czwartek, 8 września 2016

Powstaję, jak Feniks z popiołów…

…i znów spalam się doszczętnie. OK. Może to aż nazbyt melodramatyczny tytuł. OK. Jest w tym pewna dramaturgia. I jest w tym coś z prawdy. Powracam właśnie z nowym postem, który na tym blogu będzie zarazem ostatnim. Powstaję tylko na chwilę, by ostatecznie zakończyć ten rozdział. Zakończyć blog "Wydaczeni". Dlaczego? Powodów jest kilka.

Jeden, może i najważniejszy, jest taki to oto, że piszę do Was te słowa z Barcelony. Tak. Siedzę na moim tarasie. Wróć. Kłamstwo. Siedzę w pokoju z klimatyzacją i opuszczoną do połowy roletą, bo jest godzina 14.39 i na tarasie jest tak gorąco, że palce kleją się do klawiatury. Gorąco tu, jak w piekle. Choć ja akurat lubię to! Tak. Barcelona. Jest. Teraz. Moim. Domem. We wtorek 30 sierpnia 2016 roku wsiedliśmy na Schiphol wraz z Lubym i naszym psiakiem Ginem w samolot do Barcelony. Kupiliśmy bilety w jedną stroną. Ach wiem! Rośnie dramaturgia!

Później wieczorem wypakowaliśmy cały swój dobytek (oprócz kanapy i kredensu, które nie zmieściły się do windy, a ciężko było nam wnieść je samym na nasze, szóste (!) piętro...), zjedliśmy około 22.30 obiadek, pierwszy tego dnia porządny posiłek, i przed północą padliśmy na materac w naszym nowym mieszkaniu. Zasnęliśmy od razu. W Barcelonie. W mieście, o którym tak pięknie śpiewał Freddie Mercury...

Toteż nie czuję się już wydaczona, wydaczana i o wydaczeniu upoważniona, by głosić słowo innym wydaczonym. Ten rozdział życia uważam za zamknięty. Owszem, do Holandii będę wracać, jako turystka. Nawet już niedługo, bo daczowskie wesele, chyba numer 18?, 19? czeka mnie 24 września w Hadze. Jednak wracać do Holandii na stałe nie zamierzam. Nie powiem, że nigdy, bo nigdy nie mów nigdy, ale w tym przypadku mam aż taką jakąś ochotę odejść od tej reguły i powiedzieć: nigdy! Hmm… Przecież Holandia nie dała mi w kość. Jakoś tak bardzo. Pogoda i owszem, dała mi się we znaki, no ale dla samej pogody człowiek przecież nie żyje, toch? To było inaczej. Bardziej spontanicznie.

Jakoś tak jest, tak się zdarza czasem, że człowiek budzi się pewnego dnia, po nieprzespanej nocy, może nawet nocy pełnej awantur, łez i wątpliwości, kiedy po tych kilku godzinach, a może zaledwie paru minutach snu, budzi się i już wie. Już wie i wszystko staje się jasne. Ja w Holandii nie jestem szczęśliwa. To nie moja bajka. To nie mój świat. I to nie jest na pewno moje miejsce na Ziemi.

Trzeba więc coś z tym zrobić. Trzeba coś zmienić. I tak narodziła się ona. Barcelona.

OK. Łatwo powiedzieć. Jednak mamy z Lubym to szczęście, że nasze kariery zawodowe pozwalają nam na ten krok. Na przeprowadzkę. Decyzja więc zapadła jakiś czas temu. I teraz wiecie również kolejną rzecz. Jak mogłam pisać o Holandii i o wydaczaniu, skoro ten kraj jakoś tak na mnie zaczął działać, że źle się w nim czułam? Że się zablokowałam? Oto drugi powód zaprzestania pisania. A może zawsze tak było, a ja tylko siebie oszukiwałam? Może na blogu próbowałam jakoś to ubrać w humor, by nawet samej sobie udowodnić, jaka ta Holandia jest super i w ogóle mam tu życie, jak w Madrycie. No dobra. I jest może super. Pod pewnymi względami, mniej ważnymi dla mnie, niż względy, które czynią mnie szczęśliwą. A szczęście Kochani, to najważniejsza rzecz w życiu, której nikt Wam nie da. Szczęście to jest coś, co sobie musicie zbudować sami. W swojej głowie. A moja głowa jakoś tak nabrała z czasem dziwnej blokady w Holandii.

Powód numer trzy. Blog przestałam prowadzić w dość intensywnym dla mnie czasie. W odstępie kilku tygodni zaczęłam nową pracę (nowe wyzwania, nowe obowiązki, dużo nowych rzeczy do nauczenia i dużo dziwnego stresu...), Luby się oświadczył (powiedziałam TAK!), zmarł mój ojciec i na początku stycznia wyszła moja nowa książka „aż do DNA”. Wszystko to w odstępie tygodni. Intensywnie było. Nie powiem. Emocjonalnie, fizycznie, także blog był poza zasięgiem mojego umysłu. Wypaliłam się też. Niemal doszczętnie. Tak pisarsko. Nie tylko z pisaniem bloga zresztą… Jednak myślę, że wszystko to, co chciałam napisać o życiu w Holandii, już napisałam. Temat, jak dla mnie, się wyczerpał. To już chyba powód numer cztery. Czy ktoś liczy? A zresztą, nieważne.

No dobra. Piąty powód i ostatni. Cóż. Wszystko ma swój początek i swój koniec. Dla mnie skończyła się holenderska przygoda i rozpoczęła się hiszpańska. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym w jakiś sposób nie dokumentowała tej, jakże wielkiej i istotnej zmiany w moim życiu. Tej transformacji. Aczkolwiek i formuła pisania wyczerpała się dla mnie. Pisanie, póki co, zostawiam na moją następną powieść, która przyjechała ze mną do Barcelony. A właściwie już jakiś czas temu jej pierwsze słowa napisałam właśnie tu. W barze zwanym "Windą". Nawet nie symboliczną, choć symbolicznie jadę teraz wysoko. Moja winda idzie do góry. Choć nie jest łatwo. Początki nie są łatwe. Nigdy. Nie wszystko idzie tu pięknie i ładnie. Bezproblemowo. Ale człowiek wie, że podjął dobrą decyzję, jeśli znowu to czuje. To ciepło w środku. Jak to się nazywa? Chyba szczęście? :) I nawet, jak zdarzyło mi się tu już zapłakać z nerwów, zmian i bezsilności, to też ten płacz był jakiś taki inny. Tak miło oczyszczający, a nie depresyjny…. Jak orzeźwiający deszcz w upalny wieczór.

I niech mnie diabli, jeśli nie miałam racji z przeprowadzką! Na moim zegarze jest 15.01. W niecałe pół godziny napisałam post, do którego zbierałam się ponad pół roku. Pożegnalny post, który naprawdę próbowałam, chciałam i męczyłam się, żeby napisać przez ostatnich kilka miesięcy. Niech mnie diabli wezmą, że wyjęłam ten kij ze swojego tyłka, który wychodził mi gardłem. Nawet nie potrzeba było specjalnie dużej ilości Sangrii, żeby go wyciągnąć. Żeby się odblokować. Wstaję, jak Feniks z popiołów w Barcelonie i jedynie, co się spala, to mój nosek na słońcu. A ja? Ja nie czuję się spalona, ani już wypalona. Czuję się odrodzona. A niech mnie diabli wezmą, jakie to jest zajebiste uczucie!

Jak wyżej wspomniałam, bloga o swoim życiu w Barcelonie nie planuję prowadzić, jednak nie byłabym sobą, gdybym tej transformacji nie chciała udokumentować. Założyłam więc konto na Instagramie. Minimum treści w hasztagach i wszystkie uczucia, przeżycia, doznania zamknięte w obrazach. Zdjęcia czasem mówią więcej, niż milion słów. A ja uwielbiam je robić. I stąd pomysł na foto-pamiętnik na Instagramie. Jeśli macie ochotę sprawdzić, co u mnie, zapraszam! 

Moje konto to renia_deus

Teraz już naprawdę na koniec życzę Wam wszystkim Kochani powodzenia w wydaczaniu! Szczęścia niezależnie od kraju, w którym jesteście. Trzymajcie się! OK. Jest 15.10. Mój czas sjesty ;)

The (happy!) end

niedziela, 15 listopada 2015

.......

To, co się stało w piątek w Paryżu, wstrząsnęło zarówno całym światem, jak i chyba każdym z nas z osobna. Czy to mogło stać się wszędzie? I tak, i nie. Czy możemy czuć się dalej bezpiecznie w Europie? Mieszkając zwłaszcza w jej stolicach? Hmm... Kogo za to winić? Zbyt liberalną politykę Unii? Przyjmowanie uchodźców, których tożsamość jest nieznana? Tożsamość, przeszłość, zamiary... Co wiemy o uchodźcach? Czy jest sens ich winić za zaistniałą sytuację we Francji? Nic w tym temacie nie jest ani oczywiste, ani proste. Jest to problem bardziej skomplikowany, który tak naprawdę rozwija się już od lat. Teraz jesteśmy świadkami jego eskalacji. Czy będzie lepiej, czy gorzej? Zobaczymy...

Mieszkam, można tak powiedzieć, w centrum Amsterdamu. W tak zwanej dobrej dzielnicy. Mieszkam koło meczetu. Wiem to, bo raz Luby na spacerze powiedział mi, że to meczet. Aż nie mogłam uwierzyć. Nigdy nie zwracałam uwagi na ten niepozorny budynek. Raz zaczepił mnie mężczyzna na ulicy. Z dyktafonem. Byłam na spacerze z psem. Zapytał, czy mieszkam w okolicy. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że tak. "Czy przeszkadzałoby mi, gdyby z meczetu puszczano wezwanie do modlitwy?". Czy by mi to przeszkadzało? Chyba nie. Na wakacjach w Bodrum mi to nie przeszkadzało. Ale czy to jest Turcja? No nie. Trudne pytanie i to z zaskoczenia. Gdzie leży granica wolności religijnej? W końcu Polacy też mają tu swój kościół... Kolejne pytanie: "W co wierzę?". Przyznam szczerze, że jeszcze nigdy nikt mnie o to w Holandii nie zapytał, a zwłaszcza na ulicy. "Jestem ateistką". Odpowiadam szczerze. "Czyli nie wierzysz w nic? Żadnego boga?". "Żadnego". "A wierzysz w swojego psa?". "Nie, swojego psa kocham, ale nie wierzę w niego". Żeśmy sobie pogadali. Zdarzyło się to kilka miesięcy temu. Żadne wezwanie do modlitwy z tego meczetu nie jest puszczane do tej pory.

Ankieta uliczna wśród sąsiadów chyba się nie udała. Pytanie do Was - gdzie leży granica wolności religijnej w Europie?

Na to niech każdy sobie teraz sam odpowie. Ja nie mam w tym temacie opinii. Dla mnie każda religia nie ma sensu...

Kiedyś mieszkałam w dzielnicy de Pijp. Tuż obok muzułmańskiej szkoły podstawowej. Tak. Muzułmańskie dzieci mają tu swoje szkoły, ciężko więc od małego im się pewnie zasymilować... Cały weekend rozmawialiśmy z Lubym na temat zamachów w Paryżu. Zastanawialiśmy się nad tym, czy znamy dobrze jakiś muzułmanów. Luby - tysiąc znajomych na Facebooku i nie zna żadnego. Ja znam jedną dziewczynę z Pakistanu, z którą chodziłam na lekcje holenderskiego do szkoły językowej. Bardzo fajna młoda dziewczyna. Poznałyśmy się trzy lata temu, jak jeszcze chodziła do liceum w Pakistanie. Obecnie studiuje w Amsterdamie. Jak wchodzę teraz na jej facebookowy profil, prawie wszyscy jej znajomi mają zmienione zdjęcie na flagę francuską, by okazać wsparcie dla Paryża. Ją znam, trochę. I to by było na tyle z "bliskich osób". Inni muzułmanie, jakich "znam", to Turcy z warzywniaka obok czy pan prowadzący sklep irański. Mili, uprzejmy, znający język holenderski i angielski, którzy mają tu swoje biznesy i którzy przyjechali tu w jednym celu - mieć święty spokój. O żadnym ze "znanych mi" muzułmanów nie powiedziałabym więc złego słowa. Jednak prawda jest taka, że wśród moich bliskich znajomych i przyjaciół czy znajomych Lubego naprawdę nie ma nikogo, kto modli się do Allaha.

Ale i z drugiej strony - czy znamy też jakiś Żydów?

Jakby nie patrzeć są pewne wyznania, które zawsze trzymają się w swoich grupach, zawsze ciągną do swoich. Dziwnym jest dla mnie, jak bardzo religia może decydować o przynależności do danej grupy i jak bardzo ludzie potrafią zamykać się w jej obrębie. Czy religia jest aż takim "prostym" podziałem ludzkości w XXI wieku?

Co nie daje mi spokoju w tej całej sprawie, to agresja ludzi wobec uchodźców po atakach w Paryżu. Nie każdy terrorysta jest uchodźcą i nie każdy uchodźca jest terrorystą. Jestem pro uchodźcom z Syrii, a zarazem jestem im przeciwna, a raczej jestem przeciwko butnym 20-30-letnim mężczyznom roszczącym sobie tylko prawa do zasiłków. Mężczyznom, którym w imię Allaha się należy. Którzy zamiast walczyć za swój kraj, wolą uciekać do Europy i czekać, aż problemy w ich ojczyźnie rozwiąże za nich ktoś innych. Temu stanowczo mówię: NIE! Jestem jednak za tym, by pomóc rodzinom walczącym przeciwko tyrani, starcom walczącym o godny byt, matkom z dziećmi, które potrzebują wsparcia - jestem za tym, by im pomóc. Im wszystkim, BEZ WZGLĘDU NA ICH NARODOWOŚĆ, RELIGIĘ I RASĘ! Chyba jak każdy boję się napływu w Europie imigrantów z Syrii, a raczej boję się tego, ilu wśród tych mężczyzn jest potencjalnych terrorystów. Ilu wśród nich jest ludzi, którzy naprawdę potrzebują pomocy i którzy będą respektować naszą kulturę, zasady czy prawo?

Troszkę też chyba zatracamy trzeźwy osąd w tej reklamowanej hucznie przez media poprawnej polityczności, bo wypada być za uchodźcami, niezależnie od ich intencji i płci. Jesteś przeciwko - to jesteś rasistą. Ba! Hitlerem. I z drugiej strony, troszkę też zatracamy się w swojej agresji wymierzonej wobec nich. Popadamy wręcz w nienawiść. Ja widzę to tak, by nie zaślepiać się w tej kwestii ani w nienawiści, ani w całkowitym poparciu dla wszystkich, co przybywają do Europy i chcą statusu uchodźcy. Tam, gdzie zaślepiamy się na jedną kwestię, tam nigdy nie znajdziemy rozwiązania. Dla mnie to tak skomplikowana sprawa, że z niedowierzaniem patrzę na ludzi, którzy mają w tej kwestii jeden skrajny pogląd.

Świat naprawdę nigdy nie jest czarno-biały!

Problem uchodźców jest bardzo, ale to bardzo złożony, ale musimy też pamiętać, że to problem całej Europy, całej Unii, a nie tylko Niemiec, Francji czy Holandii. Nie możemy od niego się odwrócić plecami - jako Polska i powiedzieć, że to nie nasza sprawa, nas to nie obchodzi. Owszem, gdzieś na górze, gdzieś na samym szczycie politycy Europy muszą pomyśleć nad innym rozwiązaniem kwestii uchodźców, bo zdaje się, że obecnie nie jest to prowadzone we właściwy sposób. W tym wszystkim pamiętajmy o jednym - uchodźcy to są też ludzie. Często bardzo doświadczeni przez wojnę...

To prawda, że zawsze należy pomóc drugiemu człowiekowi. Pod warunkiem, że pomocy tej naprawdę chce i potrzebuje. Co Europa może zrobić? Odesłać wszystkich uchodźców? A niech sobie tam giną u siebie w Syrii? Nie. Co można według mnie zrobić, to zacząć szkolić tych mężczyzn, którzy i tak niewiele tu robią. Wyszkolić ich militarnie, nauczyć jak używać broni, jak walczyć. Stworzyć obóz szkoleniowy może na jakieś pustyni, a potem uzbroić ich i pomóc im wrócić do Syrii, gdzie po takim szkoleniu mogą walczyć za swój kraj. Bo jak długo Francja ma za nich walczyć? I również ponosić tego tragiczne konsekwencje? Ktoś powie, że wyszkolimy terrorystów. Pewnie i tak. Ale oni są już dobrze wyszkoleni... Problem jest właśnie w tym, że nie możemy zweryfikować ludzi przybywających tutaj do Europy. Nie możemy dać im pracy, bo nie mają zawodów, nie znają języka. Dać im pieniądze, wyżywienie, schronienie - jak widać też nie jest dobrym rozwiązaniem. Nie rozumiemy ich kultury, ich sposobu myślenia, ich religii. Co możemy więc dla nich zrobić? Ano pomóc im wrócić do kraju, który będzie już bezpieczny. A potem ewentualnie spróbować zapewnić tym ludziom edukację, bo tylko ona pomoże im otworzyć szerzej oczy i zobaczyć coś więcej poza wojną i Allahem.

Nie znam się na polityce, ale jako pisarz miałam potrzebę napisania o tym, co czuję i jak ja postrzegam ten problem. Każdy pewnie ma swoje obserwacje - więc podzielcie się z nimi tutaj, jak macie taką potrzebę i ochotę, ale proszę - nie hejtujcie. Nienawiścią i agresją, jak widzicie po Paryżu, niczego się nie osiągnie, poza szerzeniem strachu i ksenofobii. Widzę tu, w Holandii, w mojej dzielnicy, tych dobrych muzułmanów i widzę w mediach tych, którzy są terrorystami. Idioci są wszędzie. Radykałowie są wszędzie. Zło jest wszędzie. cZŁOwiek jest wszędzie. Patrząc na to, co się stało w Paryżu widać też, że ludzie potrafią się zjednoczyć przeciwko złu. Tylko kto w tym konflikcie jest tak naprawdę zły? Religia, pojedynczy człowiek, określona grupa, system czy coś, co leży u podstaw terroryzmu? Nikt terrorystą się przecież nie urodził. Dlaczego więc człowiek się nim staje, co go do tego zmusza? Mam takie wrażenie, że terroryzm jest tylko objawem choroby i dopóki nie zwalczymy jej przyczyny, dopóty będziemy świadkami kolejnych ataków... Tak bardzo chciałabym się jednak mylić...

Peace and love Kochani!

piątek, 23 października 2015

Polaczek

Polaczek - tak bardzo obraźliwe, a zarazem jak bardzo prawdziwe słowo... Ałć.

Mój boże, ileż to razy wyszedł ze mnie typowy Polaczek? Nawet nie zliczę...

Tak. Narzekałam tylko, zamiast poszukać wyjścia z problematycznej sytuacji. Tak to ino zdarza mi się często na wakacjach...

Ałć.

Narzekać, narzekać w kółko, powtarzać coś dwadzieścia razy. Pomstować w niebiosa, że lazania była za zimna i w ogóle czemu do cholery była z mikrofalówki, skoro jemy w restauracji?! W pieprzonej Wenecji?!

Luby słuchał tego spokojnie. A powtarzałam tak to sobie może i nawet ze dwadzieścia razy. Ano lazanii nie zwróciłam, zjadłam ją zimną. W imię zasad i cierpienia, bo jam jest Winkelriedem włoskich restauracji! Czy coś w tym stylu.

Ano i zdarzało się, że był problem. I Luby przedstawił mi siedem alternatyw rozwiązania tego problemu. Wszystkie odrzuciłam: Nie, bo nie albo: To niemożliwe. I w ogóle: Co Ty wiesz chłopcze o życiu?! Problemy są po to, by się nad nimi i przede wszystkim nad sobą użalać, a nie po to, by je rozwiązywać. Toch?!

Niemożliwe, nie da rady, to nierealne, to niewykonywalne...

Dla Polaczka nie ma rzeczy niemożliwych. Dla niego wszystko jest niemożliwe.

Ostatnio dziewczyna znajomego Polaka - Holenderka, zapytała nas, jakie różnice widzimy między Polakami a Holendrami. Znajomy, z bardzooo długim stażem wydaczenia, zauważył jedną ciekawą rzecz. Otóż czyta on wiadomości zarówno na polskich, jak i na holenderskich portalach i to, co zawsze zwraca jego uwagę, to komentarze. Na holenderskich stronach 10% będzie hejterskich komentarzy, a 90% normalnych, na polskich portalach hejt bije z 90% komentarzy, a tylko 10% jest normalnych...

Hmm... coś to troszkę o nas jednak mówi. Coś to o nas świadczy...

Oj tak. Polaczek lubi sobie ponarzekać. Wylać z siebie trochę żółci, popastwić się na kimś anonimowo, bez konsekwencji. Czasem nawet tylko dlatego, że po prostu może. Polaczek zazdrości, Polaczek hejtuje, Polaczek narzeka, Polaczek widzi wszystko w czarnych barwach. Polaczek się umartwia. Polaczek się buntuje, ale! Ale jakże często tylko w słowach. Tylko w swoich żalach.

To, co zauważam, to nie tyle, co cud nad Wisłą, ile cud za granicą. Coś w tym jest, że nawet typowy okaz Polaczka po spędzeniu kilku lat za granicą zmienia się w... Polaka! Nie hejtuje, nie zazdrości, a i o ojczyźnie oraz rodakach wypowiada się w całkiem przyzwoity oraz pozytywny sposób. Coś jakby uszło z niego. Jakby uleciała z niego ta złość, ta cała żółć. ŻÓŁĆ - najbardziej polskie słowo, bo złożone tylko z polskich znaków. Przypadek?

Nie sądzę...

I niby wszystko jest niemożliwe,  aczkolwiek pewne rzeczy są "dziwnie" możliwe dla Polaczka... Tak. Bo Polaczek potrafi.

Taki choćby news z ostatnich godzin: Wiceminister sprawiedliwości zatrzymana za jazdę po pijanemu i odwieziona na izbę wytrzeźwień. Aha. Ponad dwa promile we krwi mogą zgubić każdego. Nawet tuż przed wyborami.

Gratulejszyn!

O Polaczkach i ich mentalności ciekawie napisała na swoim blogu moja dobra znajoma Marta. Przeczytajcie koniecznie. Pewnie będzie to szok dla tych, którzy już kilka lat mieszkają za granicą i przyzwyczaili się do nieco innych "standardów". A tu proszę, w Polsce ciągle dzieją się TAKIE rzeczy! Czyli jednak ciągle "Polaczek potrafi"... Marta już od dawna myśli o emigracji, a dlaczego, to możecie przeczytać sobie Tu.

Cóż to jeszcze czyni Polaka Polaczkiem? Ano zazdrość o mercedesa Kowalskiego to już znają nasze babcie. To, że kręci i mataczy, skrywa buractwo pod maską arogancji i ignorancji - to już nikogo nie dziwi. To, że narzeka na wszystko i na wszystkich dookoła? Toż to oczywiste jest. Polaczek hejtuje? No ba, że hejtuje, gdy go świat w kółko tak bardzo rozczarowuje! Polaczek donosie na Roberta Lewandowskiego, że ten po meczu z Irlandią wypił szampana prosto z butelki i w ten sposób nasz piłkarz karygodnie załamał prawo? No jasne, że doniesie! Ano przeczytajcie o tej sprawie na jakiekolwiek stronie, a i też zobaczcie te komentarze, które mówią same za siebie i wszystko w tym temacie: Pewnie ktoś doniósł na niego z PiSu. Albo: Pewnie ktoś doniósł z PO, bo kapowanie mają we krwi! Takie komentarze, no wiecie, w sam raz w klimacie wyborczym. I najlepszy, bo w samo sedno bez ironii: Bareja by tego nie wymyślił. A i oczywiście policja zajmie się tymże jakże ważnym donosem, bo przecież nie ma pilniejszych spraw na głowie...

A i Polaczek cóż pokazuje takim donosem? Ano, że ma wielką potrzebę uwagi nad swoim ego... I wielki ból dupy.

Lewandowski do więzienia! Niech sprawiedliwości stanie się zadość w tymże jakże pięknym kraju!

Wesoło jest w tej Polsce, nie powiem. Tak faktycznie - w klimacie B(a)rei.

Jak i jest Polaczek, jest i Polandia. Cebulandia. Jak kto woli. Burakownia, Ziemniakownia, Kartoflana Rzeczpospolita, a w niej taki to właśnie wielki mały Polaczek sobie zazwyczaj rządzi. Bo jak to mówią - wie, jak się ustawić. Jak to mówią - u nas u koryta same świnie. Albo - gówno zawsze na wierzch wypłynie. Tak wiecie, po polsku, w tym klimacie. Bo takie to piękne mamy u nas w Polsce przysłowia.

Idą wybory. Każdy ma swoje typy, swoich wybrańców, ale Kochani, to Wy macie głos i wpływ na to, kto będzie tym krajem rządził. To Wy macie wpływ na to, czy będziecie żyć w Polsce czy w Polandii/Cebulandii. To tylko od Was zależy. Można więc i wybrać, jak tego Pana tu z dołu, z plakatu wyborczego, a i można wybrać rozsądnie, bo są i w Polsce ludzie rozsądni. Naprawdę. Nie będą tu robić nikomu kampanii, ale znajdą się tacy, na których warto zagłosować.

Naprawdę.

Choć i z drugiej strony, ten Pan tu na plakacie ze zgolonym wąsem (na pewno miał wąsa od lat kilkudziesięciu, mentalnego choćby), przynajmniej jest szczery z wyborcami... Wiejska bardziej wiejską dla Polaczków w Polandii. Rozsądnie, w sumie. Chociaż z trzeciej strony - jak to cholernie boli, nawet z daleka. Nawet na emigracji. Zwłaszcza dla oka.

piątek, 2 października 2015

Dzieciństwo

Jak ja dobrze pamiętam te czasy, gdy o godzinie 20.00 w niedzielę całą rodzina zasiadaliśmy przed odbiornikiem telewizyjnym, zwanym teraz telewizorem, i oglądaliśmy Dynastię. Pamiętam wakacje w jakimś domu wczasowym, gdzie w soboty wszyscy zasiadali w sali telewizyjnej i oglądali Krzysztofa Ibisza prowadzącego Czar Par. Konkurs na przebranie był najbardziej ekscytujący. Zwłaszcza utkwiła mi w pamięci para przebrana za dwie połówki jabłka... Pamiętam, jak z siostrą namawiałyśmy rodziców: No idźcie, zgłoście się! Telewizja jednak w naszym małym miasteczku była znana głównie tylko po tej jednej stronie odbiornika. Choć, jako wyjątek, nasza dentystka zgłosiła się do Randki w ciemno (jeszcze za czasów Jacka Kawalca), ale nie została wybrana. Każdy żartował w miasteczku, że to dlatego, bo powiedziała, iż schudła 30 kilogramów, a facet może pomyślał, że zleciała ze 130 kg do 100 kg... Taki, ot co, żarcik miejscowy, bo tym programem oraz jej udziałem w Randce w ciemno żyło i ekscytowało się całe miasto! Teraz telewizja jest nieco inna. Kiedyś łączyła ludzi, teraz - raczej ich dzieli. Każdy ogląda to, co chce, w swoim pokoju. Każdy ma swój telewizor i w samotności woli obcować z odbiornikiem. Programy też już inne, niż kiedyś. Coraz mniej wartościowe...

Pamiętam też, jak braliśmy baniaki i mama wyganiała nas do sąsiada po mleko. Niby miasteczko, małe, bo małe, ale miasteczko. Ale sąsiad łąkę miał? Miał. Krowy miał? Miał. Mleko dawały? Ano dawały. I my po to świeże mleko w baniakach musiałyśmy na zmianę z siostrą śmigać. A potem piłyśmy je. Jeszcze ciepłe. Słodkie. Bez konserwantów, bez żadnego sztucznego dziadostwa. To mleko, jeśli coś z niego w ogóle później zostało, to na drugi dzień już zamieniało się w kefir. Mimo, że stało w lodówce. A teraz? Kiedy ostatnio piłam mleko prosto od krowy? Nie pamiętam nawet. Chyba w dzieciństwie... Teraz mleko otworzone w mojej lodówce może stać nawet dwa tygodnie i nic się z nim nie dzieje. Nic.  

Pamiętam, jak mama szyła nam sukienki i ubranka dla lalek. Nie było Halloween, ale Bal Przebierańców. Nie było strojów kupionych na Allegro, ale ręcznie robione przez nasze mamy cuda z bibuły. Nie było komputerów, tabletów, telefonów komórkowych. Było tamagotchi i to był szczyt marzeń, i szczyt techniki. Pamiętam, jak codziennie po szkole szło się grupą do Zabawkowego i ciągle się pytało: Kiedy wreszcie będzie tamagotchi w sprzedaży? A jak zdechł ci twój zwierzak, to naprawdę bolało. Jak byłeś niedobry, to dostawałeś klapsa w pupę albo stałeś w kącie. Każdy cię wychowywał, rodzice, dziadkowie, sąsiedzi, przedszkole, podwórko. Nikt nikogo nie pozywał, jak sąsiad dał ci po tyłku za podkradanie jego czereśni. Nikt się na nikogo nie obrażał. Nikt nie chodził do psychologa, jak był nieco bardziej żywiołowy, niż reszta. Ada Szczypawica nie musiała pójść na terapię. Po prostu - wyrosła ze szczypania. Nikt nie robił z tego dramy. Nie było ADHD. Nikt nas nie szprycował chemią. Z powodów zdrowotnych i witaminowych mama sadzała nas z siostrą w kuchni przy stole, kładła na nim trochę słodyczy i kazała nam wypić po kubku kwasu z kiszonej kapusty. Słodycze dopiero dostawałyśmy po wypiciu kwachu. Obrzydlistwo straszne. W mojej pamięci trwało to całymi godzinami, zanim wypiłyśmy z siostrą ostatnią kroplę. A potem zajadałyśmy się Mambą. Malinową! To było dzieciństwo. To były czasy... A kwach rzeczywiście robił swoje!

Moda? Co to była moda? Nikt nie znał tego słowa. Wczoraj byłam na spacerze z psem w Westerparku i akurat wyszły na spacer dzieciaki z przedszkola. Wyglądały, jak na wybiegu. Były bardziej modnie ubrane, niż ja. Niż ja w swoim dresiku (mój pies uwielbia pływać w tamtejszym stawie i po takim spacerze oboje jesteśmy cali w błocie!). Chłopcy zamiast dresów - spodnie rurki. Widziałam też dziewczynkę, góra trzyletnią, w jeansach, w modnej kurteczce, a z tych jej jeansów opadały luźno czerwone, takie na maksa lansiarskie (!) szelki. Po cholerę jej te szelki?! Moja pierwsza myśl w głowie... A ja będąc w ich wieku lub nieco starszą od nich chodziłam tygodniami w koszulce z Michaelem Jacksonem i nie chciałam zakładać nic innego. Płakałam, kiedy mama mi ją wyprała i nie mogłam jej założyć. Cieszyłam się, kiedy jechałam na kolonie, bo mogłam w niej chodzić przez dwa tygodnie. To był mój manifest. Miałam zeszyt, w którym wklejałam wszystkie wycinki z gazet i z magazynów o nim, o moim idolu. Gdy zeszyt się skończył napisałam na ostatniej stronie: Kocham cię Michael Jackson. Mówi Renia Chaczko. Zeszyt przeszedł do legendy. Był moją relikwią. Moja siostra w tym samym czasie miała fazę Freddiego Mercury'ego. Nikt z nas nie znał wtedy słów: gej, AIDS, pedofilia... Ale było fajnie. I to byli fajni idole. Charyzmatyczni, z krwi i z kości. A teraz? Teraz jest Justin Bieber, Miley Cyrus, Kylie Jenner. Teraz są skandale, seks, narkotyki. Niby podobnie, jak za naszych czasów, ale jakoś tak inaczej. Jakoś tak już niefajnie. Teraz jest nagość na scenie i poza nią, jest biseksualność, są używki. Są operacje plastyczne, napompowane do granic możliwości siedemnastoletnie usta (niby to wcześniej była dobra konturówka), są i kamery w domu, jest i ojciec, który teraz jest kobietą. Jest i siostra, która ma sławną sekstaśmę. Jest huczna osiemnastka, jest w prezencie samochód i ciemnoskóry starszy facet wytatuowany od powiek po małe palce u stóp. Jakżeby inaczej - raper. Patrzę teraz na te wszystkie dzieci, czy to w Polsce, czy w Holandii i współczuję im. Tak naprawdę. 

Byliśmy na wakacjach z Lubym. Postanowiliśmy wynająć nasze mieszkanie na AirB&B, by sobie jeszcze ekstra dorobić na wyjazd. Nasze mieszkanie wynajęło małżeństwo z Ameryki z dwójką dzieci. Wracamy z Lubym, biorę się za sprzątanie i znajduję worek tabletek. Różnych tabletek. Sprawdzam w necie, cóż to. Odkrywam, że to leki na depresję, leki na ADHD, tabletki nasenne i jeszcze jakieś inne mocne dragi na receptę. Dzwonię do tych państwa z USA i mówię im o swoim odkryciu. Tak, tak. To leki naszego syna. Bardzo ich potrzebuje. Jesteśmy jeszcze w Amsterdamie. Zaraz po nie wrócimy. Opadła mi szczęka. Widziałam tego chłopaka. Góra 16 lat. Wydawał się miły i normalny... A nie przesadzając, było tam z siedem różnych buteleczek. Siedem różnych pigułek pewnie zażywanych przez niego dzień w dzień. Na uspokojenie, na poprawę nastroju, na lepszy sen... Ameryka. Choć powoli fala lekomani zmierza i do Europy. Powoli, powoli.

My jako dzieciaki lataliśmy po podwórku godzinami i nie mieliśmy wtedy czasu ani siły na depresję. Padaliśmy po powrocie do domu, jak muchy. Zarówno zimą, jak i w lecie. Zimą brało się sanki i szło na tak zwaną Górkę. Na tej samej Górce pasły się właśnie wiosną i latem krowy sąsiada, od którego braliśmy mleko. Latem miała ona inną nazwę. Latem mówiliśmy na nią Łąka Kosteckiego. Tam szalało się godzinami tarzając się w śniegu po pachy. Nie było żadnych wyciągów. Chwila w dół i heja potem pod górę targając sanki za sznurek. Sznurek czasem wątpliwej był jakości i rwał się w połowie drogi... No to heja w dół i znów pod górkę... Sanki zazwyczaj były drewniane i zrobione przez naszych ojców. Miało się gruby kombinezon po siostrze i wełniane skarpety zrobione przez babcię na drutach. Po kilku godzinach i tak wszystko przemakało i z tego zimna trzeba było niechętnie wracać do domu. Niechętnie, bo na górce właśnie robiła się szklanka... A szklanka dostarczała większych wrażeń... Po powrocie do domu zawsze to samo. Znów odmroziłaś ręce! Dawaj je pod zimą wodę, no już! Co tam zimne ręce, jak było tak fajnie! I nikt nie chorował na depresję... Czasem może na grypę. I nikt nie przerywał ci zabawy dzwoniąc na komórkę, że już obiad. Mama to mogła sobie wtedy co najwyżej z okna pokrzyczeć, że obiad. A ty niekoniecznie też mogłeś usłyszeć... Taki był wtedy luksus!

Widzę tu te daczowskie dzieci i łapię się za głowę. Śnieg to one widzą może na nartach w Alpach, gdzie w najmodniejszych strojach narciarskich śmigają na stoku. Nie fun się już liczy, ale technika, outfit i drogie narty albo snowboard. Sanki? Co to takiego sanki? A może to takie nasze polskie, postkomunistyczne zwyczaje, że za czasów dzieciństwa wszyscy jednakowo wyglądali i robili to samo? Może to kwestia mody, że to nie narty, ale sanki szły u nas wtedy w ruch? Taka to była u nas zima. Lato przynosiło jeszcze większe doznania i jeszcze więcej radochy, frajdy. Godziny w wodzie. W basenie i innych zbiornikach wodnych. Skoki, wygibasy, pluski i wrzaski. W mojej pamięci niemal każde lato mojego dzieciństwa było naprawdę gorące, a zima zawsze śnieżna. Różne pory roku, różne zabawy. Zawsze było co robić. I całe podwórko zbierało się razem w paczkę. Całe osiedle, dzieciaki w różnym wieku trzymały razem sztamę. Nie było podziałów klasowych. Teraz nikt prawie nie zna swoich sąsiadów. Zarówno dorośli, jak i dzieci. Ludzie przestali trzymać się razem. Żyją obok siebie, całkiem osobno, zupełnie odrębnie, tylko mijając się czasem w korytarzu. Ludzie, którzy za czasów naszych rodziców byliby postaciami pierwszoplanowymi lub drugoplanowymi, nagle stali się statystami. I to nie tylko w Polsce czy w Holandii. Mam wrażenie, że tak dzieje się powoli na całym globie. Stajemy się takimi małymi dzikusami zamkniętymi we własnym świecie. 

Jestem ciocią. Moja siostra ma synka. Małego pięcioletniego urwisa. Małego. Cóż. Wróć. Jest dość wyrośnięty, jak na swój wiek, ale z tego, co pamiętam, moja siostra miała podobnie. Okej. Będę zmierzać już do puenty. Zatem jestem ciocią pięcioletniego urwisa. Urwisa. Tak to się kiedyś nazywało. Teraz nie wypada być urwisem. Teraz Denis Rozrabiaka (film mojego dzieciństwa!) zostałby pewnie wysłany do psychologa, jeśli nie od razu do psychiatry. Teraz przedszkola mają masę zasad i reguł dotyczące nietykalności dziecka, więc kiedy pojawia się takie dziecko bardziej kłopotliwe, to się mówi do niego: Przestań. No przestań już. Nie wolno. (Trochę jak do psa. A z psem, jak wiadomo - słucha, jeśli jest odpowiednio wytresowany. Albo jeśli mu się zachce...). A jak dziecko nie przestaje i nie słucha, to przedszkole dzwoni - do jego mamy. Mama odbiera w pracy (przekleństwo komórek). I co ma niby zrobić? Rzucić wszystko, jechać tam i dać mu klapsa? Czy przedszkole też nie bierze udziału w tym procesie wychowawczym? Kiedyś z przedszkola to dzwonili do rodziców w trzech wypadkach - gdy dziecko miało zatrucie pokarmowe (czytaj ostrą sraczkę), wysoką gorączkę, albo drugie dziecko wybiło mu mleczaki. Choć i w tym trzecim wypadku to nie zawsze... Każdy miał swoje kryzysy w przedszkolu, gdy płakał za mamą i nie chciał jeść ohydnej mlecznej zupy, która była niczym innym, jak mlekiem z ryżem. Ble. Ja tupałam nogami i chowałam się pod stołem, kiedy serwowali placki ziemniaczane. Do dziś tak zresztą mam. Ale nikt nie dzwonił do mojej mamy i mówił: Pani Ewo, Renia nie chce jeść. Jest agresywna. Proszę coś z tym zrobić. Może posłać ją do psychologa? Dać jej tabletki jakieś? Nie. Kiedyś bycie urwisem nie oznaczało wyroku.

Ile mam blizn z czasów dzieciństwa? Hmm. Sporo. Nad prawym i lewym łukiem brwiowym. Raz za pomocą mojej siostry spotkałam się ze stołem, drugi raz z talerzem na stołówce szkolnej. Moja koleżanka ma bliznę na czole. Taką dużą prostą krechę. Zrobiła ją jej własna siostra... grzebieniem! Rodzeństwo zresztą zawsze się leje! Moja siostra biła mnie w szczepionkę, a ja jej w zemście rzuciłam na brzuch w środku nocy zdechłą osę, która i tak ją jakimś cudem użądliła. Ależ byłam z tego faktu szczęśliwa! Dzieci mają fantazję, cóż zrobić. Dzieci mają też swój charakter, to nie jest masa szara, rodzaj nijaki. Teraz najlepiej, gdyby wszystkie dzieci były, jak z jednej matrycy. Spokojne, ciche, niewyróżniające się. Nie wolno tego, ani tamtego. Nikt z przedszkola nie może dać ci klapsa. Nawet podnieść głosu nie wypada. Wszyscy, za przeproszeniem, srają na te dzieci: Nie wychodź, bo się przeziębisz. Nie dotykaj, bo bakterie. Nie biegaj, bo się wywrócisz. Nie jedz, bo się zatrujesz. Nie baw się tam, bo się ubrudzisz. Byliśmy kiedyś z rodzicami na wczasach. Miałam może góra trzy latka. Biegałam po całym ośrodku susząc swoje zęby. Biegałam, jakby coś mnie opętało. Aż w końcu zazębiłam się o coś. O czoło jakiegoś chłopaka. Nadziałam się na nie konkretnie. Krew się polała, że hej. Tryskała na białą wykładzinę. Być może chłopak do dziś ma na czole odciśnięty mój zgryz. Być może. Morał z tej bajki jest taki, że wciąż biegałam po tym zderzeniu, tyle że już z zamkniętymi ustami. Człowiek uczy się na błędach. Zwłaszcza, jeśli jest dzieckiem. Miałam fajne dzieciństwo, bo moja rodzina i moje środowisko pozwalało mi te błędy popełniać, a później je korygowało. Nie chcę już wspominać historii, jak mając może pięć lat rzuciłam w mojego sąsiada przez płot cegłą (no silna byłam). I trafiłam. W jego głowę. A dokładniej znowu w czoło. Cud, że nie trafiłam do poprawczaka. Cud, że sprawę załatwiło moje zwykłe przepraszam (naprawdę szczere i niewymuszone). Mojej siostrze pewnie odebraliby dzieciaka, gdyby mój siostrzeniec rzucił w kogoś cegłą. Pewnie straciłaby prawa rodzicielskie... Dlatego post ten dedykuję mojej siostrze. Głowa do góry i plecy proste ;) To nie dzieci są nienormalne, tylko czasy zrobiły się chore...

Tak kochani, w dziwnych czasach żyjemy. Nic, tylko się cieszyć, że mieliśmy normalne dzieciństwo. Bo teraz dzieciaki mimo tych elektronicznych gadżetów nie mają już tak fajnie... Wszystko się teraz zmieniło. No wszystko, poza twarzą Krzysia Ibisza. Ona jedyna pozostaje niezmienna...

czwartek, 24 września 2015

O wartościach...

Co jest najważniejsze w życiu? Kasa w banku? Sława? Rozmiar 36? 34? Umięśniona klata? Chudy brzuch? To, że ktoś ci powie, że nie wyglądasz na 35 lat, ale na góra 25? Wolność? Niezależność? 40 lat na karku i gorąca 18-tka pod ręką czekająca tylko na twoje skinienie? Tłum adoratorów ustawiających się w kolejce, żeby postawić ci piwo w knajpie? Co jest ważne dla Ciebie? Jakie są najważniejsze wartości według Ciebie? Co tak naprawdę decyduje o Twoim szczęściu?

Albo zapytam inaczej.

O czym marzysz? Czy o tym, by zatrzymać czas i nigdy się nie zestarzeć? By mieć większe cycki? Dłuższe nogi? By (broń boże!) nigdy nie przytyć? Albo schudnąć jeszcze troszkę? By mieć więcej hajsu? Aby mieć go tyle, by już nigdy więcej nie musieć pracować? I do końca życia podróżować po całym świecie? By ciągle imprezować. Ciągle się bawić. Ciągle żyć tak, jakby nie było jutra, jakbyś wiecznie miał/miała 20 lat. Ciągle odkrywać nowe rzeczy. Kupić wymarzony samochód. Kupić kilka samochodów i wszystko inne, co tylko chcesz. W ilości nieograniczonej. Marzysz, by bawić się z modelkami Victoria Secret's na własnym jachcie, którego świętej pamięci Kulczyk mógłby ci pozazdrościć? Marzysz, by zostać żoną pięknego mężczyzny, co będzie miał wszystko idealne, anatomicznie zwłaszcza, a wszystkie znajome będą ci go zazdrościć? Cholernie zazdrościć. Niech te zarazy wiedzą, że możesz wyrwać takiego faceta. Ty - a nie one!

Nie... Ty na pewno jesteś lepszy/lepsza. Marzysz o rzeczach wielkich. Prawda?

Wiecie, kto teraz może o nas najwięcej powiedzieć? Haker włamujący się do naszego komputera. Tak. On może szybko wystawić nam ocenę. I to jakże miażdżąco prawdziwą. Ta ruda, co niby tak kocha swojego chłopaka, ciągle tylko siedzi na czatach i na portalach randkowych szukając partnerów do zdrady. A ten zakompleksiony kurdupel, co ma metr 1,66 wzrostu w porywach, ciągle tylko ogląda porno z azjatyckimi nastolatkami. Ta wielka szanowana i powszechnie znana intelektualistka tak naprawdę większość wolnego czasu spędza na stronach plotkarskich albo kupując nowe ciuchy na eBay'u. Ten bogaty bankier ciągle kupuje odżywki online i spędza długie godziny w Internecie oglądając ćwiczenia na YouTube pod tytułem: "jak wyrzeźbić masę"? Albo piękna dziewczyna, która chcąc zatrzymać przy sobie chłopaka od kilku dni szuka po forach dobrego chirurga plastycznego. Najlepszego, na jakiego ją stać. I by ten efekt był dyskretny.

 Co o Tobie powiedziałby taki haker? Czy miałbyś/miałabyś się czego wstydzić? Czy chciałbyś/chciałabyś coś ukryć? Coś ulepszyć w swoim życiu? Czy chciałbyś/chciałabyś dostać drugą szansę i pokazać się od innej strony? Lepszej?

 Nie. Nie jesteś jak Ruda, którą motywuje żądza. Albo jak kurdupel, którego ukształtowały kompleksy i którego frustruje samotność. Nie jesteś pseudointelektualistką znudzoną do bólu i pozbawioną sensu życia. Nie jesteś lepszą wersją samej siebie dla innych. Nie jesteś też próżnym bankierem, dla którego fizyczność jest ważniejsza od tego, co jest w środku. Dla którego wygląd zewnętrzny jego i wszystkich innych jest najważniejszą wartością, którą przecież tak łatwo można zmierzyć ludzi. Nie jesteś dziewczyną, która na siłę zatrzyma przy sobie chłopaka. Ty znasz swoją wartość...

Na pewno? Czy na pewno nie jesteś żadną z tych postaci? Chociaż po części? Chociaż czasem? Jeśli absolutnie nie - jak to powie ci większość ludzkości - to znaczy, że chyba jesteś za dobry/dobra dla tego świata. I to nie jest komplement.

Motyw holenderski w tej historii jest taki, że mam znajomego. Dobrego. A przynajmniej kiedyś myślałam, że dobrego. Naprawdę go lubiłam, poznałam go zaraz po mojej wyprowadzce do Amsterdamu. Polak, Ślązak, chyba nie katolik. Chyba, bo o religii nigdy nie rozmawialiśmy. No na pewno nie głosuje na PiS. Widzieliśmy się ostatni raz dobrych kilka tygodni temu. Niewinne piwo, upalny dzień pewnego upalnego lata w Holandii. To spotkanie ciągle nie daje mi spokoju. Ciągle siedzi w mojej głowie. Mój znajomy narzekał, że Holenderki są... za grube. Mają 20 lat i już tłuszcz na brzuchu! Ja mam dwie prace i mogę pięć razy w tygodni biegać oraz być na siłowni, to one nie mogą?! W mojej pracy wszystkie dziewczyny są grube! Może jedna z nich jest w miarę chuda! I pokazał mi w telefonie zdjęcie swojej byłej dziewczyny. Polki. Patrz, jak przytyła! Jak była ze mną, to była taka chuda! Zapytała mnie, czy jest za gruba, to odpowiedziałem jej szczerze, że jest, no i schudła. A teraz patrz na nią! Jak była ze mną, to faceci oglądali się za nią na ulicy. Jak była ze mną to nawet pracowała jako fotomodelka!!! Siedział przede mną człowiek wykształcony, mądry, ba! kiedyś nikogo nie oceniający. Przynajmniej tak mi się wydaje. A może to ja się cholera zmieniłam? Bo co się z nim stało? Co się stało z tymi ludźmi, do cholery?! Czy jemu tak trudno zrozumieć, że może dla jego byłej dziewczyny waga to nie wszystko? Że celem jej życia nie jest rozmiar zero? Że od śliniących się za nią na ulicach facetów woli pełną akceptację swojego partnera? Czy on to może zrozumieć? Czy może to nie mieści się w jego światopoglądzie, że dla niektórych wygląd to nie wszystko? Że mają inne wartości? Pytam się o to wtedy mojego znajomego i odpowiada mi, że prawda jest taka, że dla facetów bardzo ważna jest fizyczność kobiety. 9 na 10 jego kumpli tak uważa. Wie to na pewno, bo się ich zapytał. Czy to oznacza, że żyjemy w świecie, w którym o wartości człowieka przede wszystkim decyduje jego wygląd? Czy to oznacza, że tyle lat przyjaźniłam się z człowiek, który od początku oceniał mnie tylko na podstawie mojego wyglądu?!

No cholera! Jakby mi ktoś w mordę strzelił. Ktoś... Ktoś, kogo uważałam za wrażliwego, dobrego i mądrego człowieka...

I myślę. I myślę nad sposobem myślenia mojego znajomego. Jaki tam zadziałał mechanizm. Wygląd... No w sumie. No dobrze. Zgadzam się. Wygląd jest ważny. Co jeszcze? Pieniądze też są ważne. Trzeba mieć kupę siana. Jak ma się kasę, to ma się wszystko. Wszystko, co można kupić. Znajomych, zabawę, dziewczyny i seks. Seks. On też jest ważny. Nawet ten przypadkowy. A może zwłaszcza on. Bo czy to właśnie nie on decyduje o naszej atrakcyjności? Czy to nie liczba naszych partnerów w łóżku świadczy o tym, że gorąca z nas partia? Taka hot foczka czy jurny Don Juan? Fakt. Rozmiar penisa też jest jakże istoty. Dla kobiety i dla mężczyzny. Nie powiemy przecież koleżance, że nasz facet ma za małą kuśkę. Facet z małym penisem nie będzie przecież przechwalać się tym faktem przy kumplach. Tak. Penis musi być wielki. To też ważne. Bo seks jest tak bardzo istotny. Czy seks bez orgazmu to zło i tragedia? Tak. Trzeba dochodzić za każdym razem, bo inaczej jaki jest sens takiego współżycia? Takiego życia? Nie ma tu miejsca dla impotentów i na powiedzenie: Sorry, ale dziś nie mam ochoty. Seks to broń, której trzeba jak najczęściej używać - inaczej zginiesz! Albo, co gorsza, rzuci cię twój chłopak/dziewczyna! Nie zapominajmy też o młodości. Jakże i równie ważnej! Królowie świata! Królowie życia! Jesteście jak wino! Nawet lepsi, niż wino, bo z wiekiem stajecie się coraz piękniejsi i coraz młodsi!


Inna znajoma Polka też mieszkająca w Holandii ostatnio opowiedziała mi pewną historię. Dostała od swojej znajomej smsa: Wiesz, my ludzie posiadający dzieci naprawdę życzymy parom bez dzieci, aby równie szybko miały potomstwo i wtedy równie przepieprzone życie, jak my. Czy coś w tym stylu. A znajoma znajomej, naprawdę spoko babka, choć odkąd została matką, jest nieco bardziej sfrustrowana, smsa takiegoż wysłała po pewnym obiedzie, na który przyszła jej znajoma. Znajoma 10/10 taka ostra sztuka, że hej! Penisy stają na baczność! Odpieprzona Chanel od stóp do głów, pięknie umalowana, wypachniona, od fryzjera, a do tego chuda, jak modelka (koksik i te sprawy). I botoksik zresztą też ciut w ustach, przy ustach i na czole. I jak matka Polka ma z kimś takim konkurować?! Ma z kimś takim siedzieć przy stole i nie czuć się gorsza?! I rozmawiamy z moją znajomą o priorytetach. O wartościach. Dla jednych wartością będzie posiadanie dziecka, a dla innych drogie ciuszki, botoks i feta, która pomoże ci się wcisnąć w rozmiar 0. I naprawdę o tyle, o ile nie mi oceniać innych ludzi, o tyle myślę czasem, że coś z tym światem jednak jest nie tak... Że coś tu się złego dzieje... A potem gdzieś czytam, że Natalia Siwiec gra w teatrze... Cóż, komu teraz potrzebne jest wykształcenie?

Wczoraj wieczorem byłam w biurze mego Lubego. Lało wtedy, jak cholera, a ja oczywiście pojechałam tam na rowerze. Przemoczona, zmarznięta, w dresiku, w bluzie i w za dużych trampkach swojej drugiej połowy. Zapięłam rower i mijam się z dziewczyną wysiadającą z Mercedesa. Piękną, fakt, ale jakże sztuczną. Długie za pupę dopinane włosy (choć wyglądające bardzo naturalnie), usta większe, niż Natalia Siwiec, rzęsy tak długie, że jeszcze takich nie wdziałam. I w ogóle w pełnym makijażu, sukience, białym płaszczyku i obcasach 12 centymetrów. Na dole w budynku firmy Lubego jest kosmetyczka. Tam owa niewiasta się udała. Ja w biurze Lubego czując się jak ostatni lump, za przeproszeniem, w tym swoim przemoczonym dresiku myślę, gdzie moje życie poszło nie tak, że ja z taką lalą to nigdy nie miałabym żadnych szans. A potem uderzam się w czoło, taki facepalm, chwila konsternacji. Chwileczkę, chwileczkę. To, co sobie właśnie pomyślałam mówiło o mnie więcej, niż o tej pani. Na mają niekorzyść. Przecież, czy ja naprawdę chciałabym tak wyglądać? Czy to było kiedykolwiek moim priorytetem? Sensem mojego życia? Wartością najważniejszą? Czy tego dnia miałam czas, by zrobić sobie pełen makijaż i latać po mieście w ulewie w sukience? Czy czułam się przy niej przez chwilkę gorsza? No tak. Ale czy miałabym ochotę się z nią zamienić na miejsce? Nie... I nazwijcie mnie dziwaczką.

Kiedyś wartością była wiedza, oczytanie, osiągnięcia, a dziś? Dziś najważniejsze są seksowne zdjęcia na Instagramie, najlepiej zrobione w Dubaju tudzież innym egzotycznym kraju. Ile lajków zbierze moja nowa torebka YSL? Ile serduszek dostanie selfie z Mercedesa nowego faceta? Fotka w skąpej bieliźnie? Zdjęcie z nową laską o połowę młodszą? Wyrwę sobie taką seksowną dziunię, to kumple będą mi jej zazdrościć. Będę dzięki niej lepszym człowiekiem. W ich oczach i w swoich. Będę miał 40 lat i dalej prowadził życie singla chodząc do klubów wyrwać małolaty. A co! Po co dojrzewać? Po co się zmieniać? Po co stawiać na inne wartości? Po co mieć żonę/męża i dzieci? By męczyć się jak moi znajomi? Po co szukać innej drogi? Jak coś już zmieniać, to najwyżej pracę, miasta, kraje, znajomych, dziewczyny/chłopaków, ale siebie zmieniać - po co? Niby czemu? Przecież to nie ja jestem źródłem swoich problemów! Ja w liceum, nie powiem, głównie przy wyborze chłopaka kierowałam się jego fizis. Ciało również było ważne. Rzeźba. Mniam. Musiała być. Umięśniona klata. I wzrost, taki co najmniej metr 1,80. I miały być brązowe oczy. Koniecznie! I ciemne włosy. Czarne najlepiej. Taki typ południowy, bo inaczej to nie.... Nie byłam zainteresowana. Nawet nie musieliśmy mieć wspólnych tematów, ani podobnego światopoglądu. Wystarczyło mi, że facet wyglądał, jak z powyższego opisu. Jak widać, nie byłam zbyt wymagająca. A może teraz z wiekiem mniej wymagam od swojego partnera? Tak pewnie niektórzy myślą... Ale że liceum dawno już skończyłam i od tego czasu trochę też przeżyłam, to i zmieniłam swój światopogląd. Wygląd owszem, ma może dla mnie teraz jakieś znaczenie - ale minimalne. Inne kwestie są teraz bardziej istotne w związku. Prawda jest taka, że patrząc codziennie nawet na najpiękniejszy obraz na świecie i tak w końcu ci się on opatrzy. Jeśli ten obraz sam w sobie nie będzie mieć większej głębi, nie będzie mieć niczego więcej do zaoferowania poza swoim pięknem - szybko spowszednieje. Aż w końcu - stanie się zwyczajny... I co wtedy? Ano znudzi się szybko tylko samo patrzenie na niego...

No okey. To nie jest tak, że ja nie chodzę na siłownię. Chodzę i to kilka razy w tygodniu. To nie jest tak, że nie chcę wyglądać dobrze. Uwielbiam modę, więc bijąc się w pierś - dużo wydaję na ciuchy. Do fryzjera fakt, chodzę rzadko, kilka tygodni temu dopiero po raz pierwszy byłam u fryzjera w Holandii (to było w ramach projektu wyjścia ze swojej sfery komfortu). Nigdy nie byłam u kosmetyczki, bo uważam, że mam na tyle ładną cerę, że tego nie potrzebuję (jeszcze?). Maluję się i owszem, choć nienawidzę zakładać maskary, dlatego zawsze, kiedy jestem w Polsce, przedłużam rzęsy metodą 1:1 (w Amsterdamie robiąc raz taki zabieg spieprzyli mi rzęsy i pół roku trwała ich regeneracja). Jem zdrowo, a przynajmniej staram się jeść zdrowo, biologicznie i organicznie, choć przyznam, że i często grzeszę. Czerwone wino to mój grzech główny. Lubię też suszone banany, które podjadam oglądając filmy. Nie jestem wegetarianką, weganką, sadomasochistką. Lubię sport, lubię dbać o siebie, lubię dobrze i zdrowo zjeść, lubię czuć się dobrze w swoim ciele, ale nie jest to dla mnie sensem życia, by wyglądać idealnie. Rozmiar zero nigdy nie oznaczał dla mnie Nirvany. Nie mam i nie chcę mieć obsesji na punkcie swojego wyglądu. Nie chcę liczyć każdej pochłoniętej kalorii. Współczuję kobietom, które same siebie skazują na życie w takiej matni... Nie boję się ciąży i tego, że przytyję. Że zmieni się moje ciało. Na zawsze. Nie przeraża mnie to, że mam trzydzieści lat i już widzę pierwsze oznaki tego, że zwalnia mój metabolizm. Tak. Starzeję się. Mam 30 lat i nie mam zamiaru udawać, że jest inaczej. Akceptuję to. Nie mam ochoty odejmować sobie każdej pojedynczej zmarszczki. Nie mam ochoty ani stać w miejscu, ani cofać się. Mój Boże! Czy to znaczy, że coś ze mną jest nie tak? Że mam od teraz być codziennie na siłowni? Jeść maksymalnie 800 kalorii dziennie? A za 10 lat 600 kalorii? Za 20 lat 400?! Zbierać na botox? I z drugiej strony. A raczej, z tej, o której w tymże temacie. Nie mówię też, że marzenia o pieniądzach są złe. Że ci, co ciężko pracują na swoją pozycję są źli, zepsuci. Mieć może i również oznaczać być. Tu nie ma konfliktu. Można dbać o swoje ciało, ale równocześnie można nie mieć na jego punkcie obsesji. Można je akceptować, nawet jeśli nie jest idealne we współczesnym rozumieniu idealności, które zmienia się co kilka lat. Mówię teraz głównie o wartościach. O przewartościowaniu kilku kwestii na te ważne i na ważniejsze. I te najważniejsze. Można i dbać o swoje ciało, ale w tym samym czasie rozwijać się. Duchowo. Czytać. Oglądać. Słuchać. PRZEŻYWAĆ, A NIE PRZEŻUWAĆ. Można harować, jak wół, pomnażać kasę, ale i przy okazji robić z niej pożytek. Coś dobrego dla świata i dla samych siebie. Można wszystko, jeśli tylko się chce i potrafi. O to chodzi, by przewartościować sobie pewne sprawy i zadać sobie zajebiście istotne pytanie: co jest tak naprawdę dla nas ważne? Kasa, seks, faceci, laski, wieczna młodość, rozmiar zero, umięśniona klata, drogie fatałaszki, ekskluzywne rzeczy i zazdrość w oczach ludzi, których uważamy za przyjaciół, czy może bezgraniczna miłość, prawdziwa przyjaźń (bez skrywania się pod maską), prawdziwe uczucia (złość, smutek, radość, pasja, euforie, a i też wszystkie naraz) i coś, co tak kiedyś górnolotnie nazwaliśmy szczęściem?

Co jest dla Ciebie ważne? Co chciałbyś pokazać światu, gdyby do Twojego komputera włamał się właśnie taki haker?

I na koniec już - wiecie, czemu ludzkość nie potrafi wykorzystać swojego potencjału? Bo skupia się na durnych rzeczach. Na najmniej istotnych. Jak mamy zrozumieć sens tego świata, jeśli nie możemy zrozumieć sensu swojej egzystencji? Egzystencji, którą ograniczamy do spraw naprawdę błahych i powierzchownych. Pytamy o sens życia, o sens istnienia. Piszemy od wieków na ten temat rozprawy. Prawda jest taka, że życie nie ma sensu dopóty dopóki człowiek mu go SAM nie na da. Sami nadajemy sens naszemu życiu, swojemu człowieczeństwu właśnie przez wartości, którymi się kierujemy. A jeśli te wartości będą puste i płytkie, to takie też będzie nasze całe życie. A cóż to wtedy jest za życie? Mam wrażenie, że bardzo, ale to bardzo smutne i nieszczęśliwe, choć paradoksalnie dla wielu - takie, o którym właśnie marzą skrycie...