sobota, 11 maja 2013

Zwyczajne piątkowe party w Amsterdamie mające coś tam wspólnego ze służbą zdrowia

Człowiek tak chciałby chronologicznie, ale że od czasu mojej przeprowadzki minął już prawie rok, ciężko będzie mi zachować linearność tej historii. Kogo ja oszukuję. Po prostu szykujcie się na jeden wielki chaos ;) No bo niech wyliczę: był już post o przyczynie wyprowadzki, było już o samej przeprowadzce, a teraz wypadałoby coś napisać o początkach w Amsterdamie. A tu guzik. Klops. Ten post będzie częściowo o służbie zdrowia w Holandii.

I uwierzcie mi, bynajmniej nie planowałam poruszać tego tematu w najbliższej przyszłości, ale że okoliczności wczorajszego wieczoru, że tak ujmę, sprzyjają tej materii, no to czemu by jej dziś nieco nie uszczknąć.

Zaczęło się niewinnie. Jak zawsze zresztą. Mój luby zostawiwszy mnie samą w naszym gospodarstwie domowym, wyjechał na weekend z dziesiątką innych facetów świętując ich dziesiątą rocznicę znajomości. Wiem, brzmi to jak początek taniego gejowskiego filmu pornograficznego, ale jeśli wziąć pod uwagę fakt, że w Holandii, podobnie jak w Stanach Zjednoczonych, dość prężnie funkcjonują stowarzyszenie studenckie, to takie spotkania mają swój pewien sentymentalny sens. To taka holenderska Kappa, Gamma czy co tam pokazują na amerykańskich filmach typu American Pie czy Road Trip (pod polską nazwą bardziej znany jako Ostra Jazda). Jak już się raz zgrupują w jakiś klub czy stowarzyszenie, to tak zostaje im aż do śmierci.

W każdym razie, dziewczyna przyjaciela mego lubego i nasza nota bene sąsiadka, skończyła okrągłą 30-tkę. Mnie to na szczęście nigdy nie spotka, bo sukcesywnie od trzech lat obchodzę co roku 25 urodziny. Polecam. To lepiej odmładza niż botoks. Zatem, mimo nieobecności mojego partnera postanowiłam twardo ruszyć na ten event. Asekuracyjnie miałam w planach drugą imprezę InterNations w Little Buddha.

Idę tam twardo (a raczej jadąc na moim żółtym, zardzewiałym i brzydkim rowerze) wiedząc, że A – będę tam jedyną Polką, B – będę tam jedyną obcokrajanką, C – jedyną osobą nie mówiącą (jeszcze) płynnie po holendersku. Idę tam z przekonaniem, że A – raz kozie śmierć (no bo ile razy koza może umierać?), B – może będzie ciekawy temat na bloga, nawet jeśli nikt ze mną nie będzie rozmawiać, C – event ma miejsce w magicznym miejscu, bo w muzeum Pianoli.

Wchodzę. Pod pachą mam polską wódkę w reklamówce z Alberta Heijna. Na prezent oczywiście. Otwiera mi Laura, solenizantka. Na progu bije mnie po oczach swoim pierścionkiem zaręczynowym. Przysięgam, gdyby miała okulary, porysowałaby mi szkła, skubana. Piękny – pieję z zachwytem. Dzięki, to wzór tego, co ma księżna Kate. Szafir i diamenty dookoła. I rest my case.


No to brnę w to dalej. Laura w środku patrzy na mnie zrezygnowana rozglądając się dookoła i mówi: to są starzy znajomi, a to jeszcze starsi, o, a tu mój brat i Mischa. O super! Mischę znasz. No i oczywiście Jasara (Laury narzeczonego). Znam znam. Potakuję. Super, no to poradzisz sobie! Klepie mnie Laura po plecach i idzie do swoich znajomych. Chyba to nie był najlepszy pomysł, że tu przyszłam. Karcę się w myślach. Ale cóż teraz zrobić? No to uderzam do Mischy.

O pieluchach, kupach i karmieniu rozmawiam z Mischą sącząc lampkę czerwonego wina. Tu, pewnie myślicie, nastąpi zwrot akcji w stronę służby zdrowia. A guzik! Nasza rozmowa trwa niecałe piętnaście minut, bo Mischa musi wracać zaraz do Rotterdamu i nakarmić swojego maluszka. Bo wiesz wiesz Renata, jak nie nakarmię go, to mi piersi eksplodują z bólu. Nie, nie wiem. No to mi został jeno tylko Jasar, który gdzieś się zawieruszył.

Idę do innego pomieszczenia. O jest! Siedzi tam sam jakiś Dacz! Jest więc szansa na konwersację po angielsku. Niestety po pięciu minutach całkiem miłego small talku, przebiega jego dziewczyna ostentacyjnie całując go i wyciągając do mnie rękę niewyraźnie wymawia swoje imię. Where are you from? Poland - odpowiadam. Ooooo, Poland, okey. I to by była moja ostatnia konwersacja tego eventu. Wytrzymałam godzinę. Sama. Z samymi Daczami. Mój boże, chyba nigdy nie czułam się na żadnej imprezie bardziej samotna.

O, w sumie skłamałam. Miałam jeszcze jedną rozmowę przy papierosie z bratem Laury. Skąd znasz Laurę? Przez swojego chłopaka. Odpowiadam grzecznie. Aaaa, no ale co tu w sumie tak sama robisz? Chcesz być „social”? O sorry, to nie tak miało zabrzmieć. Ale w sumie tak zabrzmiało. I z tym optymistycznym akcentem opuszczam to party. Biorę swoje żółtko (tak zwać się będzie na tym blogu mój legendarny rower) i ruszam na miasto. Pora na imprezę z bardziej mieszanym towarzystwem.

Parkuję żółtko na Leidseplein i ruszam na imprezę InterNations. Tam zawsze spotkam jakiś znajomych. I tu się nie pomyliłam. Spotkałam kilku i w tym jednego szczególnego. I właśnie tu zaczyna się historia związana ze służbą zdrowia, ale żeby ją dokładniej nakreślić, cofnę czas o jakieś dwa miesiące.

Zdarzył się wtedy pewien niepokojący incydent związany z moim zdrowiem. Jako że jestem krypto-hipochondryczką a dodatkowo właśnie wykryto nowotwór żołądka u mojego dziadka, natychmiast poszłam do lekarza. W Holandii, jak w Polsce, ze wszystkim co nie nagłe i śmiertelne, wpierw uderzasz do doktora rodzinnego. Wcześniej rejestrując się w przychodni, można sobie takiego wybrać. Nauczona doświadczeniem, wybrałam lekarza-faceta. Nie żebym uważała, że kobieta-lekarz byłaby gorsza, ale w sumie tak uważam. Ale przez doświadczenie, a nie przez antyfeministyczne przekonania. I tu nie widziałam, że w Holandii lekarze pierwszego kontaktu, są naprawdę lekarzami p-i-e-r-w-s-z-e-g-o  k-o-n-t-a-k-t-u. Łącznie z badaniami ginekologicznym. No ale lekarz, to lekarz. Niejedno w życiu widział i nic, co ludzkie, nie jest mu przecież obce. Hę?

Zatem idę z moją „przypadłością” i dostaję skierowanie na specjalistyczne badanie, na które w Polsce czekałabym minimum cztery miesiące. Tu czekałam cztery dni. So far, so good, myślę. Służba zdrowia w Holandii działa zdecydowanie lepiej niż w Polsce. Delikatnie mówiąc. Ale, ale, ale, żeby wykluczyć inne przyczyny wpierw pan doktor musiał….

Naprawdę nie będę i nie chcę tego opisywać. Powiedzmy jednak, że nie jest to człowiek, którego po tym fakcie wolałabym oglądać w innych okolicznościach, niż wizyta lekarska i w innym miejscu, aniżeli budynek mojej przychodni. No ale życie no. Zdrowie przecież jest najważniejsze. A! I dodam tylko, że doktor jest młody i bardzo (choć nie tak oczywiście, jak mój luby!) przystojny. Choć niewiele miałam okazji, by przyjrzeć się jego twarzy akurat.

I wracamy do Little Budha oraz imprezy InterNations. Tańczę więc ze znajomymi, robię na parkiecie piruety i oddaję się rytmom salsy, kiedy w tłumie dostrzegam znajomą twarz. Nie wiem kto to jest, coś mi tam świta, no skądś znam tego gościa. Na pewno nie z poprzednich imprez InterNations, to chyba jakiś znajomy mojego lubego. Dziwne, bo z definicji InterNations jest klubem dla obcokrajowców żyjących w Holandii, choć zdarza się, że na te imprezy przychodzą jacyś Holendrzy na podryw.

O, to były współlokator mojego lubego, myślę. Podchodzę się przywitać. Patrzy na mnie zdziwiony. Pudło. To nie jego współlokator. Okej, pytam skąd się możemy znać. Wylicza. Nie, nie, nie. No to on wtedy podaje nazwę mojej przychodni. O kurwa! (pardon my french). To mój lekarz! Ładnie tańczysz salsę. Skwitował. Chyba też mnie nie poznał, ale i tak zmieniam przychodnię!!!

5 komentarzy:

  1. hahaha :)
    Ciekawa jestem czy jak już obchodziłam swoje 30-te urodziny, to mogę je anulować i cofnąć się w czasie, czy coś innego i ponownie obchodzić 25-te? czy wówczas taki manewr miałby działanie podobne do botoksu? :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Może być ciężko i nieco za późno ;) No albo pozostaje ten botoks, albo obchodzić od teraz w kółko 30-stkę ;)

    OdpowiedzUsuń