wtorek, 11 czerwca 2013

Freak show, czyli Dacze kręcą w wymiocinach i psich kupach weselny klip do 'This is love'!

Wszystko zaczęło się w niedzielę rano, gdy mój luby skoro świt, tuż przed ósmą, zerwał mnie z łóżka krzycząc: Wstawaj śpiochu! Jedziemy do Rotterdamu! Yyyy... Że co do cholery? Bo prawdę mówiąc, bardzo źle znoszę wstawanie w weekend wcześniej niż przed 9.30. No dobra, wcześniej niż przed 11.00... Zapomniałaś, że kręcimy weselne wideo dla Bounty'ego? O shit! Mój boże, to dzisiaj? Ano dzisiaj, dzisiaj. I moje marzenie, aby się wreszcie porządnie wyspać zostało równie gwałtownie unicestwione, jak Robb Stark w przedostatnim odcinku Gry o tron.

Śniadanie, szybki prysznic i już o dziewiątej zbiórka. Ciągle ziewam i mam focha, ale niech będzie, jedziemy do Rotterdamu. Chwilę po dziesiątej dojechaliśmy na miejsce, czyli do pubu należącego do stowarzyszanie studenckiego, do którego niegdyś należał mój luby. Tam miał być kręcony klip do utworu This Is Love will.i.ama i Evy. Jakkolwiek dziwnie to brzmi, chodzi o to, że jeden ze znajomych lubego - niejaki Bounty, w sierpniu bierze ślub z niejaką Laurą i ich znajomi postanowili nakręcić dla nich zabawne wideo, które ma być taką miłą niespodzianką ślubną. I w tym właśnie pubie w Rotterdamie mamy kręcić zdjęcia, a premiera klipu oczywiście w sierpniu, na weselu Bounty'ego. A czemu Bounty'ego? Ponieważ chłopak jest w połowie Daczem, a w połowie z matki Indonezyjczykiem, zatem, cytując jednego z obecnych tam Daczów, jest ciemno-czekoladowy na zewnątrz, a w środku ma biały kokos. Tia....


Ja, co prawda, nie jestem ani znajomą pana młodego, ani panny, już niekoniecznie takiej młodej, bo znacznie starszej od swego narzeczonego, ale czegoż to nie robi się dla (własnej) miłości. Wchodzimy więc do tegoż baru, a tu smród niesamowity. To nie mój pierwszy raz w tej wiecznie cuchnącej spelunie, ale tym razem to już jakieś apogeum. Fu! Śmierdzi bardziej niż w latrynach na obozach harcerskich! I co się okazało po odsłonięciu kotar? Że to bardzo okazałe wymiociny rozbryzgane po całej podłodze, krzesłach i stole wydawały z siebie ten właśnie odór. Jakiś chętny kamikaze sprzątnął je szufelką, po czym wyrzucił na balkon, ku uciesz i ku strawie nadlatujących do wymiocin ptaków. Yuck, so disgusting!

Tym jakże uroczym i swojskim akcentem zaczęliśmy ten dzień zdjęciowy, który zamiast dwóch, trwał (aż!) sześć godzin. Z czego pięć to tylko same przygotowania i próby. Wideo bowiem miało być kręcone w jednym ujęciu i maksymalnie w pięciu podejściach. Oczywiście miałam być jedyną nie-daczowską gwiazdą w tymże klipie, co zaskakującym w sumie nie było dla mnie wcale. Ale... Ale właśnie przez to 'ale' z lubym kłóciliśmy się wcześniej w domu (i to było właśnie powodem mojego porannego focha), bo wiadomym było, że nikt dla mnie po angielsku specjalnie nie będzie tu mówił. Zatem poświęcając swój czas, energię, ale i również weekendowy sen i wypoczynek, kosztem sześciu godzin z ponad dwudziestoma Daczami, których kompletnie nie rozumiem, robiąc coś miłego dla państwa młodych, których tak w sumie nie do końca darzę sympatią i wzajemnie, było wyczynem, co najmniej na mój bardzo egoistyczny i hedonistyczny charakter, rzekłabym, ekstremalnie altruistycznym. Myślę, że takie poświęcenie zasługuje co najmniej na rozpatrzenie mojego wniosku o kanonizację w Watykanie. I to jeszcze za mojego życia powinni pomyśleć nad zrobieniem ze mnie świętej męczennicy. Amen.

Reżyserem tegoż dzieła okazał się niejaki finalista holenderskiej edycji programu X Factor. Za te kilka godzin pracy zgarnął ze swym kumplem operatorem, zgadnijcie ile? 400 euro. I, jak się okazało, było to cena naprawdę atrakcyjna i promocyjna, bo konkurencja chciała co najmniej dwa razy tyle (to jest miejsce, w którym węszę pomysł na biznes, więc, są jacyś chętni?). Choć z drugiej strony, roboty przy tym było naprawdę sporo i to w jakże ekstremalnych, bo cuchnących, warunkach, a facet naprawdę się starał i wychodziło mu to dość profesjonalnie. Po godzinie przydzielania wszystkim ról, po kolejnej godzinie prób śpiewania i kolejnych dwóch godzinach rozstawiania ludzi na właściwych pozycjach i doborze rekwizytów, powoli zaczynaliśmy dochodzić do punktu właściwego, punktu kulminacyjnego, czyli kręcenia wszystkiego w jednym ujęciu (to miała być niemal taka Rosyjska arka Sokurowa, tylko zamiast 96 minut miała trwać niecałe 300 sekund).

Kręcenie klipu zaczęliśmy od sceny w pobliskim parczku, gdzie próbując omijać psie kupy, mieliśmy ganiać w kółko i klaskać, jak przedszkolaki w performansie Mam chusteczkę haftowaną. Niektórzy w śmiesznych kostiumach, niektórzy ze śmiesznymi akcesoriami, jak na przykład taki batonik Bounty, skakali ochoczo klaszczą w rączki i czasem niestety lądując prosto w paszczy jakże cuchnącej psiej kupy. Następnie z parczku musieliśmy błyskawicznie biec do baru, gdzie każdy miał odśpiewać swoją zwrotkę na swojej wcześniej obranej pozycji. Mi przypadło w udziale: osoba 19 z tekstem: If you want it like I want it, gdzie wyskakiwałam zza śmierdzącego piwskiem i moczem baru. A także osoba numer 32 z tekstem: Can you feel the love? Szczerze powiedziawszy, miłości podczas nagrywanie tegoż klipu wcale nie czułam, ale za to inne zapachy, fakt faktem, obiły się o moje nozdrza, jakby to powiedzieć, dość intensywnie swym fetorem.

Był też basenik dziecięcy i taplający się w nim Dacz (basenik później został opróżniony w ten sposób, że jego zawartość została wylana tak po prostu, na podłogę w barze), była i dziewczyna przebrana za prostytutkę, byli nawet i rodzice pana młodego robiący niczym nachalni paparazzi co sekundę sweet focie. Myślę sobie: Mój boże! Co za freak show i cyrk na kółkach razem wzięty w typowym daczowskim stylu! Jednak gdy już po wszystkich krętkach i dokrętkach oglądaliśmy efekt końcowy, co to pan reżyser z X Factora wspólnie z panem kamerzystą wypłodzili, naprawdę szczęki w dół, fochy do domu i ironia do lasu, bo wyglądało to kurczę, no mega-wyrąbiście! Trochę podobnie, jak w tym klipie poniżej, tylko że lepiej, bardziej profesjonalnie i z większą fantazją no i bardziej w daczowskim stylu!



I mimo tych sześciu godzin ciągnących się w nieskończoność w tym powalającym moje nozdrza smrodku, i mimo obecności, jakże to licznej i nikczemnej liczby Daczów, naprawdę, naprawdę super było wziąć udział w tym jakże nietypowym przedsięwzięciu. Nawet kosztem snu, focha i nieegoistycznych pobudek. Co więcej, naprawdę nie planowałam wybrać się na owo wesele w sierpniu (mimo wielkich protestów lubego, ale naprawdę miałam być wtedy bardzo niedyspozycyjna, wiecie, zajęta pracą albo chora), to teraz wiem, że pójdę na ten ślub tylko dla tegoż wideoklipu! Co by nie mówić, byłam w końcu jego gwiazdą, osobą 19 i 32, więc to naprawdę nie byle jaka trzecioplanowa rola!

A teraz będzie bardzo DUŻOOOOOO zdjęć dla zobrazowania Wam tegoż arcydzieła daczowskiej fantazji. A jak tylko będę miała dostęp do materiałów wideo, obiecuję, że też pokażę! Chyba, że wcześniej puści to holenderska MTV albo X Factor i wtedy będę Was musiała rozliczyć z tantiemów ;)











Brak komentarzy:

Prześlij komentarz