wtorek, 4 czerwca 2013

Full Amsterdam experience, czyli 7 grzechów głównych do zaliczenia w holenderskiej stolicy!

1. Zapalenie skręta na ulicy.

Tak po prostu. Dla przekory. Aby wznieść się ponad system. Swoje pierwsze kroki podczas mojej pierwszej wizyty w Amsterdamie skierowałam właśnie do coffeshopu. Luby zakupił mi pierwszej klasy skręta, a ja dumnie szłam zaciągając się nim po ulicy (tak, tak, moja bardzo tolerancyjna mama też czyta mojego bloga. Mamo, pozdrawiam!). W mojej głowie jak mantra kotłowały się słowa: Pamiętam bardzo dobrze, kiedy dostałem pierwszy cukierek od mojego dziadka. To był Werther's Original, a ja miałem wtedy 4 lata. Nigdy nie zapomnę tego smaku. Był słodki, śmietankowy, po prostu pyszny. Poczułem się, jak ktoś zupełnie wyjątkowy. Tiaaa... Delektowanie się zakazanym owocem na forum publicznym faktycznie może uczynić cię wyjątkowym. Przynajmniej w twoim własnym mniemaniu i osobistym odczuciu. Dziś, co prawda, sama nie jestem dziadkiem, ale wierzcie lub nie, w coffeshopie od czasu mojej przeprowadzki do Amsterdamu nie byłam ani razu. A mieszkam tu dobry rok. Jednak, jak w tej reklamie Werther's Original, tego momentu nigdy się nie zapomina. Nie zapomina się, kiedy po raz pierwszy, tak bezwstydnie, na oczach wszystkich, konsumuje się zakazany owoc. No może nie taki słodki, no może nie taki śmietankowy, ale po prostu pyszny. A teraz, gdy można to mieć na co dzień... tak legalnie...wystarczy tylko pójść do coffeshopu... phi! Nuda! Co to za frajda? Najlepsza jazda to tylko jazda z dreszczykiem! Adrenalina czyni większe cuda niż THC!


2. Lap dance w Dzielnicy Czerwonych Latarni.

 No bo jakby samo zwiedzanie tej dzielnicy nie wystarczyło. No bo nie wystarcza. Patrzeć na prawie gołe dziewczyny zza szybki to jedno, a ugoszczenie ich na kolankach, to drugie. To taka bardziej aktywna forma turyzmu. Mi się zdarzył tak owy taniec raz, zafundowany przez fantazyjnych znajomych. Mogłam sobie nawet ową panią wybrać, co ją na kolankach miałam gościć. Mogłam nawet sprawdzić, jak w dotyku prezentuje się jej silikonowa pierś (tak se, mówiąc szczerze). Jednak jedyne, czego nie mogłam zrobić, to zdjęcia. Skandal! Przy próbie zrobienia tak owego  ochroniarz czy nawet sama obfotografowana dziewczyna, wyrywają ci telefon i rozbijają go na miazgę. No ja akurat o tym nie wiedziałam i może tylko dlatego, że sama byłam dziewczyną, mój telefon nie został poddany procesowi unicestwienia. Jednak jakaś miła pani barmanka postanowiła usunąć ową focię. Jak widać poniżej, nieudolnie. Busted! Take that, suckers!


3. Dobra housowa impreza albo koncert.

Ja od razu uderzyłam na szczyt Olimpu, czyli na koncert w Ziggo Dome legendy house'a, zespołu Swedish House Mafia. I jak to zapytała moja nierozgarnięta, a holenderska (!) koleżanka, Swedish House Mafia? What do you mean? Ikea? I żeby nie popełniać takich głupiutkich słowotwórczych smaczków, trzeba sobie pójść czasem na imprezę w klimacie house. Bo w Holandii samo słowo house to niemal jak nasze amen w pacierzu, które dość mocno zostało namaszczone przez choćby takiego Tiësto czy Armina Van Buurena, czyli daczowskich i jednych z najbogatszych DJ-ów na świecie.



4. Wycieczka łódką po kanałach.

 A już koniecznie, kiedy nie pada i słonko świeci. To niepisane prawo Amsterdamu. Gdy lato łaskawie zdecyduje się zagościć w stolicy chociaż na sekundę czy dwie, skrzykujesz kilku kumpli (i na pewno jednego, który ma łódkę, jeśli tak owej nie posiadasz), zgrzewkę browarów (czasem i dwie), holenderskie mięsne kulki i jazda wpław! Ponieważ w pakiecie z nowym mieszkaniem i nam przypadła na własność łódka, pewnej niedzieli z lubym postanowiliśmy osuszyć ją z nagromadzonej przez zimę wody, umyć, wyczyścić i doprowadzić jej wysokość do porządku. Gdy już szczęśliwi odpaliliśmy silnik, tuż po pięciu minutach, zaraz po wypłynięciu z Bloemgracht na Prinsengracht, silnik nam zgasł. Hahaha! Można pomyśleć, że to było zabawne, ale nie było. Silnik zgasł na amen. Zakończył swój żywot równie gwałtownie, jak (uwaga spojler!) Robb Stark z Gry o tron. To była rzeź, masakra! Prawie zgniotły nas te wielkie turystyczne łodzie! I wcale nie było tak całkiem wesoło nam wracać wbijając paznokcie o mury kanału albo odpychając się od innych łódek. Zatem dzieci i nowicjusze, dziewice i starcy, nie róbcie tego sami! Decydując się na przejażdżkę łodzią po Amsterdamie zaufajcie sprawdzonym ekspertom, czyli Daczom z kilkuletnim stażem posiadania łódki albo tym wielkim monstrualnym łodziom, z których zawsze głupkowato machają azjatyccy turyści. W wyborze łódki bądźcie tu zawsze zachowawczy i bezpieczni, jak scenarzyści Plebanii!

5. Pójście ze znajomymi na piwo i picie Duvela. 

 Aby dopiero na drugi dzień dowiedzieć się, że piło się bardzo wysokoprocentowe piwo, bo mające aż 8.5%. Będąc nieświadomym tego faktu można nieświadomie stracić świadomość. Raz w życiu zdarzyło mi się tak zwane całkowite urwanie filmu. I zdarzyło się to właśnie tu, w Amsterdamie, po wypiciu czterech, 0,33 (!) butelek Duvela. A gdy na drugi dzień próbując desperacko przypomnieć sobie cokolwiek z poprzedniego wieczoru, dowiedziałam się również, że Duvel znaczy... Diabeł, to doszłam do wniosku, że ten diabeł to niekoniecznie tkwił w szczegółach, bo jako takich szczegółów tegoż wieczoru w ogóle do dziś nie pamiętam.


6. Dać sobie ukraść rower. 

 Odhaczone. Zaliczone. I to już po trzech tygodniach od momentu jego zakupienia (i po trzech tygodniach od momentu mojej przeprowadzki do Amsterdamu). Jak ktoś chce sobie przeczytać o tej traumie, to bardzo proszę. Odsyłam tutaj:

Żółtko po, świętej pamięci, Janku

7. Zrobić sobie tatuaż.

A to już wkrótce... Co powiecie na ten wzór?


Więcej grzechów nie pamiętam i za wszystkie bardzo pieknie dziękuję!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz