poniedziałek, 3 czerwca 2013

50 (euro)cent of shame, czyli historia Basi

Poniedziałek. To zdecydowanie mój najmniej ulubiony dzień tygodnia. Zwłaszcza, gdy po intensywnym weekendzie trzeba dość szybko nadrobić zaległości w pisaniu. Cóż poradzić, że od piątku trwa impreza, a melanż poniósł mnie bardziej, niż nadgorliwość Fibaka w byciu "swatką".

Zaczęło się od Basi, która w piątek wyciągnęła mnie do bardzo fancy klubu w industrialnej części miasta, czyli do The Harbour Club. Jak usłyszał to mój luby, to zaczął na poważnie martwić się o swój status, bowiem jak ponoć gminna wieść głosi, Harbour Club to dobre miejsce na łowy, i nie chodzi tu tylko o dobrze biorące ryby z ulokowanej tuż przy klubie wody.

W każdym razie, klub jak na Amsterdam niesamowity, bo z niesamowitą powierzchnią 2200 m², o czym w centrum miasta można tylko pomarzyć. Jednak jak się okazało na miejscu, jakaś firma consultingowa zorganizowała tam tego wieczoru prywatne i bardzo pod krawatem party (co tłumaczyło nasz wcześniejszy problem z zaparkowaniem), więc część klubową oglądnęłam sobie tylko zza szybki. No szczerze mówiąc, klub daje radę.

Siadłyśmy więc przy barze, ja sącząc wino, Basia soczek i jak to dwie babeczki w piątkowy wieczór, zaczęłyśmy plotkować o bzdetach, dietach i facetach. Basia, piękna, zawsze uśmiechnięta blondwłosa pani stomatolog, przeprowadziła się do Amsterdamu z tego samego powodu, co ja, czyli dla swojej miłości. Stety, niestety miłość Basi nie przetrwała, ale ona sama postanowiła wcale nie wracać do Polski, tylko już na dobre zapuścić korzenie w Holandii (przynajmniej dopóty dopóki nie pojawi się okazji do przeprowadzki do ukochanego przez Basię Monako).

No to może kochana masz jakąś dobrą historię na Wydaczonych, coś może właśnie ze swoim byłym mężem? Zapytałam. A Basia mieszkająca już dobrych kilka lat w Amsterdamie ma w swoim repertuarze nawet nie jedną, a kilka naprawdę dobrych historii. Zatem dziś niczym z Opowieści z krypty poznacie historię Basi z cyklu kochajmy się jak bracia, a liczmy jak Żydzi.

 O skąpstwie Holendrów w sumie to już nie pierwszy, czy drugi raz słyszałam, choć co ciekawe, nigdy jeszcze nie miałam okazji doświadczyć tego skąpstwa w swojej, już rocznej tutaj, praktyce. I bym zapomniała! Wczoraj stuknął równo rok, kiedy się przeprowadziłam do Amsterdamu! And I survived! Na zdrowie! W każdym razie, Basia sięgnęła po historię grubego kalibru, czyli Dacze jadą razem na wspólny weekend. Z Basią, oczywiście.

Kilka lat temu Basia ze swoim (teraz już eks) małżonkiem i jego znajomymi pojechali na wyspę Ameland. Wyspa nota bene niesamowita, bo można dojść na nią z lądu po... dnie morza, gdyż ta wyspa ma to do siebie, że woda wokół niej cofa się, bodajże, dwa razy dziennie. Fajna sprawa, fajny spacerek, tylko jak to w przypadku wycieczki Basi się stało, lepiej nie mieć nowicjusza za przewodnika, który w pewnym momencie w drodze powrotnej ... zgubił się. Trzeba było zacząć więc biec, aby zdążyć przed napływającym z powrotem morzem. Ale do sedna, bo nie o tym miała być historia.

To, że Dacze są strasznymi sknerami, słyszałam już na dzień dobry i  to nawet od samych Daczy we własnej osobie na kursie językowym, na który zapisałam się kilka tygodni po swojej przeprowadzce. Ponoć jest tak, że gdy przyjdzie na Dacz kolej płacenia, ci często wymigują się. A to "zapomnieli" portfela albo swojego passje, czy jak tam to Holendrzy sobie zwą karty do bankomatu. No to pytam Basi, jak bardzo znajomi jej męża byli takimi sknerami. No byli na tyle, by siadła cała atmosfera na wycieczce, kiedy wieczorem przyszło im się rozliczać. Ja kupiłem colę dla wszystkich, a ja chusteczki,a ja orzeszki i tak na wyliczeniu każdego eurocenta holenderski team spędził cały wieczór w Ameland. W międzyczasie doszło kilka razy do naprawdę ostrych wymian zdań, niemal kłótni, by na sam koniec okazało się, że jedni byli winni drugim... 50 eurocentów... 


Wiesz, to byli normalni, wręcz bardzo dobrze sytuowani ludzie. Tłumaczy mi Basia. Pytam więc męża, czy to normalne? A on, że normalne. Normalne. Że oni tak zawsze. I w sumie z powiedzonka kochajmy się jak bracia, liczmy jak Żydzi zostaje po tej historii tylko część po przecinku. No bo co tu by dużo mówić, słyszę wokoło, że tak ma właśnie dużo Holendrów, choć z własnego doświadczenia nie mogę tego stwierdzić.

I z tym optymistycznym akcentem opuściłyśmy The Harbour Club i pojechałyśmy z Basią na wieczorek salsy, gdzie moja towarzyszka była niekwestionowaną królową parkietu!

Z dalszej części weekendu należy wspomnieć jeszcze gorączkę sobotniej nocy, czyli niezapomniane urodziny Hani z Haarlemu w tematycznym stylu, czyli goście przebierają się za postacie z filmów (ja - Mia z Pulp Fiction, luby - Gatsby z Wielkiego Gatsby). A w niedzilę bieg po wodę dla Kenii, czyli Rock and Run na Jordaanie, czyli bieg na 6 km lub 12 km, a później picie piwa i słuchanie pseudo-rockowej muzyki na żywo (zdjęcia z biegu możecie obejrzeć na fanpage'u Wydaczonych). I  największa niespodzianka, i atrakcja weekendu, czyli piękne upalne niedzielne popołudnie! Najpiękniejszy dzień w roku, czyli lato w Holandii już za nami! A teraz ja zatańczę specjalnie dla Was, czyli filmowa wersja Ona tańczy dla mnie!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz