piątek, 10 maja 2013

Wyprowadzka, wesele i oczywiście wódka!!!


Wyprowadziłam się do Amsterdamu w piątek 1 czerwca 2012. Po nostalgicznym pożegnaniu  z przyjaciółmi dzień wcześniej w Cafe Kulturalnej mieszczącej się (jakże to symbolicznie) w Pałacu Kultury, ruszyłam w świat ze swoim lubym upchawszy cały swój dorobek we Fiacie Panda (!). Mój majątek składał się z kilku kolaży, niezliczonej pary butów i sukienek oraz trzech pojemników Tupperware (reszta, czyli jakieś pięćdziesiąt pozostałych pojemników, w tym mój ulubiony, specjalny do przechowywania serów, po prostu się nie zmieściły, bu…). I jadę.

Wyposażona w oszczędności (kochani dziadkowie!) i zero kredytów (kochani rodzice!) zaczynam nowe życie jako tabula rasa. Mam już plan na przyszłość, wiem, co chcę robić, jestem zdeterminowana! No po prostu Amsterdam stoi przede mną otworem niczym prostytutka zza szyby na Dzielnicy Czerwonych Latarni. Jest ekstra, myślę.

Najzabawniejszy w mojej przeprowadzce jest fakt, że na następny dzień, w sobotę, ruszaliśmy z moim lubym na wesele jego przyjaciela, który brał ślub z… Polką. Panna młoda, co prawda z matki Polki, ale z ojca Dacza, więc po polsku mówiła słabiutko. Można rzec, że została Wydaczona w stu procentach. Za to zjechało się pół jej rodziny z Polski, a ja, jako że krajanka, zostałam upchana do stolika z całą najbliższą familią. Dokładnie naprzeciwko samych nowożeńców, których to pierwszy raz widzę na oczy. Super, myślę. Dopiero co przyjechałam, a już mam fory ze względu na polskie pochodzenie!

I rzecz zabawna dzieje się dalej. Ponieważ na holenderskich weselach nie zwykło podawać się gościom obiadu, przystając na przystawkach w postaci popularnych tu, i zwanych przeze mnie, mięsnych kulek. Podawanych z musztardą. I z piwem. A tu obiad w pełni, muzyka gra, schabowy pierwsza klasa, zmrożona wódka na stole obok kielonka z polskim napisem Na zdrowie! No czuję się jak w domu! I jeszcze ten tort z Legoludkami! To znak, myślę. W tej Holandii to będzie mi jak w domu!
 

I siedzę, wódkę piję, wstaję i tańczę, by znów siedzieć i wódkę pić rozmawiając na zmianę to po polsku, to po angielsku. Towarzystwo pół na pół, połowa Polaków, połowa Holendrów. Holendrzy oczywiście o wiele bardziej zaprawieni niż Polacy (wiadomo, że trening czyni mistrza!), stąd Dacze bardzo towarzyscy i bardzo kontaktowi. Wylewni, jak mohery przy spowiedzi, opowiadają coraz to głośniej i coraz to bardziej sprośne kawały. Co za wspaniały naród!, myślę. A jacy otwarci. A jacy dowcipni!

I wtedy dostałam swoją pierwszą holenderską lekcję od życia, która przyszła rano w parze z kacem. Bynajmniej nie moralnym. Dać takiemu Holendrowi wódki, a dogadasz się z nim jak z Polakiem. No bo Holender bez wódki to… 
To tego dowiecie się z kolejnych postów!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz