środa, 15 maja 2013

Żółtko po, świętej pamięci, Janku

 W Amsterdamie rower to podstawa. Dowiezie cię wszędzie i szybciej niż samochód, a zamiast paliwa spala (twój) tłuszcz. A jeśli masz to szczęście, że pogoda ci dopisze (czyli w sumie jakieś 80 dni w roku), to możesz nawet podziwiać widoki miasta i błękit nieba odbijający się w tafli kanału. Brzmi sielsko-anielsko? To teraz uważajcie, by ten blask słońca nie oślepił was na tyle, abyście razem ze swoim rowerem nie skończyli, jak w tym jałowym dowcipie. Wpadł do kanału i koniec kawału.

Mój pierwszy rower w Amsterdamie dostałam od swojego lubego, jako prezent powitalny kilka dni po mojej przeprowadzce. Był doskonały. Dziewiczy, piękny, kobiecy i beżowy, jak obecnie moja stara sukienka komunijna. Nazwałam go Janek na cześć drugiego imienia lubego. Pachniał nowością i nie wydawał żadnych niepokojących odgłosów. Siodełko miał wygodne, hamulce sprawne. Słowem, woziłam się nim, jak dresiara w beemce.

Już trzeciego dnia miałam wypadek. Wtedy pojęłam pierwszą zasadę rowerzysty w Amsterdamie. Ścieżka rowerowa jest tu zawsze po prawej oraz lewej stronie drogi (a nie jak w Polsce, gdzie popadnie). Więc jazda po prawej stronie oznacza tu jazdę po prawej ścieżce rowerowej, a nie, jak w moim pierwotnym mniemaniu, jazda po prawej stronie oznacza jazdę po prawej stronie jakiejkolwiek ścieżki rowerowej. Jankowi na szczęście nic się nie stało, ja wyszłam z tego wypadku z dożywotnią dwu-centymetrową blizną tuż pod kolanem. Cóż, życie w Amsterdamie hartuje.

Z Jankiem było nam dobrze. Wszyscy go podziwiali. Mówili: Dziewczyno, ale masz rower! Zobaczysz, jak ci go szybko skroją! Zazdrośnicy. Ale mieli rację. Janek już po trzech tygodniach od momentu jego zakupu został skradziony pod osłoną nocy. Zostało mi po nim jeno tylko przednie koło, łańcuch i kartka z numerem telefonu (zapewne zostawiona przez perfidnego złodzieja!) oraz napisem: Is deze band te koop? (Czy to koło jest na sprzedaż?) Janek zniknął z mojego życia, jak niezapowiedziany koniec Mody na sukces. Ta strata bolała. I boli do dzisiaj. Choć na pocieszenie wszyscy mi mówili: Teraz już oficjalnie możesz nazywać siebie mieszkanką Amsterdamu!


Kolejna nauka za mną: łańcuch od roweru zapinaj na ramie, a nie na kole... matole. Tym razem swoją edukację przypłaciłam Jankiem. Nie było warto. Luby jeszcze tego samego dnia kazał zrzucić mi czerń, zapomnieć o żałobie i zaciągnął mnie do sklepu z rowerami. I tu mała dygresja, wszech-znany sekret mówiący, iż w Amsterdamie można kupić rower u ćpuna za 15 euro albo w sklepie za 150 euro. My z lubym nie wspieramy jakże nieszanowanego zawodu złodzieja, a już zwłaszcza, gdy złodziej cały dochód z kradzieży przeznacza na narkotyki. Zatem rowery zawsze kupujemy w sklepie "przepłacając" te 1000%. A tu dygresja dygresji, dość zabawna anegdota. Lubego siostra kiedyś zapięła swój rower, poszła do sklepu, zrobiła zakupy, a gdy po dziesięciu minutach wróciła, roweru już nie było. Na szczęście z pomocą przyszedł jej pan oferujący kupienie dorodnej sztuki za jedyne 20 euro, która akurat okazał się być jej własnym rowerem...

