sobota, 22 czerwca 2013

Dawaj mi tu tego pampersa, czyli jak Dacze... piją

Z góry Was Kochani przepraszam za tą długaśną przerwę w postowaniu, która spowodowana była 35-stopniowymi upałami we Wrocławiu. No i zamiast pisać o wydaczaniu, to się wypolszczałam. A to na zmianę siedziałam w klimatyzowanym kinie nadrabiając zaległości w polskiej kinematografii (gorąco polecam Dziewczynę z szafy!!!), to w tamtejszym Aquaparku, a to siedząc na rynku i pijąc piwo z dawno niewidzianymi znajomymi (Iga, Milka, Marza - pozdrawiam!!!). Zatem już nadrabiam zaległości, bo pogoda w Amsterdamie, cóż za zaskoczenie, zadziała na moje powrocławiowe rozleniwienie, jak zimny prysznic - dosłownie i w przenośni.

Zatem dziś zamykamy cykl Wydaczonych Pogromców Mitów, bo jak to mówią, do trzech razy sztuka, third time's a charm i raz, dwa, trzy, Baba Jaga patrzy. Trzy to magiczna liczba i trzy to mój numer w podstawówce w dzienniku, więc trzy przykłady tak pięknie nam zamkną ten pierwszy cykl. Było już więc o holenderskiej tolerancji, liberalizmie, a dziś będzie tak, jak wcześniej obiecałam. Będzie zabawnie i z przymrużeniem oka. Trochę w temacie wrocławskich doświadczeń, czyli będzie trochę po polsku, czyli trochę o piciu. A dokładniej o kulturze picia, a jeszcze dokładniej, o braku kultury picia. W Holandii, rzecz jasna. Czyli dziś zamienimy tezę w antytezę. Czy jakoś tak. Zatem jedziemy z tym koksem. Let's get this party started!

Człowiek nie wielbłąd, pić musi. Tyczy się to każdej rasy, każdej nacji, każdej płci czy każdej orientacji. Zwłaszcza w takim Wrocławiu, na przykład, gdzie słońce topi niemal mózg i wypala szare komórki. Trzeba więc wtedy bardzo uważać, aby się regularnie nawadniać. A po upalnym dniu nic nie smakuje lepiej, niż piwo po zachodzie słońca w plenerze. Jednak co kto woli. Bowiem u każdego ta sztuka "nawadniania" wymaga innej 'oprawy'. Oto kilka bzdurnych przykładów, jak i kto może pić:

 Anorektyk - nie zagryza. 
Egzorcysta - pije duszkiem. 
Grabarz - pije na umór. 
Higienistka - pije czystą. 
Kamerzysta - pije, aż mu się film urwie.
Ksiądz - pije na amen.
Lekarz - pije na zdrowie!
Matematyk - pije na potęgę.
Syndyk - pije do upadłego.
Członkinie Koła Gospodyń Wiejskich - pija, tańczą i haftują.

I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej. A jak piją ogólnie Holendrzy w porównaniu z Polakami? No cóż, to chyba zależy od tego, co piją. My-Polacy dzięki naszym genom największą tolerancję mamy na wódkę. W przeciwieństwie do Holendrów, którzy osiągnęli światowe mistrzostwo w piciu piwa. Nie bez kozery chyba najsłynniejszą i najbardziej popularną marką browaru na świecie jest Heineken. Piwo z pradziada na dziada w 100% holenderskie. Heineken to duma tutejszej gospodarki. Będąc w kinie na ostatnim Bondzie, gdy tylko na ekranie pojawiała się butelka Heinekena w dłoni Daniela Craiga, Dacze krzyczeli, klaskali i gwizdali, jakby oto to po raz pierwszy na ekranie oglądali gołą babkę. Na Skyfall panowała atmosfera takiego podniecenia, jak na meczach polskiej reprezentacji, gdy uda się naszym strzelić jakiegoś gola. Holendrzy więc mają swoje piwo, tak jak Francuzi wino, a my na spółkę z Ruskami wódkę. I oni nie tyle, co lubią pić piwo, ile kochają to robić.


 Skoro więc my-Polacy mamy milion sposobów na picie wódki, tak i Holendrzy opanowali sztukę picia piwa w każdej pozycji, w każdej konfiguracji i w każdej formie. I tu mam dla Was naprawdę "świetny" przykład. Sztukę picia piwa opanowali tu do perfekcji, jak to wszędzie na świecie, oczywiście studenci. Aż już zwłaszcza ci z tak zwanych 'bractw' tudzież stowarzyszeń. I raz znajomy lubego opowiadał, jak to dawien dawna za studenckich czasów zrobili sobie w swoim bractwie konkurs picia piwa. Oczywiście zabawa polegała na wlaniu w siebie jak największej liczby browarów. Niby nic odkrywczego, nic specjalnego, nic zaskakującego, ale... Ale dla "urozmaicenia" zabawy nikt nie mógł w trakcie tegoż wyścigu pijaństwa pójść do toalety, aby móc opróżnić sobie pęcherz. Teraz pewnie myślicie, że przegrywał ten, kto pierwszy wstał od stołu, aby polecieć do WC i szybko sobie ulżyć. Otóż nie. Chłopcy urządzili sobie te zawody ubrani w... pampersy dla dorosłych. I tak siedzieli aż, cytując znajomego lubego, pieluchy ważyły kilka dobrych kilo. Nie wiem jak u Was, ale u mnie w akademiku za studenckich czasów robiło się wiele hardcorowych imprez i szalonych rzeczy, ale nigdy nie słyszałam, by ktoś zrobił sobie zawody na to, kto po wychlaniu niezliczonej ilości piwska będzie mieć cięższą... pieluchę. Amen.


Choć z drugiej strony to prawda, że Holendrzy nie upijają się tak bardzo i z taką częstotliwością, jak Polacy. Ale ponieważ, jak już to mogliście wywnioskować przy obalaniu innych mitów przy poprzednich postach, Dacze jako mistrzowie kamuflażu, pozorów i wszelkich szuflad czy też szufladkowania, inaczej piją w swoim kraju, a inaczej na wakacjach. Gdzie w Holandii z piciem idzie klasa i umiar, tyleż poza granicami Holendrzy lubią sobie trochę "zaszaleć". True story z tego cyklu miałam "przyjemność" doświadczyć dawien dawna, gdy jeszcze mieszkałam w Polsce. Luby wówczas przyjechał ze znajomymi na weekend do Wrocławia. I wtedy to też pojęłam, że gdy taki przeciętny Dacz spuści się ze smyczy, i czy to wyjedzie z kraju na kawalerski wieczór, czy przysłowiowego sanatorium w Ciechocinku, to wychodzi z niego taki mały cham na salonach. Gości wówczas tak poniósł melanż, że prawie obudziliby się na Kamczatce bez gaci, bo trzy razy na własne i nieprzymuszone życzenie prawie dostaliby w mordę. Albo dupę, kto co woli. I to w różnych knajpach i od różnych towarzystw. A raz za to, że wylali całą zawartość Johnny Walkera na bogu winną dziewuchę. Bo to przez to, że Johnny taki był tani tłumaczyli. A drugi raz dostaliby od mojej dobrej koleżanki, którą potraktowali, jak biedną polską i plebejską dziewuchę. Aż koleżanka, która była wielką fanką Holendrów i zawsze widziała ich jako gentlemanów w lśniącej zbroi z kapsli od Heinekenów, prawie jednemu przywaliłaby i to nie z plaskacza, ale z pięści. No i to ja sama bym im w końcu prawie wymierzyła cios i to poniżej pasa, gdy to w środku w nocy zwalili się do naszego pokoju hotelowego pozyskawszy kartę w ten sposób, że jeden z nich podał się za lubego i płakał, że zgubił cały portfel z kartą do pokoju. No albo mu ukradli, jak to Polacy. Piąta nad ranem a tu ktoś wchodzi, zapala światło i rozczarowany krzyczy po angielsku, że jednak nie przyłapali nas na uprawianiu seksu (a cytując fuckingu). No kultura pełną gębą...


Największym paradoksem w tym wszystkim jest fakt , że taki właśnie Polak w Holandii (i w sumie nie tylko tutaj) jest w daczowskim wyobrażeniu stereotypowym pijakiem. Z poprzednich postów już wiemy, że Polak nosi wąsa i biegle posługuje się słowem kurwa. Teraz dochodzi do tego jeszcze hobby w postaci nieustannego picia. No cóż, lata komuny bardzo rozpiły naszych ojców, ale no bez przesady, że robimy tak wszyscy, w każdym pokoleniu i w tym samym stopniu. Choć oczywiście za kołnierz nie wylewamy. Bo przecież logiczne, że szkoda. Jednak i tak bardzo często holenderscy znajomi lubego pytają mnie, niby to w żartach, czy w dzieciństwie zamiast oranżadki, dostawaliśmy wódkę? I czy nasza mocna głowa do picia to zasługa ssania wódki z mlekiem matki? I czy w ogóle w naszych żyłach zamiast krwi płynie wódka, skoro pijemy ją na śniadanie? To taki ich żarcik, oczywiście. Ach, to holenderskie poczucie humoru. O nim też kiedyś będzie w osobnym poście ;)

Zatem konkluzja jest taka, że u Daczów picie nie zawsze idzie w parze z kulturą. A już zwłaszcza poza granicami Holandii. I Holendrzy mogą śmiać się z Polaków, że to pijaki, ale sami w tym temacie często wykazują o wiele większą fantazję i anty-kurtuazję.

4 komentarze:

  1. Jak tak czytam i czytam tego bloga to, aż mi trochę wstyd. Spora część Polaków to patologiczna masa i niestety takich widać zawsze najlepiej. Pocieszam się, że inne narody mają swoje wady i jacyś tacy najgorsi na tym świecie nie jesteśmy :D

    OdpowiedzUsuń
  2. A pewnie, że nie jesteśmy najgorsi ;) Polacy i Holendrzy razem wzięci pewnie i tak nigdy nie przebiją 'bunga bunga' party Berlusconiego ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Co do "kultury" picia to z doświadczenia wiem, ze rożnie z tym bywa. My jako Polacy, mamy ogólnie opinie w Europie osób za kołnierz nie wylewających, ale po rocznym pobycie w Anglii uświadomiłem sobie, ze nie jesteśmy tymi, którzy pija dużo (angole rozpoczynali poniedziałkowy dzień roboczy, od snucia barwnych opowieści jak to zaczęli pięknie piątkowy wieczór, by obudzić się po melanżu w niedziele wieczorem).

    Raczej innością w naszym wypadku jest sposób spożywania alkoholu - wolimy pic TANIO - czyli w domu, na ławkach w parku (co jest nam skutecznie przez rząd utrudniane), parapetówkach, imprezkach itp. Picie w barach - zwłaszcza drogich alkoholi - jest dla nas po prostu w kraju za drogie, wiec wolimy kupić kilka browców lub połówkę w Biedrze i rozkoszować się nimi na działce.
    W Holandii jest inaczej - pije się w knajpkach i barach, a ze to kosztowne wiec Holender się nie upija, bo sknerstwo jednak w narodzie zakorzenione głęboko, a i do domu rowerem trzeba wrócić.

    A co do zamiłowania do piwa to powiem szczerze ze zawsze podobała mi się kultura czeska, gdzie młodzi ludzie łącza picie piwa z zabawami ruchowymi (przykładowa gra w coś w rodzaju naszego zbijanego, ale z obowiązkowa kolejka po każdym zbiciu przeciwnika, co oczywiście po kilku rundach zabawy kończy się komicznym bieganiem wstawionych młodych ludzi z piłka) oraz angielskie puby, które często w środku wyglądają jak klasyczny angielski salon mieszkalny (z wykładzinami, drewniana lamperia i dziwnymi tapetami w kolorze ecru), co by każdy czuł się jak u siebie w domu.

    Jednym słowem, co kraj to obyczaj, a alkohol i sposób jego spożywania jest ważnym elementem każdej kultury.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Faktycznie, nie pomyślałam o tym, że wrodzone skąpstwo Daczów może tłumaczyć dlaczego tak się nie upijają u siebie w kraju, ale za to w Polsce nie tyle, co piją, ile chleją na maksa ;) Bo u nas jest po prostu dla nich tanio. I taksówką można nawet do hotelu wrócić, bo też jest tania.
      Faktycznie wiele słyszałam historii Daczów, czegoż to nie wyprawiali i czegoż to nie pili na Ukrainie na Euro 2012, a tam, to jeszcze taniej niż u nas ;)

      Usuń