeby… turystyki. Nie wierzycie? To uwierzycie. Zacznijmy więc od obalania mitu numer jeden: tolerancji.

Wszyscy mówią, jacy to Holendrzy nie są tolerancyjni. A już w ogóle wśród homoseksualnej części populacji Holandia to niemal taka ziemia obiecana, niemal taki raj, jak dla Wojtka Fibaka wybory miss studentek. Pary homoseksualne mogą zawierać tu od 2001 roku związki małżeńskie, od 2005 roku mogą adoptować dzieci, a już od 1811 roku (!) mogą legalnie afiszować się ze swoją orientacją, bo wtedy to właśnie oficjalnie zalegalizowano (!) homoseksualizm w Holandii. Brzmi dumnie. Brzmi pięknie. Brzmi niemal tak sielankowo, jak wyznania miłości polskich celebrytów na okładce Gali. Ta Holandia to podręcznikowy wzór tolerancji, nieprawdaż?


No nie, bo do końca tak różowo to tu nie jest wcale, a wcale. Owszem, Holendrzy są bardzo tolerancyjni. Ale wybiórczo. Gej? Okej! Ale mieć już za sąsiada takiego Marokańczyka czy… Polaczka, to już inna kwestia. Bo to już nie bardzo, nie bardzo. Holendrzy są tolerancyjni, ale z drugiej strony mają bardzo wąskie horyzonty dość mocno ograniczone stereotypami. Taki Polak, na przykład, to w oczach Holendrów pijak i nierób. I nieuk. Holendrzy często się dziwią, że w Polsce jest taka… Ikea, na przykład. Polak nosi wąsa, włosy przystrzyżone na krótko, nie potrafi się ubrać, a jedyne słowo, jakim się posługuje, to kurwa. I nic, że wina troszkę jest w pokoleniu naszych ojców, którzy nie słynną ze zbyt pozytywnego pierwszego wrażenia. Nic, bo jak taki Holender zobaczy jednego czy dwóch takich Polaków, to już do końca życia będzie myślał, że oto cały naród polski zbudowany jest na ten wzór. (Nie wiem, jak wy, ale ja tam swojego wąsa regularnie golę. Nogi też.).

 
Zatem Holendrowi wypada być tolerancyjnym, jeśli rzecz tyczy się orientacji czy koloru skóry, ale tolerancja w temacie narodowości to już rzecz nie tak oczywista. Holender ma świat perfekcyjnie uporządkowany w ciasnych szufladach stereotypów i ani myśli, by zmienić w nich cokolwiek, bo niby po co? Bo niby czemu? A teraz będzie przykład. Dość obrazowy, myślę. Taka Partia Wolności, na pewno słyszeliście (a jak nie, to czytajcie uważnie), pod przywództwem niezłego oszołoma, Geerta Wildersa, która stworzyła sobie dość popularną stronę internetową. Na owej stronie można było składać skargi na mieszkających w Holandii Polaków, tudzież innych obywateli, tej jakże gorszej od reszty, środkowej i wschodniej części Europy. Na stronie można się było skarżyć nie tylko, powiedzmy, w takiej kwestii zakłócania przez Polaka porządku publicznego po, według relacji Holendra, suto zakrapianej libacji, ale nawet w kwestii takiejże, że chciwy idiota Polaczek pracujący za grosze, zabrał dobremu uczciwemu Holendrowi, jego, jakże zasłużoną, pracę...

Może jątrzę tu jadem i tryskam żółcią, ale też Dacze nieźle wczoraj zaleźli mi za skórę. Rzecz się tyczy ostatniego posta, czyli tego o freak show i kręceniu w wymiocinach oraz psich kupach weselnego wideo. Zaczęło się od tego, że to nawet nie ja, ale mój luby, odebrał telefon, że mam ściągnąć info o nowym poście ze swojego walla na Facebooku, bo na pewno zepsuję niespodziankę, o której państwo młodzi mają dopiero się dowiedzieć na swoim weselu w sierpniu. Okej, usunęłam, choć oczywiście wcześniej miałam w swojej świadomości zakodowane, aby tytułem, nie daj boże, nie zdradzać nic, co może nasunąć tamtym dziwne skojarzenia, czyli nie używać angielskich ani holenderskich słów, jak wesele, niespodzianka i  Bounty. I niby wszystko dobrze już i wszystko pięknie, ale wieczorem ten sam upierdliwy jegomość żąda usunięcia śladów postu... wszędzie. W całym Internecie. Wkurzona jak rzadko, po raz pierwszy w życiu usuwam przyszłego pana młodego i przyszłą panią młodą ze swoich znajomych na Facebooku. To za mało, pisze tamten Dacz do mojego lubego. Ona ma usunąć tego posta. I koniec. I kropka. Bo państwo młodzi, którzy mnie nawet prawie nie znają, na pewno codziennie sprawdzają mój blog, czy czasem ja nie piszę czegoś o przyszłych atrakcjach-niespodziankach na ich weselu. A jak nie chcę usunąć posta, to niech (chociaż!) zablokuję go jakiś polskim hasłem, albo (!) niech zablokuję wszystkie IP przychodzące z Holandii... czyli to będzie jakieś 50% moich czytelników. Litości Daczu z zapędami Geerta Wildersa! Ciekawe czy jegomość już się gdzieś poskarżył na wredną Polkę, co to nikczemnie niespodzianki weselne swoimi postami psuje! Oj, ja niedobra! Choć z drugiej strony myślę, że chłopak już dawno nie miał takiej podniety i dawno mu już nikt tak nie urozmaicił dnia jakże wielką dramą i tragedią w postaci jakże okrutnego polskiego sabotażu daczowskiej niespodzianki weselnej. No cóż, challenge accepted. Wczoraj była nawet nie trzecia i czwarta, ale już piąta wojna światowa o nikczemność Polaków względem światłych Daczów. Pytanie teraz tylko, kto ją wygrał?

Niby śmieszne to i absurdalne, ale troszkę szczęka opada. I już nie mówię o moim własnym, wczorajszym przykładzie, bo to jest bardziej zabawne niż smutne. Ale mówiąc o tejże wcześniej wspomnianej stronce skrajnie prawicowej partii Geerta Wildersa. A już zwłaszcza, gdy się dowiemy, że ten portal popierało niemal… 30 % holenderskiej ludności. A historia się tyczy nie średniowiecza, a… 2012 roku. Wiem, SIC! I co sobie można myśleć uzmysławiając, że niemal co trzeci Holender uważa Polaków za obywateli gorszej kategorii? A to sobie można myśleć, że wśród znajomych takiego mojego lubego na przykład, są na pewno osoby, które nie do końca dobrze mi życzą... … Brzmi groźnie, ale trzeba mieć na to tak, jak pan Żaba na poniższym zdjęciu: 


 PS
Postu nie usunęłam, ale usunęłam jegomościa ze znajomych na Facebooku (jak to skomentowała moja koleżanka o.... latający Holender). Fakt faktem, w takim tempie to co tydzień zacznie mi ubywać holenderskich znajomych. Ale osiągnęłam to, co chciałam osiągnąć. Sprawa ucichła. Facet przestał się odzywać, bo już nic nie zobaczył więcej na moim Facebooku. Bo niby jak? I można znaleźć kompromis z Daczami? Ano można! Wilk syta i owca cała, a i można było obejść się bez tej wielkiej dramy i agresywnej wojny ;)

1 komentarz:

  1. Renata ale nie oszukujmy się .. to jak jesteśmy my Polacy postrzegani nie tylko tutaj w Holandii, ale i na całym świecie nie bierze się znikąd. To (nikogo nie obrażając) ludzie, którzy przyjeżdżają tutaj do pracy, pochodzący z Pcimia Dolnego, nie umiejący się zachować wśród cywilizowanych ludzi, wystawiają nam takie a nie inne świadectwo. Dla mnie Polacy przybywający do Holandii dzielą się na dwie kategorie: pierwsza grupa to ludzie inteligentni, wykształceni których sprowadza tutaj np miłość do Dacza lub Daczowej, a druga grupa to ludzie, którzy za marzeniami o cudownym i dostatnim życiu byle gdzie, byle za granicą, przyjeżdżają tutaj do pracy fizycznej. Nie mówią w żadnym języku obcym ( o czym może bardzo konkretnie wypowiedzieć się mój mąż), a nawet po polsku nie mówią poprawnie. I oto takie właśnie polaczki psują opinię o inteligentnej części narodu polskiego :)

    OdpowiedzUsuń