Wracając do świętej pamięci Janka. Jesteśmy w sklepie, pora wybierać. Nauczona doświadczeniem nie mogę już kupić nowego roweru, bo drugiej takiej straty zaledwie po trzech tygodniach znajomości nie przeżyję. Nie mówiąc już o stracie pieniędzy. Rowery kradną tu częściej, niż Cyganie skarpetki na bazarze (sorry za to stereotypowe porównanie, brak pomysłu i czasu na inne), więc wybieram wśród używanych. Ceny może z 20 euro niższe, niż za nowe sztuki... To boli. Może spytamy w sklepie, czy jak damy im to koło, co zostało po Janku, to dadzą nam zniżkę? Pociesza mnie luby. Lub dobija, jak to woli. Rozglądam się. Żaden mi nie pasuje. Wszystkie są brzydkie, stare i rozklekotane, jak powoli wychodzące z obiegu sześćdziesięcioletnie prostytutki na red light district. A ten żółty? Pyta luby i ciągnie dalej. No kto chciałby ukraść taki brzydki żółty rower? Złe pytanie. Raczej, co za idiota chciałby w ogóle na takim g*wnie jeździć? Po dziesięciu minutach wyjeżdżam ze sklepu na Żółtku zakupionym ze zniżką w wysokości 15 euro. Uzyskaną za jankowe koło, oczywiście.

To już dziesięć miesięcy, jak jesteśmy razem z Żółtkiem. Żółtko przy jeździe klekocze bardziej, niż Kaczyński przy każdej próbie wypowiedzi, czasem zacinają mu się hamulce, miał już wymienione obie lampki i przednią oponę, siedzonko ma wygodne, jak "fotele" w Wizz Airze, ale nikt go, odpukać, jeszcze nie chciał ukraść. Z kolejnych plusów: nieważne w jak zatłoczonym miejscu go zaparkuję, zawsze potrzebuję sekundy, by go zlokalizować. I żółtka utopić się nie da w żadnym kanale. Ten kolor, jak podejrzewam, przebije nawet z najgęstszego mułu. Ale z drugiej strony, po co miałabym się go pozbywać? Już tyle razem przejechaliśmy ze sobą, że czasem mam wrażenie, jakby to Żółtko, a nie Janek, po raz pierwszy mnie tu wydaczył. I tylko w chwilach nostalgii myślę, co się właściwie teraz dzieje z moim Jankiem? I wtedy gorączkowo wypatruję z okna, czy mój Żółtek jeszcze tam przy moście stoi. I za każdym razem widzę, że wciąż czeka na mnie, jak Hipster na nowego iPhona albo lody od Grycana o smaku soli.

6 komentarzy:

  1. szkoda, mieszkałem w Amsterdamie parę miesięcy i nikt roweru mi nie ukradł (a był to najlepszy rower jaki w życiu miałem), na pożegnanie zostawiłem go znajomemu Holendrowi :)) A kupiłem ani od ćpuna, ani w sklepie, tylko od poznanego miesiąc wcześniej Meksykanina (rower praktycznie nówka), który ruszał w dalszą podróż.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo to był dobrze zapinany rower :) Ja niestety raz przewiesiłam tylko na kole łańcuch i już Janka nie było. Ale może to był "urok" mieszkania w dzielnicy Pijp, lubemu też tam ukradli rower spod domu (ale to był ósmy w jego życiorysie, więc się tak już nie przywiązuje do swoich rowerów)
      Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Czy z tą kartką na skradzionym kole to jest true story? Co za bezczel!

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie wiem czy mój komentarz z przed chwilą poszedł, ale czytam bloga od najstarszego do najnowszego posta, jestem tu, Maj 2013 :) służy mi jako relaks przy szukaniu pracy nooo nie w Holandii, ale blisko u sąsiadów w Belgii, AHOJ - Paulina K.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ahoj Paulino!
      Miłego zatem relaksu i powodzenia w szukaniu pracy w Belgii :)
      Pozdrawiam ciepło!

      Usuń