wtorek, 21 maja 2013

Wat een kloteweer!

Czyli, w wolnym tłumaczeniu dzisiejszego tytułu, Co za gówniana pogoda! (choć google translate przetłumaczy wam słówko klote jako popierd******). Ten zwrot jest chyba najbardziej popularnym powiedzonkiem w Holandii. Na pewno najczęściej używanym. Wat een kloteweer! już samo automatycznie wydobywa się z moich ust, gdy otwieram z rana oczy. A zatem, panie i panowie, ladies and gentlemen, w ten oto sposób doszliśmy do najpopularniejszego tematu daczowych small talków - pogody.

Gdy zdecydowałam się przeprowadzić do Amsterdamu, mój luby zapomniał powiedzieć mi o jednym drobnym szczególe. W Holandii leje jakieś 300 dni w roku. Leje, bo tego nie można nazwać normalnym deszczem. Jak już zacznie padać, to często do końca dnia nie może skończyć. A zdarza się, że i do końca tygodnia. Albo miesiąca, ale tak dzieje się "tylko" latem. Każda następna wiosna jest tu najzimniejsza albo najbardziej deszczowa od któregoś tam 1900 albo 1800 roku. Jak ta obecna tu z 2013 roku, jest najzimniejszę wiosną od 1962 roku. Jakże pocieszający w tym wszystkim jest fakt, że nie cofamy się jeszcze do dat z epoki lodowcowej.

A zatem taka osoba jak ja, z wiecznym niedociśnieniem (raz było tak niskie, że skończyła się na ciśnieniomierzu skala) mówiąc kolokwialnie, ma tu przerąbane. By nie powiedzieć dosłownie, przechlapane. O, tak jak dziś, na przykład. Już drugi dzień leje prawie bez przerwy. Słońca nie widać do pięciu dni, ogrzewanie w mieszkaniu podkręcone niemal na maksa, a jak tak wyglądam sobie z okna, to nie widzę prawie ludziów, tylko podtopione łódki na Bloemgracht, a w tym naszą (aaaaaaaaaa!). No i już wiem, że w najbliższy bezdeszczowy dzień, trzeba będzie szybko wybrać wodę, aby nam łodzi nie zatopiło. Więc wesoło. Ale wracając do przechlapania. Wczoraj postanowiłam się rozgrzać i nasłonecznić. Podjęłam ku temu radykalne kroki i najpierw wybrałam się na solarium (mimo hipochondrycznej obawy przed rakiem skóry) a później saunę. W saunie poczyniłam ciekawą obserwację. Spośród pięciu Daczynek siedzących ze mną w saunie, tylko jedna nie miała silikonowych piersi. Więc albo moda na profilaktyczną mastektomię (jezu, jak to brzmi?!) zapanowała tu błyskawicznie, albo okazało się, że żyję w kraju przodującym w ilości operacji plastycznych (przynajmniej tych dokonanych na piersiach). Interesting.... I sasasasasa, jakby powiedział to w Krainie Deszczowców sławny badacz latających żab, profesor Baltazar Gąbka.


A tak na marginesie przydałaby mi się tutaj w Amsterdamie taka hybryda, jaką ma Smok Wawelski i Bartolini Bartłomiej herbu Zielona Pietruszka. Karramba!

Wracając do głównego wątku holenderskiej krainy deszczowców. Jeśli myślicie, że w taką pogodę nigdzie nie ruszam się moim żółtkiem, to a kuku. Jeżdżę, jeżdżę. Opanowałam już do perfekcji trudną sztukę jazdy z parasolką, choć nie powiem, nie przepadam zbytnio za tym sportem. Zawsze jadąc na rowerze z parasolem w ręce czuję, że to niemal oszukanie przeznaczenia, taka gra wstępna ze śmiercią. Zatem kiedy nie jadę na żadne spotkanie, a tylko na taką siłownię na przykład, biorę bluzę z kapturem swojego lubego i jego trampki (te holenderskie trampki jakoś tak wszystkie są cudownie odporne na szkodliwe i niszczycielskie działanie deszczu!). Zakładam kaptur i choć po dziesięciu minutach jestem mokra łącznie z bielizną, jadę bez parasolki. Jestem ekstremalną laską. I do tego stopnia wydaczoną.

Tak, tak. Wydaczoną. Holendra nie spotkasz w palcie przeciwdeszczowym, czy kaloszach (no w kaloszach Huntera czasem jakaś laska wyskoczy, ale to bardziej dla lansu niż wygody, czy tam jakieś ochrony przed deszczem). Kalosze i palta są dobre dla turystów. Tak jak i komunikacja miejska. Holendrzy tak sobie gadają Wat een kloteweer! ale w gruncie rzeczy są już do tej pogody dość przyzwyczajeni. Jednak gdy tylko zrobi się chociaż na chwilę ciepło albo słonecznie (o laboga! a jak już jest i ciepło, i słonecznie to Holendrzy cieszą się, jak w ZPN-ie z nowych premii!) Dacze natychmiast idą pić piwo na tak zwane tarasy (czyli stoją przed jakiś barem, piją piwo i gadają). To jest naprawdę niesamowite zjawisko, bo natychmiastowe i masowe. Tak jakby wszyscy czekali na te pierwsze promyki słońca przy telefonach. Stary, już nie pada! Idziemy na bro na tarasy! I nagle cały Amsterdam wyłania się znikąd. Jak oni t, do licha, robią?!

Najzabawniejszy w tym wszystkim, przynajmniej na dzień dzisiejszy, jest ten oto szkopuł, że w sobotę idziemy z lubym na wesele znajomych Daczów. Oczywiście nic w tym dziwnego by nie było, gdyby nie fakt, że ów znajomi zamarzyli sobie ślub w klimacie filmu "Pożegnanie z Afryką" (co dość mocno zaznaczyli na weselnym zaproszeniu - efekt możecie podziwiać na poniższym zdjęciu). Dość przewrotni ci Dacze, nie sądzicie? Zatem stroje obowiązują bardzo letnie, panie niczym Meryl Streep, panowie Robert Redford, a całość ma się odbywać w... lesie. I wszystko pięknie, idealnie, gdyby nie fakt, że z wyłączeniem jutra, przez najbliższych dziewięć dni ma padać niemal bez przerwy. Przepraszam. Lać, a nie padać. Więc jeśli ktoś ma jakiś pomysł na kreacje rodem z lasu deszczowego, to wiecie. To ja bardzo proszę. To ja bardzo chętnie. Karramba!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz