poniedziałek, 13 maja 2013

Oł maj Dacz!

Wracamy nieco do zachowania jakiegoś porządku i kolejności w tejże historii. Zatem niczym w antycznej tragedii, w prologu musi nastąpić przedstawienie bohaterów. Skupmy się dziś więc, jak Lewandowski na meczu z Realem, na Daczach. A dokładniej, na jednym szczególnym.

Polska Wikipedia nie za wiele ma do powiedzenia w temacie Holendrów. Poza wymienieniem ich liczebności (około 16 milionów w Holandii i 5 milionów w USA), religijnością (jeśli w ogóle już jacyś Holendrzy są religijni, czyli może z 30%-35% narodu, to co drugi będzie Katolikiem, a ten pierwszy Protestantem) i coś tam o plemionach (a kogo to w sumie obchodzi, że, cytując, Kolonistów holenderskich osiedlających się na ziemiach I Rzeczypospolitej nazywano „Olędrami”?!). Że o Wydaczonych nie wspomnę, że nawet nie wspomnieli. Pozwólcie więc, że nadrobię braki w tej, jakże niesłusznie ubogiej, niczym ksiądz po mszy wsiadający do Mercedesa, a nie Maybacha, wikipediowej lekturze.

Powszechnym faktem jest, że Holandia to najgęściej zaludniony naród w Europie. Więc i tak, i nie. Jak się mieszka w Amsterdamie, to tak. Jak się jedzie do choćby takiej prowincji kraju zwanej Zeeland, to nie. Kolejny fakt, Holendrzy to najwyżsi ludzie na świecie (przeciętny Holender ma ponad 1,80m wzrostu). Więc znowu, i tak, i nie. Jak się wyjdzie na ulicę, to tak. Jak się popatrzy na mojego lubego, wyższego ode mnie może o 2 centymetry (liczę 1,72m), to hmm. I powszechnie znany fakt numer trzy mówi, iż każdy Holender ma rower. Więc nie. Każdy Holender ma na stałym zbyciu ze dwa rowery (drugi to zazwyczaj góral kosztujący tyle, co średniej klasy używany samochód), a jak policzyć te, które mu wcześniej ukradli, czy utopił w kanałach, to uuuu. Bo jeśli masz taki kaprys, albo chcesz w Amsterdamie pozbyć się zepsutego roweru, to topisz go w kanale. To niemal taki rytuał, jak w Polsce topienie Marzanny na wiosnę. Tylko angażujący więcej złomu.

Przeciętny Holender (bo o Holenderkach wypowiem się szerzej w innym poście) nosi dłuższe włosy, o które dba bardziej niż cała rodzina Kardashianów o wyniki oglądalności swojego show. Mój luby, co prawda, włosy długie też nosił, ale ostatnim razem chyba w liceum. A potem to już testosteron wykosił sprawę. Z naciskiem na wykosił. Przeciętny Holender również wygląda całkiem korzystnie. Wydaje na ubiór o wiele więcej niż przeciętny Polak, a na buty więcej, niż przeciętny polityk w Polsce (jakieś 200-400 euro za parę). Nosi się z klasą, bez cienkich krawatów i spodni rurek. Standardowy zestaw Dacza to jeansy, koszula, a na nią pullower. Pasek zazwyczaj dopasowuje do butów, a swoją ekstrawagancję przejawia w sznurówkach dopasowanych do skarpet. Holendrzy, jak pół Europy, noszą Ray-Bany. Gdy spotykają się w swoim męskim gronie, zazwyczaj idą do baru pić piwo i stać na zewnątrz, jeśli akurat nie pada deszcz. Dacze wolą stanie o wiele bardziej niż siedzenie, pewnie z obawy, że pogniotą koszulę.

A koszul to mają bez liku. Mój luby ma z jakieś pięćdziesiąt. I wszystkie z wyhaftowanym jego nazwiskiem na lewym mankiecie. Czemu nie na prawym? Bo za dużo by zdradzał, podczas pierwszego uścisku dłoni. Co więcej mogę powiedzieć o swoim Daczu? Gdy moja instruktorka z RPM-u (czyli wyciskania siódmych potów na stacjonarnym rowerku) spytała, dlaczego przeprowadziłam się do Amsterdamu i usłyszała w odpowiedzi, że dla faceta, nie mogła zrozumieć. Dlaczego? Przecież Holendrzy są tacy nudni, sztywni i zbyt zasadniczy. No fakt. Pewne historie udowodnią wam, że miała kobita pewną rację. Niestety duża większość z Daczy są jak chodaki: twarde, sztywne, niedające ciepła, a jak się w nich dłużej pochodzi, to uwierają. Mój na szczęście nie uwiera. Jednak, gdy zamieniasz kozaka na chodaka musisz wpierw go rozchodzić. Bez docierania się daleko to jeszcze nikt nie zaszedł w żadnym bucie. A mi w chodakach chodzi się tu całkiem swobodnie. I wygodnie. Boże, przepraszam, co za metafora z d....

Mój Dacz ma też jedną główną zaletę. Jest najwspanialszym człowiekiem na świecie. Najlepszym, najinteligentniejszym, najprzystojniejszym, najseksowniejszym, najzabawniejszym, najmilszym, najuczciwszym, najukochańszym. A nawet jeśli taki jest tylko dla mnie i tylko w moich oczach, mi to wystarczy. Grunt, że będąc z nim to ja czuję się wyjątkowa. Poza tym, wiecie jak jest. Luby jest 15 999 999 w kolejce do holenderskiego tronu, więc to całkiem dobra partia. No bo książę William już zajęty...


Nauczyłam swojego lubego perfekcyjnie wymawiać słowo: Pieszczoszek. Powie je bez akcentu, czy zająknięcia. Aaaa. Mała dygresja. Czy wiecie, że ani w języku angielskim, ani w holenderskim, to genialne słowo nie ma swojego odpowiednika? Cóż za niepowetowana strata dla ich filologii! W każdym razie to nie było pierwsze słowo, jakiego mój luby nauczył się po polsku. Jeszcze zanim poznaliśmy się nauczono go, jakże przydatnego zwrotu w naszym kraju: Jestem bogaty, kupię ci buty. I teraz się zastanawiacie pewnie, czy na naszym pierwszym spotkaniu padł ten frazes. Otóż zaspokoję waszą ciekawość i powiem „nie”, ale szkoda, bo byłaby z tego jeszcze lepsza anegdota!

Buty, co prawda, dostałam dwie pary. Więc na każdy rok naszego związku przyda jedna para. Za to kwiaty dostaję o wiele częściej. Że o dobrym obiedzie nawet nie wspomną. Bo to nas właśnie łączy. No bo nie zgaga (choć mój mężczyzna zawsze musi mieć pod ręką Rennie i nie mówię tutaj o sobie!) ani francuskie filmy (on woli kino akcji). Jako dwa zodiakalne byczki łączy nas miłość do jedzenia, a później nienawiść do spalania pochłoniętych kalorii na siłowni. Z tym, że moja nienawiść do siłowni jest aktywna, a jego pasywna. Co ciekawe, on urodził się 4-ego maja, a ja 5-ego maja. Z różnicą roku i jednego dnia jesteśmy, jak 1:1. On wnosi lewą półkulę mózgową w nasz związek, a ja prawą. W ten sposób razem stanowimy jedność, choć w osobnych ciałach. Mówimy jednym językiem - angielskim, choć ja uczę się holenderskiego, a on czasem wykrzesze z siebie jakieś zdanie po polsku. Na przykład, Nie rozumiem po polsku, ale ładna sukienka. Czyż to nie słoooooooooodkie?!

Ale żeby tak słitaśnie nie było, nie tylko będzie o spijaniu nektaru z dziubków. Mamy też swoje kości niezgody, które czasem wzbudzają w nas wściekłe psy. Jak choćby moja jazda na rowerze. Mój luby nie cierpi, gdy wolno poruszam się po mieście (czytaj: na zielonych światłach), ja z kolei nie cierpię, gdy on jeździ na rowerze jak wariat (czytaj: zawsze na czerwonych). A gdy mamy jechać na jednym rowerze we dwójkę, a ja na tylnym siedzonku…. Oj, to wtedy jest wojna światów. Bo nie mogę siedzieć okrakiem, jak na jakimś koniu. Mój luby chce, bym jak dama, trzymała nóżki razem złączone na boczku. Ja nóżki zaciskam, zaciskam jego łapkami, by nie spaść, ciągle się o coś ocieram, ledwo się trzymam, a mięśnie mam tak sztywne, że po takiej jeździe ledwo dyszę spocona i nie mogę chodzić. No czuję się wydaczona, jak nigdy! I tylko bez zbędnych skojarzeń proszę!
  
I na koniec, bo co ja już dacze? Jaka jest zasadnicza różnica między Polakiem a Holendrem? Spora, ale wiadomo, ludzi nie kształtuje tylko ich narodowość. Jednak z najważniejszych cech to na pewno warto wymienić: zaradność, pracowitość, optymizm, otwarty umysł i umiejętność nieużalania się nad sobą, ale szukania najlepszego rozwiązania na wyjście z trudnej sytuacji. No i że o wyglądzie to już nie wspomnę... choć ja tam osobiście nie mam nic do jeansów rurek! I przede wszystkim Holendrzy bardzo mocno przestrzegają zasad. Czy to moralnych, czy to społecznych, prawnych czy panujących w danym miejscu, jak choćby taka toaleta publiczna. Jednej zasady tylko nie przestrzegają. Tego piekielnego czerwonego światła, gdy jadą na rowerze. Zatem będąc w Amsterdamie - uważajcie! Miejcie się na baczności, bo nie znacie dnia ani godziny, kiedy taki Dacz zajedzie Wam drogę swoją holenderką! A kiedy holenderka będzie koloru obrzydliwie żółtego, a z tyłu będzie podskakiwać na siedzonku wściekła jak pasażerowie PKP niewiasta, to znaczy, że oto wpadliście na nas :)

2 komentarze: